Kiedy ostatnio spojrzałaś na siebie w lustrze? zapytałem żonę. Jej reakcja była dla mnie zaskoczeniem.
Piotr kończył poranną kawę, ukradkiem spoglądając na Lucynę. Włosy spięte gumką, jakąś dziecięcą, z kreskówkowymi kotkami.
A przecież sąsiadka z piętra, Paulina, zawsze wyglądała świeżo i olśniewająco. Z tym specyficznym zapachem drogich perfum, który unosił się jeszcze długo po jej wyjściu z windy.
Wiesz co Piotr odłożył telefon czasem myślę, iż żyjemy jak… no nie wiem, zwykli sąsiedzi.
Lucyna zatrzymała się, trzymając ścierkę w ręku.
Co masz na myśli?
Nic wielkiego. Po prostu, kiedy ostatni raz patrzyłaś w lustro?
W tym momencie spojrzała na mnie uważnie. Wyglądała, jakby coś zrozumiała. Czułem, iż to nie idzie według mojego planu.
A kiedy ty ostatnio patrzyłeś na mnie? powiedziała cicho.
Nastała niezręczna cisza.
Lucynko, nie rób z tego dramatu. Tylko mówię kobieta powinna zawsze wyglądać olśniewająco. To proste. Spójrz na Paulinę. Przecież jest w twoim wieku.
Aha wyciągnęła sylabę Lucyna. Paulinę.
Coś w jej głosie sprawiło, iż się zaniepokoiłem. Jakby doznała nagłego olśnienia.
Piotrze powiedziała po chwili wiesz, wyjadę na chwilę do mamy. Przemyślę Twoje słowa.
Jak chcesz. Możemy pobyć osobno, zastanowić się. Tylko wiedz, nie wyrzucam Cię!
Wiesz Lucyna bardzo starannie odwiesiła ścierkę na haczyk może naprawdę powinnam spojrzeć na siebie w lustrze.
Ruszyła pakować walizkę.
Ja siedziałem w kuchni i myślałem: Kurczę, przecież właśnie tego chciałem. Ale euforii nie czułem. Raczej pustkę.
Przez trzy dni czułem się jak na wakacjach. Poranna kawa bez pośpiechu, a wieczorem robiłem, co chciałem. Nikt nie puszczał seriali o miłości i zdradzie.
Wolność! Upragniona męska wolność.
Wieczorem spotkałem Paulinę przed klatką. Niosła torby z Delikatesów Centrum, na obcasach, w sukience jak szytej na miarę.
Piotr! uśmiechnęła się promiennie. Jak tam? Dawno Lucyny nie widziałam.
U mamy jest, odpoczywa skłamałem bez wahania.
Ah Paulina kiwnęła głową ze zrozumieniem. Wiesz, czasem kobiecie potrzebna chwila wytchnienia. Od codzienności, od rutyny.
Mówiła to jak ktoś, kto nigdy nie zmagał się z porządkami. Jakby jej mieszkanie sprzątało się samo, a kolacja pojawiała się dzięki magicznego zaklęcia.
Paulino, a może kawa kiedyś? Tak sąsiedzko.
Czemu nie? uśmiechnęła się. Może jutro wieczorem?
Przez całą noc układałem plan. Koszula? Jeansy czy spodnie? Perfum żeby nie przesadzić.
Rano zadzwonił telefon.
Piotr? nieznajomy głos. Jolanta Szymańska, mama Lucyny.
Serce mi zadrżało.
Tak, słucham.
Lucyna prosiła przekazać, iż zabierze rzeczy w sobotę, kiedy nie będzie cię w domu. Klucze zostawi u dozorcy.
Ale jak to zabierze rzeczy?
A jak myślałeś? w głosie teściowej słychać było stalową nutę. Moja córka nie zamierza całe życie czekać, aż zdecydujesz, czy jest ci potrzebna, czy nie.
Pani Jolanto, przecież nic takiego nie powiedziałem…
Powiedziałeś wystarczająco. Żegnaj, Piotrze.
Rozłączyła się.
Siedziałem w kuchni, patrzyłem tępo na telefon. Co się adekwatnie wydarzyło? Przecież nie mówiłem o rozwodzie! Chciałem tylko przerwy, chwili na zastanowienie…
A one już wszystko za mnie ustaliły!
Wieczorne spotkanie z Pauliną było nieudane. Była miła, ciekawie opowiadała o pracy w banku, śmiała się z moich żartów. Gdy próbowałem jej dotknąć delikatnie się odsunęła.
Piotrze, rozumiesz… nie mogę. Jesteś żonaty.
Przecież teraz… żyjemy oddzielnie.
Teraz. A jutro? spojrzała na mnie przenikliwie.
Odwiozłem ją pod klatkę i wróciłem do siebie. Mieszkanie przywitało mnie ciszą i zapachem męskiej samotności.
W sobotę specjalnie wyszedłem z domu nie chciałem płaczu, rozmów, scen. Niech spokojnie zabierze swoje rzeczy.
Ale już o trzeciej po południu nie wytrzymałem ciekawości. Co zabrała? Wszystko? Czy tylko trochę? Jak wyglądała?
O czwartej wróciłem do domu.
Przed klatką stał samochód na tablicach z naszego miasta. Za kierownicą mężczyzna około czterdziestki, schludny, w porządnym płaszczu. Pomagał komuś pakować kartony.
Usiadłem na ławce i czekałem.
