Zauroczyła ją jego troska
Magda poznała swojego przyszłego męża pod koniec 2019 roku. Znajomość zaczęła się przez internet. Przez kilka miesięcy rozmawiali niemal codziennie, a z czasem postanowili spotkać się osobiście. Jak wspomina Magda, od początku imponował jej spokojem, troską i tym, w jaki sposób odnosił się do jej kilkuletniego syna.
– Wiedział o całym moim życiu. Nie ukrywałam, iż samotnie wychowuję dziecko. Powiedziałam mu również, iż mój syn jest efektem wykorzystania seksualnego. To była dla mnie bardzo trudna historia, ale uznałam, iż jeżeli mamy budować wspólną przyszłość, musi znać prawdę. Nigdy mnie za to nie ocenił – wspomina Magda.
Już na początku znajomości opowiadał jednak o własnym domu.
– Mówił, iż od dziecka wychowywał się w przemocy. Ojciec bił go paskiem, kontrolował każdy aspekt jego życia, choćby wtedy, gdy był już dorosły i pracował. Zabierał mu telefon, kartę bankową, decydował, z kim może się spotykać i jak powinien żyć. Wtedy wydawało mi się, iż to już zamknięty rozdział jego życia – relacjonuje Magda.
Problemy pojawiły się, gdy rodzice mężczyzny dowiedzieli się o ich związku.
– Wystarczyło, iż usłyszeli, iż mam dziecko. choćby nie chcieli mnie poznać. Jego ojciec zaczął rozpowiadać, iż źle się prowadzę, brałam narkotyki i jestem kobietą, z którą nie powinien się wiązać. To były całkowicie zmyślone oskarżenia. Wiedzieli, w jakich okolicznościach urodził się mój syn, a mimo to wykorzystali to przeciwko mnie – mówi Magda.
Jak wspomina Magda, ojciec partnera stanowczo sprzeciwił się tej relacji.
– Zabronił mu się ze mną spotykać. Odebrał telefon, samochód i odciął go od kontaktu ze mną. Przez pewien czas nie wiedziałam nawet, co się z nim dzieje. Myślałam, iż po prostu zniknął z mojego życia – dodaje.
Po około miesiącu mężczyzna ponownie się odezwał.
– Powiedział, iż jedynym sposobem, żebyśmy mogli być razem, będzie całkowite wyprowadzenie się z rodzinnego domu. Przeprowadził się do mnie, około czterdziestu kilometrów od miejsca, w którym mieszkali jego rodzice. Zerwał z nimi kontakt i wtedy naprawdę uwierzyłam, iż najgorsze mamy za sobą – mówi Magda.
Na ślubie w 2020 roku nie pojawił się ojciec pana młodego.
– Był obrażony, iż syn wyprowadził się z domu i przestał go słuchać. Kontakt z jego mamą był sporadyczny, ale utrzymywali go. Ojciec nie chciał mieć z nami nic wspólnego. Wszystko zmieniło się dopiero po narodzinach naszego wspólnego syna – kończy tę część swojej historii Magda.
Po ślubie przez dłuższy czas ich życie wyglądało tak, jak wyobrażała sobie rodzinę.
– To był naprawdę dobry okres. Mąż był spokojny, troskliwy i bardzo zaangażowany w wychowanie mojego starszego syna. Nigdy nie podniósł na mnie ręki. Wydawało mi się, iż zostawił dzieciństwo za sobą i nie będzie powielał tego, czego sam doświadczył – wspomina Magda.
Patrzyłam na niego i miałam wrażenie, iż widzę dwie osoby
W 2022 roku na świat przyszedł ich wspólny syn. To właśnie wtedy rodzice mężczyzny postanowili ponownie nawiązać z nim kontakt.
– Mąż był jedynakiem, więc chcieli poznać wnuka. Teściowa namawiała syna, żeby pogodził się z ojcem. Mówiła, iż rodzina powinna być razem. Bał się tego spotkania, ale ostatecznie się zgodził – opowiada Magda.
Dopiero wtedy po raz pierwszy zobaczyła na własne oczy relacje panujące w domu teściów. Wcześniej znała je wyłącznie z opowieści męża.
– Pamiętam, jak teść siedział przy stole i wydawał polecenia swojej żonie. Mówił: "Zrób mi kolację", "Przynieś to", "Posprzątaj". Nie prosił. Rozkazywał. A ona natychmiast wszystko wykonywała. Nie dyskutowała, nie sprzeciwiała się. Wtedy przypomniałam sobie historie, które wcześniej opowiadał mi mąż – mówi Magda.
Podczas kolejnych spotkań mąż zaczął coraz częściej wracać do wspomnień z dzieciństwa.
– Opowiadał, iż jako chłopiec widział, jak ojciec biegał za jego mamą z siekierą, bił ją i oskarżał o zdrady. Sam też był bity. Mówił, iż mama uciekała z domu do rodziny na Śląsku, ale zawsze wracała, bo nie miała dokąd pójść. Sąsiedzi i część rodziny później potwierdzali mi, iż takie sytuacje rzeczywiście miały miejsce – wspomina Magda.
