Kiedy Waldek odwiedzał Zosię, ona dosłownie głupiała na jego oczach. To było ze szczęścia.

twojacena.pl 1 dzień temu

Jak przychodził do niej Waldek, to Agnieszka dosłownie głupiała z euforii na jego oczach. Zaczynała biegać po mieszkaniu, poprawiała włosy, chowała pod poduszkę porozrzucane ciuchy, które przed chwilą jeszcze przymierzała, a z głowy zdejmowała ostatnie papiloty. Potem leciała do łazienki, tam się czesała, malowała usta i już na tip-topach, w pełnej gotowości, wychodziła do niego taka niepodrabialna, cała ona.

No czy mogłaby nie być szczęśliwa? Sam przyznaj. Agnieszka mama samotnie wychowująca dziecko, adekwatnie nigdy na poważnie nie była zamężna. Miała swojego Romana, tak się z nim trochę pokręciła przez parę miesięcy, a potem on wyjechał z Poznania na swoje rodzinne ziemie, których nazwy Agnieszka nigdy choćby nie zapamiętała. Czy to był Kijów, czy gdzieś okolice. Tutaj dorabiał sobie na rynku, ale czym się zajmował Agnieszka też nie wiedziała dokładnie.

No i pojechał, rycerz jej serca, zostawiając ją lekko przy nadziei. W samej zasadzie był to dopiero początek jakieś dwa tygodnie. Sama jeszcze nie była pewna. Dopiero kiedy przez ponad miesiąc Roman nie pojawił się już ani razu na noc, Agnieszka zrozumiała, iż jak to delikatnie powiedzieć została sama.

A potem, jak przyszła pora, urodziła syna. I to ślicznego! Bo i po kim innego, jak nie po niej Agnieszka to piękność, a Roman wyglądał jak książę z bajki.

Co najważniejsze, chłopczyk jej się trafił spokojny jak aniołek: spał prawie cały czas, a jak się budził, to tylko po to, by porządnie się najeść. Dobrze, iż mleka miała mogłaby jeszcze całe przedszkole wykarmić. A zdrowie? Oprócz tych typowych dziecięcych drobiazgów, Sławek praktycznie nie chorował.

A Sławek dostał imię po aktorze bo kiedy była w ciąży, przypadkiem trafiła w telewizji na stary film Wojna i pokój, a tam był książę Andrzej, czyli Władysław Tichonow (no może trochę przekręciłam, ale wiecie o co chodzi), co choćby trochę Romka przypominał. Żadnych wątpliwości w metryce wpisali: Sławomir Romanowicz Poniatowski. Agnieszka powtarzała to sobie w głowie mnóstwo razy i myślała, iż brzmi to jak dobra piosenka.

Sławek był pogodnym dzieckiem. Agnieszka, jak musiała ugotować czy posprzątać, rozkładała na podłodze koc, obstawiała go z każdej strony krzesłami i sadzała Sławka w środku kojca zabawkowego. Do zabawy dawała mu swoją starą torebkę, kilka papilotów czy szmatki. I bawił się tam spokojnie, bez jęczenia czy płaczu. choćby raz, jak Agnieszka z kuchni zajrzała i zobaczyła jak mały utknął głową pomiędzy krzesłami (pewnie próbował się przecisnąć), on nic, tylko pod nosem sobie pomrukiwał i sam próbował się wydostać, rozpychając się rączkami.

Jak Sławek podrósł, nie sprawiał większych problemów. Mama spokojnie puszczała go na podwórko, tylko zawsze mówiła, żeby co dziesięć minut podbiegał pod okno (bo mieszkanie było na parterze) i krzyczał: Mamo! Jestem tutaj!.

Z zegarkiem to on był na bakier, więc przybiegał do okna co trzy minuty, wykrzykiwał swoje hasło, aż Agnieszka nie wyglądała i nie odpowiadała: Dobrze, synku!. Ale on i tak często stał i nie odchodził. W końcu sama pytała: No to co, baw się dalej!. Odpowiadał: Bo jeszcze się nie uśmiechnęłaś. Wtedy matka się uśmiechała prawdziwie (nie na pokaz) i chłopiec gwałtownie wracał do dzieci.

Któregoś dnia zawołał spod blokowego klombu swoje mamo, jestem!, a Agnieszka jak się wychyliła z okna, zobaczyła, iż dziecko tuli małego kotka:
Mamo, ciocia mi go dała. Powiedziała, iż ma na imię Eustachy. I iż będziesz się cieszyć, i żebyśmy się nim dobrze zajmowali.
I Sławek był wtedy tak szczery, iż matka nic innego jak tylko się uśmiechnęła, a potem powiedziała:
Eustachy pewnie głodny. Chodźcie obaj, dam mu mleka.
I syn z kotkiem wbiegli do klatki, szczęśliwi jak nigdy. Sławek najszczęśliwszy. Eustachy na razie mniej przekonany do swojego losu.