Po dziesięciu minutach z klatki wyszła kobieta w granatowej sukience. Włosy upięte elegancką spinką, lekki makijaż podkreślał oczy.
Patrzyłem i nie wierzyłem. To była Lucyna. Moja Lucyna. Tylko zupełnie inna.
Niosła ostatnią torbę, mężczyzna natychmiast podbiegł, pomógł usiąść w samochodzie, jakby była z porcelany.
Nie wytrzymałem, podszedłem.
Lucyno!
Odwróciła się. Zobaczyłem jej twarz spokojną i piękną. Bez tej wiecznej zmęczonej maski.
Cześć, Piotrze.
To… ty?
Kierowca napiął się, ale Lucyna dotknęła go uspokajająco.
To ja powiedziała prosto. Po prostu dawno mnie nie widziałeś.
Lucyna, zaczekaj. Możemy porozmawiać.
O czym? w jej głosie nie było ani gniewu, ani żalu. Powiedziałeś: kobieta ma wyglądać olśniewająco. To posłuchałam.
Ale nie o to mi chodziło! serce ściskało mi się.
A o co? Lucyna przechyliła głowę. Żebym była piękna tylko dla ciebie? interesująca tylko w domu? Żebym pokochała siebie, ale nie tak bardzo, żeby odejść od męża, który mnie nie widzi?
Każde jej słowo coś we mnie łamało.
Wiesz… mówiła łagodnie naprawdę przestałam o siebie dbać. Ale nie ze względu na lenistwo. Po prostu przyzwyczaiłam się do bycia niewidzialną. We własnym domu, w swoim życiu.
Lucyna, nie chciałem…
Chciałeś. Żonę-niewidzialną, która robi wszystko, tylko nie przeszkadza. A jak się znudzi można zamienić na barwniejszą wersję.
Mężczyzna w aucie powiedział coś cicho. Lucyna skinęła mu głową.
Muszę już iść powiedziała mi. Wojtek czeka.
Wojtek? poczułem suchość w gardle. Kto to?
Człowiek, który mnie widzi odparła Lucyna. Poznaliśmy się na siłowni. Przy mamie otworzyli fitness. Wyobrażasz sobie? W wieku czterdziestu dwóch lat pierwszy raz zaczęłam ćwiczyć!
Lucyna, proszę. Dajmy sobie jeszcze jedną szansę. Byłem głupi.
Piotrze spojrzała mi w oczy a pamiętasz, kiedy powiedziałeś mi ostatnio, iż jestem piękna?
Nie odpowiedziałem. Nie pamiętałem.
A kiedy ostatni raz spytałeś, jak się czuję?
Zrozumiałem przegrałem. Nie z Wojtkiem. Z samym sobą.
Wojtek uruchomił silnik.
Nie jestem na ciebie zła, Piotrze. Naprawdę. Pomogłeś mi zrozumieć istotną rzecz: jeżeli sama siebie nie widzę, nikt mnie nie zobaczy.
Samochód ruszył.
Stałem przy klatce i patrzyłem, jak wyjeżdża moje życie. Nie żona. Życie. Piętnaście lat, które uważałem za rutynę, okazały się szczęściem.
Tylko iż byłem tego nieświadomy.
Pół roku później spotkałem Lucynę w galerii handlowej. Przypadkiem.
Wybierała kawę ziarnistą, dokładnie czytała etykiety. Obok stała młoda dziewczyna, dwudziestolatka.
Weźmy tę mówiła. Tata mówi, iż arabica lepsza niż robusta.
Lucyna? podszedłem.
Odwróciła się. Uśmiechnęła się lekko, swobodnie.
Cześć, Piotrze. Poznaj, to Nastka, córka Wojtka. Nastka, to Piotr, mój były mąż.
Dziewczyna przywitała się uprzejmie. Ładna, pewnie studentka. Patrzyła na mnie z ciekawością, bez niechęci.
Jak się masz? zapytałem.
Dobrze. A u ciebie?
Jakoś leci.
Nastała przykra cisza. Trudno rozmawiać z dawną żoną, która stała się kimś innym.
Staliśmy przy półkach z kawą, a ja patrzyłem na nią. Opalona, w zwiewnej bluzce, z nową fryzurą. Szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.
A ty? spytała. Jak tam u ciebie uczuciowo?
Nieszczególnie westchnąłem.
Lucyna patrzyła na mnie długo.
Wiesz, Piotrze, szukasz kobiety, która będzie piękna jak Paulina, ale posłuszna jak dawna ja. Inteligentna, ale nie tak by widzieć, jak patrzysz na inne.
Nastka słuchała z szeroko otwartymi oczami.
Takiej kobiety nie ma powiedziała spokojnie Lucyna.
Lucyna, idziemy? wtrąciła Nastka. Tata czeka w samochodzie.
Oczywiście Lucyna wzięła opakowanie kawy. Powodzenia, Piotrze.
Odeszły, a ja zostałem przy półkach. I myślałem o tym, iż miała rację. Szukam nieistniejącej kobiety.
Wieczorem usiadłem w kuchni, nalałem herbaty. Myślałem o Lucynie, o tym, jaką się stała. O tym, iż czasem dopiero strata pozwala zrozumieć, jak bardzo coś było wartościowe.
Może szczęście nie polega na szukaniu wygodnej żony, ale na umiejętności dostrzegania kobiety obok siebie.