Z czasem zaczęła zauważać, iż zachowanie męża powoli się zmienia.
– Najpierw były pojedyncze sytuacje. Stał się bardziej nerwowy, potem zaczął zwracać się do mnie w sposób, którego wcześniej nie znałam. Coraz częściej on i jego rodzina próbowali decydować za mnie, kontrolować mnie i chcieli, żebym robiła wszystko dokładnie tak, jak oni uważali za słuszne – relacjonuje Magda.
Najbardziej zaskakiwało ją to, iż zaczynał używać tych samych słów i zachowań, które wcześniej krytykował u swojego ojca.
– Patrzyłam na niego i miałam wrażenie, iż widzę dwie osoby. Mężczyznę, którego pokochałam, i jego ojca. Im częściej się spotykali, tym bardziej zaczynał go przypominać. To było przerażające – mówi.
Magda próbowała rozmawiać z teściową. Miała nadzieję, iż jako osoba, która sama przez lata żyła w takim domu, zrozumie jej obawy.
– Mówiłam, iż coś się z nim dzieje, iż bardzo się zmienił i iż potrzebuje pomocy psychologa albo psychiatry. Dzisiaj jestem przekonana, iż gdyby wtedy rozpoczął terapię, nasze życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Niestety nikt nie potraktował tego poważnie – wspomina.
Wkrótce zmiany przestały ograniczać się do wybuchów złości i prób kontrolowania rodziny. Po raz pierwszy Magda naprawdę przestraszyła się o własne życie, gdy ich wspólny syn miał zaledwie trzy miesiące. To właśnie wtedy doszło do pierwszego aktu przemocy fizycznej.
- Pierwszy raz zaatakował mnie, gdy nasz synek miał zaledwie trzy miesiące. Wrócił z pracy zdenerwowany. Tak było coraz częściej – stres z pracy przenosił do domu. Tamtego dnia zaczęliśmy się sprzeczać, a on nagle rzucił się na mnie i zaczął mnie dusić. Pamiętam, iż zaczęło brakować mi powietrza. Gdyby nie babcia i siostra, które wbiegły do pokoju, nie wiem, czy dziś mogłabym o tym opowiadać – wspomina Magda.
Po tym zdarzeniu usłyszała przeprosiny i zapewnienia, iż podobna sytuacja już nigdy się nie powtórzy.
– Uwierzyłam. Chciałam wierzyć, iż to był jednorazowy wybuch emocji. Tłumaczyłam go stresem, zmęczeniem, wszystkim, tylko nie tym, iż przemoc właśnie weszła do naszego domu – mówi.
Z czasem takich sytuacji było coraz więcej. Jak wspomina Magda, najczęściej dochodziło do nich wtedy, gdy próbowała stanąć w obronie dzieci.
– Nie potrafiłam stać z boku. Kiedy widziałam, iż zaczyna krzyczeć albo traci panowanie nad sobą, zasłaniałam dzieci własnym ciałem. Wolałam, żeby uderzył mnie niż ich – opowiada.
Najmłodszy syn po raz pierwszy został uderzony, gdy miał czternaście miesięcy.
– Dopiero nauczył się chodzić. Podszedł do taty, który siedział z telefonem. W jednej chwili dostał klapsa i upadł twarzą na podłogę. Usłyszałam płacz i od razu pobiegłam do niego. Zrobiłam zdjęcia obrażeń i wysłałam je teściom. Myślałam, iż tym razem ktoś zareaguje – wspomina Magda.
Reakcja rodziny męża była zupełnie inna, niż się spodziewała.
– Teściowa odpisała, iż ona też była bita i nikomu się nie skarżyła, bo nie miała komu. Teść stwierdził, iż dziecka nie da się wychować bez klapsów i iż skoro u nich wnuk jest grzeczny, to znaczy, iż my źle go wychowujemy. Tylko iż u nich on po prostu się bał. Później mówił mi, iż bał się paska wiszącego na drzwiach – relacjonuje Magda.
Jak podkreśla, wtedy zrozumiała, iż nie może liczyć na pomoc ze strony rodziny męża.
– Jego ojciec pracował na wysokim stanowisku w urzędzie gminy, a mama od lat była nauczycielką. Byli szanowani i dobrze sytuowani. Ja byłam zwykłą dziewczyną. Naprawdę bałam się, iż nikt nie uwierzy właśnie mnie – mówi.
Wsparcia nie znalazła również we własnej rodzinie.
– Miałam wrażenie, iż wszyscy wolą udawać, iż nic się nie dzieje. Zostałam z tym sama. Nie wiedziałam już, do kogo mogę pójść i kogo poprosić o pomoc – dodaje.
Przemoc dotykała nie tylko jej i dzieci.
– Psa wzięliśmy jeszcze przed ślubem. Kiedy mąż wpadał w złość, wyżywał się także na nim. Kopał go, a raz zawiesił go na kolczatce, bo uznał, iż za mocno ciągnie na spacerach. Starszy syn próbował go odciągnąć, ja wbiegłam ratować psa. Weterynarz później potwierdził złamane żebro – wspomina Magda.
