Kiedy ostatnio powiedziałeś jej, iż jest piękna?

wschodni24.pl 1 godzina temu

Pamiętam, jak kiedyś potrafiłem patrzeć na nią godzinami. Nie musiała nic mówić. Wystarczyło, iż była. Że poprawiała włosy, iż śmiała się z czegoś, co wcale nie było śmieszne, iż marszczyła nos, kiedy coś jej nie pasowało. Pamiętam, jak wybierała sukienkę na nasze pierwsze spotkania. Jak pachniały jej włosy. Jak bardzo chciałem, żeby wiedziała, iż jest najpiękniejszą kobietą na świecie.

Mówiłem jej to.

Często.

Czasami bez powodu. Czasami szeptem. Czasami przy ludziach, trochę ją zawstydzając.

A potem przyszło życie.

Praca. Kredyt. Zakupy. Dzieci. Rachunki. Zmęczenie. Tysiące spraw, które każdego dnia wydawały się pilniejsze niż powiedzenie własnej żonie, iż pięknie wygląda.

I choćby nie zauważyłem, kiedy przestałem.

Nie przestałem jej kochać.

Po prostu przestałem jej o tym mówić.

Kiedy kobieta staje się oczywistością

To chyba jedna z największych męskich słabości. Przyzwyczajenie.

Przyzwyczajamy się do tego, iż ona jest.

Że rano wstaje. Że robi kawę. Że pyta, czy pamiętałem o wizycie u lekarza. Że dzwoni, kiedy długo nie wracam. Że przypomina o urodzinach mojej matki. Że wie, gdzie leżą rzeczy, których ja nigdy nie potrafię znaleźć.

Przyzwyczajamy się do jej obecności tak bardzo, iż zaczynamy traktować ją jak coś, co po prostu nam się należy.

A przecież kiedyś marzyliśmy właśnie o tym.

O tym, żeby budzić się obok niej.

Żeby wracać do domu, w którym będzie czekała.

Żeby słyszeć jej głos w drugim pokoju.

Żeby mieć z kim się pokłócić o głupoty i z kim pogodzić przed snem.

Kiedyś oddalibyśmy wiele za jeden wspólny wieczór.

Dzisiaj potrafimy spędzić obok siebie cały wieczór i choćby na siebie nie spojrzeć.

Ona coś opowiada.

My przeglądamy telefon.

Ona pyta, czy dobrze wygląda.

Odpowiadamy, iż dobrze.

Nawet nie podnosząc głowy.

I nie rozumiemy, dlaczego nagle milknie.

A ona przecież przez cały czas chce być kobietą

Nie tylko matką naszych dzieci.

Nie tylko żoną.

Nie tylko osobą, z którą dzielimy mieszkanie, obowiązki i domowy budżet.

Kobietą.

Tą samą, dla której kiedyś kupowaliśmy kwiaty bez okazji.

Tą, na której widok szybciej biło nam serce.

Tą, którą chcieliśmy całować na środku ulicy, nie przejmując się spojrzeniami przechodniów.

Ona przez cały czas gdzieś tam jest.

Może ma kilka zmarszczek więcej.

Może jej ciało zmieniło się po ciążach.

Może nie ma już czasu spędzać godziny przed lustrem.

Może czasami zasypia w połowie filmu, bo od rana była na nogach.

Ale to przez cały czas ona.

Kobieta, którą kiedyś wybraliśmy spośród wszystkich innych.

I zastanawiam się, ilu z nas pamięta jeszcze, dlaczego właśnie ją.

Najsmutniejsze pytanie, jakie może zadać kobieta

„Ty mnie jeszcze w ogóle widzisz?”

Nie chodzi o to, czy zauważamy, iż siedzi naprzeciwko.

Chodzi o coś znacznie ważniejszego.

Czy widzimy, iż jest zmęczona?

Czy dostrzegamy, iż od kilku dni jest smutna?

Czy zauważamy nową fryzurę, którą zrobiła może właśnie po to, żebyśmy spojrzeli na nią tak jak kiedyś?

Czy widzimy, iż czasami stoi przed lustrem trochę dłużej, przyglądając się własnej twarzy?

Że poprawia włosy.

Że patrzy na zmarszczki wokół oczu.

Że zastanawia się, kiedy przestała być dla nas atrakcyjna.

A może wcale nie przestała?

Może po prostu zapomnieliśmy jej powiedzieć, iż przez cały czas jest piękna.

Bo nam się wydaje, iż ona przecież wie.

Jesteśmy razem tyle lat.