I tak sobie żyli we trójkę. Do czasu, aż Agnieszka poznała Waldka.

Waldek był w jej wieku. Kawaler, spokojny, taki trochę poważny, choć niezbyt stary. Pracował w fabryce mebli i dobrze zarabiał. Zaczął przychodzić do Agnieszki na weekendy, czasem choćby zostawał na noc. Małomówny, jadł za to sporo, pił raczej symbolicznie. Agnieszka zawsze miała dla niego schłodzoną wódeczkę w zamrażalniku i do tego serwowała swój ulubiony kieliszek taki z grubym szkłem, na niskiej nóżce. Waldek lubił najbardziej właśnie taki kieliszek.

Tym razem było jak zwykle. Waldek przyszedł, w przedpokoju uścisnął Sławkowi dłoń, potem usiadł na kanapie, zanim Agnieszka skończyła swój przedprzyjściowy rytuał. A później wszyscy razem a choćby w czwórkę, bo Eustachy też był na kolanach Sławka oglądali telewizję i poszli do stołu na obiad.

Po obiedzie, zgodnie z tradycją, wszyscy poleżeli trochę, żeby potem wyjść na spacer do parku.

Kiedy Agnieszka zamknęła cicho drzwi do pokoju Sławka i ułożyła się obok Waldka, opierając głowę na jego ramieniu, on pierwszy raz zaczął temat ślubu:
Myślę, żebyśmy na razie mieszkali razem u ciebie. Potem się przeprowadzimy na coś większego. Albo wynajmiemy moje mieszkanie, żeby dorobić Ale wiesz, Agnieszka zawahał się na chwilę Kotów nie znoszę. Będziemy musieli oddać waszego Eustachego…
Eustachego, nie Eustazego poprawiła Agnieszka i od razu się wzdrygnęła.
Tak, Eustachego…
Dłuższą chwilę siedzieli w ciszy. A potem Waldek, pewnym, stanowczym tonem, powiedział:
A Sławka damy do mojej mamy, na wieś. Tam jest świeże powietrze, i szkoła. Przecież my jeszcze młodzi, urodzimy sobie całą gromadkę.
I tak leżeli cicho, a głowa Agnieszki na jego ramieniu zamieniła się w skałę nie ruszyła się choćby na jotę.

Po chwili wstała, zakładając pospiesznie szlafrok, jakby nagle się zawstydziła swojego ciała, podeszła do jego rzeczy, wzięła spodnie i podała mu:
No, weź te swoje portki Załóż i wracaj
Ale gdzie?
Do swojej mamy, na wieś. Na świeże powietrze. A nam tu, trójce, świeżego powietrza w naszym parku wystarczaWaldek patrzył na nią przez dłuższą sekundę jakby nie mógł uwierzyć, iż wszystko, co tak starannie obmyślił, rozpadło się w jednej sekundzie. Ale w oczach Agnieszki już tańczyły błyski ciche, nieubłagane światło, które mówiło mu więcej niż sto słów.

Bez słowa założył spodnie, ubrał się do końca. Przez chwilę pokręcił się w przedpokoju, niezdarnie szukając kluczy, potem spojrzał ostatni raz w głąb mieszkania. Sławek spał z Eustachym na kocu, obaj wyglądali całkiem spokojnie jakby wiedzieli, iż to oni, a nie ktoś z zewnątrz, decydują, kto będzie tu z nimi żyć.

Waldek wyszedł bez trzaśnięcia drzwiami, zupełnie cicho. Agnieszka przez moment stała nieruchomo i wsłuchiwała się w ciszę, która nagle wypełniła cały dom. Była to cisza, która nie bolała. Taka, która pozwalała wziąć głęboki oddech.

Powoli wróciła do pokoju. Na chwilę przykucnęła przy Sławku, poprawiła kocyk i pogłaskała kotka. Sławek przez sen uśmiechnął się szeroko, jakby ktoś szepnął mu do ucha najlepszą z możliwych wieści. Agnieszka ucałowała go w czoło i szepnęła cicho:

Jesteśmy tu razem, synku. Wszyscy.

Potem podeszła do okna, uchyliła je lekko na świeże, nocne powietrze, i uśmiechnęła się najpełniej, jak tylko umiała. Ta niepodrabialna, cała ona.

Idź do oryginalnego materiału