Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co się działo, gdy Andrzej przychodził do Gosi. Gosia dosłownie głupiała na jego widok, ale nie z jakiego wstydu po prostu ze szczęścia. Zaczynała się kręcić po mieszkaniu, poprawiać fryzurę, chować poduszki, pod które powciskała, co się dało, żeby zrobić porządek, zanim Andrzej pojawi się w drzwiach, a z włosów szarpała wałki, które jeszcze przed chwilą miała wpięte. Potem leciała do łazienki, gwałtownie się czesała, podmalowywała usta i dopiero wtedy, zrobiona od stóp do głów, wchodziła do pokoju, jak królowa.
No bo jak tu się jej dziwić, powiedz szczerze! Gosia samotnie wychowywała synka i na dobrą sprawę nigdy nie była naprawdę mężatką. Wieczny narzeczony, Adam, kręcił się obok niej przez dwa miesiące, a potem wyjechał gdzieś daleko dokładnie nie wiedziała choćby dokąd. Może do rodziny na Ukrainę, może do Mołdawii, ciężko stwierdzić. Tutaj, w Katowicach, dorabiał na rynku, ale czym się dokładnie zajmował, Gosia też się nie dowiedziała.
No i zniknął, jej ukochany Adaś, a ona została z brzuchem dosłownie trochę z brzuchem, bo wtedy to była sama końcówka drugiego tygodnia, więc tak naprawdę to jeszcze choćby nie wiedziała, iż jest w ciąży. Dopiero jak po kolejnym wieczorze, kiedy Adam nie wrócił, a potem nie pojawił się jeszcze przez miesiąc, to do niej dotarło, że, no wiesz… została sama.
No i przyszła pora urodziła chłopaka jak malowanego, ślicznego. Ale to w sumie nic dziwnego, bo i sama Gosia była nieziemską pięknością, a Adaś wyglądał jak młody Piotr Adamczyk. Z dzieckiem miała szczęście spokojny był jak baranek. Spał cały czas, a jak się budził, to tylko po to, żeby dokładnie, jakby to powiedzieć… wyssać całą energię z Mamy. Dobrze, iż Gosia miała mleka jak porządna, wiejska krowa i mogłaby jeszcze jedno dziecko wykarmić bez problemu.
A mały Bartuś bo tak go nazwała, od aktora Bartosza Opani, którego zobaczyła kiedyś w starym filmie Cwał. Wpadła w oko jej postać młodego oficera i uznała, iż innej opcji nie ma. Tak więc w akcie urodzenia sto razy powtarzała przed urzędniczką: “Bartosz Adamowicz”, brzmiało to dla niej jak melodia.
Bartuś rósł pogodny jak słońce. Gdy Gosia musiała ugotować obiad albo posprzątać, rozkładała na podłodze kocyk, otaczała go rozstawionymi krzesłami, robiąc coś w rodzaju prowizorycznego kojca, a małemu Bartkowi dawała swoją starą torebkę, wałki do włosów i jakąś szmatkę i mały się bawił. Bez marudzenia, bez cyrków. choćby gdy kiedyś Gosia na moment rzuciła okiem z kuchni i zobaczyła, iż Bartuś utknął głową między krzesłami (próbował chyba się przecisnąć), to kręcił się, pojękiwał, ale nie jęczał, spokojnie usiłował swoimi pulchnymi rączkami rozsunąć mebelki.
Jak już Bartuś trochę podrósł, to dalej był święty spokój. Gosia bez stresu wypuszczała go na podwórko, tylko ustalali: co 10 minut przylatuje pod okno (bo mieszkała na parterze) i krzyczy: Mamo, jestem! No, ale iż syn nie miał zegarka, to meldował się pod oknem co trzy minuty i wracał na plac zabaw dopiero, jak mama mu odkrzyknęła: Dobrze, synku!. Ale on i tak stał raz czy drugi, nie odchodził, dopóki nie powiedziała z uśmiechem: No idź, graj! Ale nie uśmiechnęłaś się… mówił. Więc Gosia mu się naprawdę uśmiechała i wtedy leciał dalej do dzieciaków.
Pewnego dnia, kiedy Bartuś zawołał przez okno swoje Mamo, jestem!, Gosia wyjrzała, a on tulił małego kotka do piersi:
Mamo, ciocia dała mi tego kotka. Powiedziała, iż nazywa się Bonifacy! I jeszcze, iż będziesz się cieszyć, i żebyśmy z tobą o niego dbali.
Był tak szczery w tej chwili, iż Gosia tylko mogła się uśmiechnąć. Potem powiedziała:
Bonifacy pewnie głodny. Chodźcie do domu, naleję mu mleka.
No i tak weszli razem szczęśliwy Bartuś i jeszcze nie do końca zadowolony Bonifacy.