Przecież nie odszedłem.

Przecież wracam do domu.

Przecież pracuję, staram się, dbam o rodzinę.

Czy to nie wystarczy?

Nie zawsze.

Bo człowiek może wiedzieć, iż jest kochany, a jednocześnie rozpaczliwie tęsknić za tym, żeby poczuć się zauważonym.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio ją przytuliłem

Nie tak zwyczajnie, przelotnie, kiedy mijamy się w kuchni.

Naprawdę.

Bez pośpiechu.

Bez oczekiwania, iż za chwilę wydarzy się coś więcej.

Tak, żeby przez moment mogła oprzeć głowę na moim ramieniu i nie musiała być silna.

Nie musiała niczego organizować.

Nie musiała o niczym pamiętać.

Nie musiała być matką, żoną, pracownicą, córką, kobietą, od której wszyscy czegoś oczekują.

Żeby mogła po prostu być.

Pamiętam, iż kiedyś potrafiłem ją tak trzymać bardzo długo.

Dzisiaj częściej pytam, czy zapłaciła rachunek za prąd.

I chyba właśnie to jest najbardziej przykre.

Nie to, iż miłość znika.

Ale iż czasami sami zasypujemy ją codziennością, a potem dziwimy się, iż nie potrafimy jej odnaleźć.

Kiedy ostatnio byłeś z niej dumny?

Nie tylko wtedy, gdy dostała awans.

Nie tylko wtedy, gdy przygotowała wspaniałą kolację dla gości.

Nie tylko wtedy, gdy wszyscy chwalili jej osiągnięcia.

Kiedy ostatnio powiedziałeś jej, iż podziwiasz to, jak radzi sobie z życiem?

Że widzisz, ile robi dla waszej rodziny?

Że dostrzegasz jej wysiłek, choćby jeżeli nie zawsze wszystko wychodzi idealnie?

Że jest mądrą, wartościową kobietą?

Że lubisz z nią rozmawiać?

Że przez cały czas potrafi cię rozśmieszyć?

My, mężczyźni, często myślimy, iż miłość trzeba udowadniać wielkimi czynami.

Zbudować dom.

Zapewnić bezpieczeństwo.

Zarobić pieniądze.

Naprawić samochód.

I to wszystko może być ważne.

Ale czasami kobieta, która ma już dom, samochód i pełną lodówkę, najbardziej potrzebuje usłyszeć od swojego mężczyzny jedno zdanie.

„Jestem szczęśliwy, iż jesteś moją żoną”.

Nie dlatego, iż coś zrobiła.

Nie dlatego, iż na coś zasłużyła.

Dlatego, iż jest.

A potem przychodzi taki dzień

Wyobrażam sobie czasami pewną scenę.

Starszy mężczyzna siedzi samotnie przy kuchennym stole.

Przed nim stoją dwa kubki.

Jeden pusty.

Drugi z herbatą, która dawno wystygła.

W mieszkaniu jest cicho.

Nikt nie pyta, czy zjadł śniadanie.

Nikt nie narzeka, iż znowu zostawił buty na środku przedpokoju.

Nikt nie przypomina, żeby założył cieplejszą kurtkę.

Nikt nie opowiada, co wydarzyło się w pracy.

Nikt nie śmieje się w drugim pokoju.

I nagle ten człowiek oddałby wszystko, żeby jeszcze raz usłyszeć jej głos.

Nawet wtedy, gdy się denerwowała.

Nawet wtedy, gdy mówiła, iż nigdy jej nie słucha.

Nawet wtedy, gdy pytała po raz trzeci, czy naprawdę dobrze wygląda w tej sukience.

Oddałby wszystko, żeby jeszcze raz mogła stanąć przed lustrem i zapytać:

„I jak?”

A on mógłby odpowiedzieć inaczej niż przez ostatnie dwadzieścia lat.

Nie rzucić obojętnego „dobrze”.

Nie powiedzieć „przecież wiesz”.

Nie spojrzeć na zegarek.

Tylko podejść, objąć ją i powiedzieć:

„Jesteś piękna. Zawsze byłaś”.

Ale w tej wyobrażonej kuchni nie ma już komu tego powiedzieć.

I właśnie dlatego nie warto czekać.

Nie czekaj, aż będzie za późno

Nie wiem, ile jeszcze wspólnych poranków mamy przed sobą.

Nie wiem, ile razy będziemy razem pić kawę.

Ile razy pokłócimy się o otwarte okno.

Ile razy ona zapyta, co chciałbym zjeść na obiad.

