Kiedy Waldek odwiedzał Zosię, ona dosłownie głupiała w jego obecności. To wszystko – z czystego szczęścia.

newskey24.com 3 dni temu

Kiedy Walerian przychodził do Zosi, ona dosłownie dziecinnie głupiała na jego oczach. To ze szczęścia po prostu. Krzątała się nerwowo, poprawiała włosy, chowała pod poduszki rozrzucone rzeczy, które przymierzała przed jego przyjściem, i wyplątywała wałki z włosów. Później biegła do łazienki, tam się czesała, nakładała szminkę. W końcu, gotowa, w swoim pełnym blasku, wychodziła do niego.

No i jakżeby nie miała być szczęśliwa? Sami powiedzcie.

Zosia to samotna mama, która de facto nigdy nie była zamężna. Przez chwilę zadawała się z swoim Szymonkiem parę tygodni, a potem wyjechał z ich miasta na jakąś swoją ojcowiznę, której nazwy Zosia choćby nie zapamiętała. Albo był z Mołdawii, albo z Ukrainy. Pracował tu gdzieś na bazarze. Kim dokładnie? Zosia też nie wiedziała.

No i wyjechał jej umiłowany, zostawiając ją troszkę w ciąży. Dosłownie troszeczkę, bo była dopiero w drugim tygodniu i sama choćby nie wiedziała. Gdy Szymon nie przychodził na noc i nie zjawił się przez cały miesiąc, Zosia zrozumiała, że… no, jakby to delikatnie ująć została sama.

Urodziła więc chłopca, dokładnie w terminie. I to jakiego przystojnego! No, widać po kim! Zosia to kobieta nieziemskiej urody, a Szymon był jak z obrazka, królewicz prawdziwy.

Z synem miała szczęście. Był spokojny jak baranek: spał niemal bez przerwy, a gdy już się budził, to przykładał się do mleka matki z prawdziwą uwagą. Mleka zaś Zosia miała, jak u dobrej dojarnej krowy. Spokojnie mogłaby jeszcze jedno dziecko wykarmić.

I nie chorował prawie wcale Staś na niemowlęce dolegliwości.

Nazwę Staś wybrała, bo kiedy była w ciąży, przez przypadek obejrzała stary film Wojna i Pokój. W roli księcia Andrzejaował Stanisław Mikulski, aktor, który trochę przypominał jej Szymona. Innych opcji dla imienia nie było. Tak więc w akcie urodzenia widniało: Stanislaw Szymonowicz Borowicz. Zosia powtarzała to sobie pod nosem, a brzmiało jak muzyka, aż robiło się jej cieplej na sercu.

Staś był słonecznym dzieckiem. Gdy matka gotowała albo sprzątała, rozkładała na podłodze koc, obkładała go krzesłami, robiąc prowizoryczny kojec, a synka sadzała w środku. Dawała mu swoją starą torebkę, wałki do włosów i jakieś szmatki. Staś sobie cicho się bawił, bez marudzenia. choćby gdy raz Zosia zaglądnęła z kuchni i zobaczyła, iż Staś utknął głową między krzesłami (pewnie próbował się wydostać), on tylko trochę pojękiwał i próbował rozsuwać krzesła swoimi pulchnymi rączkami.

Jak Staś podrósł, problemów z nim nie przybyło. Zosia spokojnie wypuszczała go na podwórko. Prosiła tylko, żeby co dziesięć minut podbiegał pod okno (mieszkała na parterze) i wołał: Mamo! Jestem tu!…

Zegarka syn nie miał, więc podbiegał co trzy minuty i wołał, dopóki Zosia nie wyjrzała i nie odkrzyknęła: Dobrze, synku! A on i tak stał, czekał. Wtedy pytała: Co jest? Idź grać! A on odpowiadał: Bo nie uśmiechnęłaś się do mnie Więc Zosia uśmiechała się naprawdę, nie tylko dlatego, iż chciał, a on wtedy leciał z powrotem na plac zabaw.

Pewnego razu Staś zawołał swoje mamojestemtu z podwórka, a kiedy Zosia wychyliła się przez okno, zobaczyła syna trzymającego kotka.

Mama, ciocia mi go dała. Mówiła, iż ma na imię Feliks. I kazała go pilnować, powiedziała, iż ty będziesz zadowolona. Żebyśmy razem o niego dbali.

Patrząc na syna, który był wtedy taki szczery, Zosia tylko się uśmiechnęła. A potem powiedziała:

Feliks na pewno jest głodny. Chodźcie obaj, dam mu mleka.

I syn z kotkiem wbiegli do klatki. Staś był wtedy naprawdę szczęśliwy. Feliks jeszcze może nie.

Tak sobie tam żyli we trójkę. Dopóki Zosia nie spotkała Waleriana.

Walerian był w jej wieku, nigdy wcześniej nie był żonaty. Był porządnym człowiekiem, poważnym, choć jeszcze nie za starym. Pracował w fabryce mebli, zarabiał dobrze. Zaczął przychodzić do Zosi w soboty na noc. Mało mówił, jadł dużo, pił umiarkowanie. Zosia zawsze przygotowywała na jego wizyty dobrze schłodzoną butelkę wódki i podawała mu ją w szklanej kieliszce na krótkiej nóżce. Bardzo mu się te kieliszki podobały.

Tego dnia było jak zwykle. Przyszedł Walerian. W przedpokoju uścisnął Stasiowi dłoń. Usiadł na kanapie, czekał, aż Zosia skończy swój rytuał przygotowań. Potem wszyscy razem no, czworo, bo i Feliks na kolanach u Stasia obejrzeli trochę telewizji i poszli jeść obiad.

Jak zawsze po obiedzie, położyli się wszyscy odpocząć, z zamiarem wieczornego spaceru po parku.

Kiedy Zosia zamknęła drzwi od pokoju Stasia i ułożyła się obok Waleriana, opierając głowę na jego ramieniu, ten pierwszy raz poruszył temat ślubu:

Myślę, iż na razie będziemy mieszkać u ciebie. Później się przeprowadzimy, żeby było wygodniej. Albo wynajmiemy moje mieszkanie, mieć dodatkowy dochód?… Ale wiesz, Zosiu Nie lubię kotów. Feliksa trzeba będzie oddać…

Feliksa poprawiła go Zosia i spoważniała, przysłuchując się dalej.

Tak, Feliksa waszego…

Po chwili milczenia, spokojnie i jakby to była już dawno podjęta decyzja, dodał:

A Stasia wyślemy do mojej mamy na wieś. Co? Świeże powietrze, jest szkoła. My przecież jeszcze młodzi narobimy własnych dzieci całą gromadę.

Głowa Zosi jakby zastygła na jego ramieniu nie poruszyła się nawet. W tej ciszy leżeli kilka minut. Potem Zosia wstała, zupełnie jakby wstydziła się, choć przecież nie raz ją widział rozebraną, narzuciła szlafrok, podeszła do jego rzeczy leżących na fotelu, wzięła jego spodnie, podała mu i powiedziała:

No to… Zakładaj swoje nieprane spodnie i ruszaj…

Dokąd?…

Do mamy, na wieś. Na świeże powietrze. A nam, we trójkę, wystarczy świeżego powietrza w naszym parku…

Idź do oryginalnego materiału