I tak żyli sobie we trójkę do czasu, aż Gosia nie poznała Andrzeja. Był jej rówieśnikiem, nigdy nie był żonaty, poważny, porządny chłop, chociaż jeszcze młody. Pracował w fabryce mebli w Tychach, zarabiał bardzo dobrze. Zaczęli się spotykać, przynajmniej w soboty zostawał u niej na noc. kilka mówił, dużo jadł, wódki nie pił prawie wcale. Gosia zawsze przygotowywała mu małą flaszkę schłodzonej żubrówki z zamrażalki i podawała do tego kieliszek na nóżce Andrzej bardzo lubił takie szklaneczki.
Tego wieczora wszystko było jak zwykle. Wszedł Andrzej do przedpokoju, Bartkowi podał rękę na powitanie. Usiadł na kanapie, podczas gdy Gosia kończyła swoje przygotowania. Potem razem, a w zasadzie czwórka, bo Bartuś z Bonifacym na kolanach, oglądali telewizję i poszli na obiad.
Po jedzeniu klasycznie wszyscy się położyli na drzemkę, planując, iż wieczorem przejdą się do parku.
Kiedy Gosia zamknęła drzwi do pokoju Bartka i położyła się obok Andrzeja, głowę opierając mu na ramieniu, on po raz pierwszy zaczął mówić o wspólnym życiu:
Myślę, iż na razie zamieszkamy u ciebie. Z czasem się przeprowadzimy, żeby mieć więcej miejsca. Albo można by wynająć moje mieszkanie zawsze to dodatkowy zastrzyk gotówki Jest tylko jedna sprawa, Gosiu… Kotów nie znoszę. Bonifacego trzeba by komuś oddać.
Bonifacy, nie Bonifacy! poprawiła go Gosia, od razu spięta.
No właśnie, Bonifacy… zamilkł na chwilę, pokiwał głową, jakby właśnie podsumował jakiś temat finansowy Słuchaj, a Bartka oddamy do mojej mamy na wieś. Powietrze świeże, szkoła tam jest, a my młodzi jesteśmy, swoich dzieci się jeszcze dorobimy.
Gosi głowa na jego ramieniu zrobiła się jak z kamienia. Leżeli tak w ciszy przez długą minutę. W końcu cicho podniosła się, jakby chciała schować się w szlafrok, podeszła do jego rzeczy leżących na fotelu, wyciągnęła jego spodnie i powiedziała:
No to… proszę bardzo, masz swoje gacie Zakładaj i zmiataj.
Ale dokąd…?
Do swojej mamy, na wieś! Tam złapiesz świeże powietrze, a nam, naszej trójce, wystarcza nasze, tutaj, pod blokiem w parkuAndrzej patrzył jeszcze przez chwilę z niedowierzaniem, w końcu wstał i bez słowa zaczął się ubierać. Guziki stukały w ciszy o materiał, zegarek zahaczył o oparcie fotela. Z kuchni cicho dobiegło miauknięcie Bonifacego, jakby przytakujące decyzji Gosi. Bartuś na sekundę wychylił swoją głowę przez drzwi spojrzał na mamę, potem na Andrzeja, a potem na kota, którego mocniej przytulił.
Andrzej, już gotowy, stanął jeszcze w progu, jakby chciał coś powiedzieć. Gosia tylko spojrzała na niego prosto, całkiem poważna, choć z lekkim, pełnym spokoju uśmiechem.
W końcu trzasnęły cicho drzwi i po Andrzeju został tylko zapach jego wody po goleniu. W mieszkaniu zrobiło się spokojnie. Gosia podeszła do Bartusia, uklękła i przytuliła go razem z Bonifacym.
Mamo, on nie wróci? szepnął chłopiec.
Nie teraz, kochanie. Ale my jesteśmy razem, i to jest najważniejsze.
Mały uśmiechnął się, a Bonifacy przeciągnął się na dywanie. Gosia podniosła głowę, przejechała dłonią po włosach Bartka, po kocim grzbiecie. Spojrzała przez okno światło wiosennego popołudnia wpadało szeroką smugą do pokoju, kąpiąc ich wszystkich w cieple.
Wtedy Gosia poczuła, iż choć los nieraz wystawiał ją na próbę, to wszystko co naprawdę ważne, właśnie tutaj miała. Bez kompromisów, bez warunków. I bez cienia wątpliwości, uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem, który Bartuś tak bardzo lubił.
Za chwilę usiadą przy stole, Bonifacy wskoczy na parapet, a oni znów opowiedzą sobie cały dzień, śmiejąc się i planując przyszłość, w której nikt ani kot, ani dziecko, ani ona sama nie muszą się już nikomu tłumaczyć.