Ile razy będę mógł zobaczyć, jak uśmiecha się na mój widok.

Nikt z nas tego nie wie.

A jednak zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli nieskończoną ilość czasu.

Odkładamy dobre słowa na później.

Czułość na weekend.

Wspólny wieczór na wakacje.

Rozmowę na moment, kiedy będzie mniej pracy.

Tylko iż życie rzadko robi się mniej skomplikowane.

Zawsze będzie coś do zrobienia.

Zawsze znajdzie się jakiś problem.

Zawsze ktoś zadzwoni.

Zawsze będziemy zmęczeni.

A człowiek obok nas będzie się powoli starzał.

Tak samo jak my.

I pewnego dnia możemy odkryć, iż najpiękniejsze chwile naszego życia były tymi zwyczajnymi, których choćby nie zauważaliśmy.

Dzisiaj spojrzę na nią inaczej

Nie obiecuję, iż od jutra będę idealnym mężem.

Nie będę.

Pewnie znowu zapomnę o czymś ważnym.

Pewnie nie zauważę czegoś, co powinienem zauważyć.

Pewnie czasami odpowiem zbyt gwałtownie albo będę myślami gdzie indziej.

Ale chciałbym pamiętać o jednej rzeczy.

Że kobieta, która jest obok mnie, nie przestała potrzebować czułości tylko dlatego, iż jesteśmy razem od wielu lat.

Że nie przestała być piękna tylko dlatego, iż jej twarz się zmieniła.

Że nie przestała być wyjątkowa tylko dlatego, iż stała się częścią mojej codzienności.

I iż miłość nie powinna być czymś, czego trzeba się domyślać.

Chciałbym częściej mówić jej to, co kiedyś przychodziło mi tak naturalnie.

Że pięknie wygląda.

Że lubię jej uśmiech.

Że jestem z niej dumny.

Że przez cały czas jest kobietą, z którą chcę dzielić życie.

A przede wszystkim chciałbym częściej na nią patrzeć.

Tak naprawdę.

Nie przez ekran telefonu.

Nie między jednym obowiązkiem a drugim.

Nie tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebuję.

Chciałbym zobaczyć w niej tę dziewczynę, w której kiedyś się zakochałem.

I kobietę, którą stała się przez wszystkie nasze wspólne lata.

Bo dzisiaj rozumiem coś, czego być może nie rozumiałem jako młody chłopak.

Piękno kobiety nie kończy się wtedy, kiedy pojawiają się pierwsze zmarszczki.

Czasami dopiero wtedy zaczynamy dostrzegać, ile życia, miłości, poświęcenia i odwagi kryje się w jej twarzy.

A jeżeli tego nie widzimy, to może problem wcale nie leży w jej wyglądzie.

Może to my przestaliśmy naprawdę patrzeć.

Na koniec mam jedną prośbę

Panowie, jeżeli macie obok siebie kobietę, którą kochacie, zróbcie dzisiaj coś bardzo prostego.

Nie kupujcie kwiatów.

Nie rezerwujcie drogiej restauracji.

Nie szukajcie wyjątkowej okazji.

Po prostu podejdźcie do niej.

Spójrzcie jej w oczy.

Przytulcie.

I powiedzcie, iż jest piękna.

Nawet jeżeli właśnie zmywa naczynia.

Nawet jeżeli ma na sobie stary dres.

Nawet jeżeli jest zmęczona i nie ma ochoty się uśmiechać.

A jeżeli zapyta, co się stało, odpowiedzcie zgodnie z prawdą.

„Nic. Po prostu dawno ci tego nie mówiłem”.

Bo może ona czeka na te słowa od bardzo dawna.

A może już przestała na nie czekać.

I to byłoby najsmutniejsze.

Nie to, iż przestaliśmy mówić kobietom, iż są piękne.

Ale to, iż przez nasze milczenie one same mogły przestać w to wierzyć.

Kiedyś zrobiłbyś wszystko, żeby ta kobieta spojrzała właśnie na ciebie.

Dzisiaj ona być może zrobiłaby wszystko, żebyś ty znowu spojrzał na nią tak jak kiedyś.

I jeżeli jeszcze możesz to zrobić, nie odkładaj tego na jutro.

Bo pewnego dnia możesz mieć w sobie tysiąc najpiękniejszych słów.

I nikogo, komu będziesz mógł je powiedzieć.

Między miłością a codziennością

Poniedziałkowy cykl felietonów o relacjach, emocjach i tym, co naprawdę ważne.

Idź do oryginalnego materiału