Po kolejnych urazach zaczęła tracić przytomność.
– Na początku myślałam, iż to nerwy. Omdlenia zdarzały się raz na kilka tygodni, później coraz częściej. Psychiatra powiedział, iż moje objawy mogą mieć związek z czymś więcej i skierował mnie na oddział neurologii. Tam usłyszałam diagnozę padaczki lekoopornej. Po badaniach lekarze zaczęli łączyć ją z urazami głowy, których doznałam podczas przemocy – mówi.
Przełom nastąpił, gdy mąż zabrał ich młodszego syna do domu swoich rodziców.
– Przez pięć dni nie wiedziałam, co się z nim dzieje. Miał wtedy niespełna cztery lata. Udało mi się porozmawiać z nim tylko raz przez telefon. Powiedział: "Mamo, chcę wrócić do domu. Tata na mnie krzyczy". Wtedy zrozumiałam, iż nie mogę już dłużej czekać – wspomina Magda.
Najpierw poszła do adwokata, a później zgłosiła sprawę na policję. Funkcjonariusze zobaczyli dokumentację medyczną, fotografie obrażeń oraz wyniki badań.
– Bałam się przez bardzo długi czas. Tamtego dnia przestałam bać się o siebie. Zaczęłam bać się tylko o dzieci – mówi Magda.
To zgłoszenie rozpoczęło postępowanie karne, które ostatecznie doprowadziło do rozpadu małżeństwa i całkowicie zmieniło życie całej rodziny.
Koniec terroru
Po złożeniu zawiadomienia wszystko potoczyło się bardzo szybko. Policja zabezpieczyła zdjęcia obrażeń, dokumentację medyczną oraz wyniki badań. Niedługo później mąż Magdy został zatrzymany, a następnie tymczasowo aresztowany.
– To był pierwszy moment od kilku lat, kiedy poczułam, iż naprawdę jestem bezpieczna. Nie musiałam zastanawiać się, czy za chwilę wróci do domu i znowu wydarzy się coś złego. Po raz pierwszy mogłam spokojnie zasnąć razem z dziećmi – mówi Magda.
Małżeństwo zakończyło się rozwodem. Jak podkreśla Magda, sprawa rozwodowa trwała tylko jedno posiedzenie.
– Nie zaprzeczał temu, co się wydarzyło. Dzisiaj ma ograniczoną władzę rodzicielską. Równolegle toczy się postępowanie karne, w którym usłyszał cztery zarzuty dotyczące znęcania się nade mną, nad naszymi dziećmi i nad zwierzęciem – relacjonuje Magda.
Po wyjściu z aresztu były mąż rozpoczął terapię psychologiczną i leczenie psychiatryczne.
– Dowiedział się, iż sam prawdopodobnie walczy z ADHD i iż wiele jego zachowań miało źródło w dzieciństwie. Zaczął terapię i z tego, co wiem, bardzo się zmienił. Szkoda tylko, iż ta pomoc nie przyszła kilka lat temu. Wierzę, iż gdyby wcześniej trafił do specjalistów, wielu tragedii można byłoby uniknąć – mówi Magda.
Ona sama również rozpoczęła leczenie.
– Po tym wszystkim usłyszałam diagnozę zespołu stresu pourazowego. W terapii uczestniczę nie tylko ja, ale także moje dzieci. Wszyscy próbujemy nauczyć się żyć na nowo i poradzić sobie z tym, czego doświadczyliśmy – dodaje.
Niedługo później pojawiło się kolejne wyzwanie.
– Kiedy wydawało mi się, iż najgorsze mam już za sobą, usłyszałam diagnozę choroby nowotworowej. To była następna bardzo trudna wiadomość, ale po wszystkim, co przeszłam, wiem jedno – nie mogę się poddać. Mam dla kogo walczyć – mówi Magda.
Dziś największym celem jest zapewnienie dzieciom spokojnego i bezpiecznego domu.
– Nie opowiadam swojej historii po to, żeby kogokolwiek oskarżać. Chcę pokazać, iż przemoc naprawdę potrafi przechodzić z pokolenia na pokolenie, jeżeli nikt jej nie zatrzyma. W naszym przypadku ten schemat zaczął się wiele lat przede mną. Ja postanowiłam go przerwać. Wiem, iż przede mną i moimi dziećmi jeszcze długa droga, ale każdego dnia widzę, iż było warto zawalczyć o nasze życie – podkreśla Magda. – jeżeli doświadczacie przemocy, nie czekajcie tak długo jak ja. Nie wierzcie, iż to minie, a on czy ona się zmieni. Proście o wsparcie, choćby jeżeli wydaje się, iż jesteście z tym całkiem sami. Dziś wiem, iż odejście było najtrudniejszą, ale jednocześnie najlepszą decyzją, jaką mogłam podjąć dla siebie i swoich dzieci.



