Kiedy moja babcia, Jadwiga, usłyszała, iż jest chora, przyjęła to z niewiarygodnym dla większości spokojem. Usiadła przy kuchennym stole, nalała sobie herbatę, spojrzała przez okno i rzekła:
Nie będę siedzieć w domu i czekać na śmierć. Chcę żyć, póki mogę.
Miała wtedy sześćdziesiąt lat. Niska, zawsze uśmiechnięta, z wewnętrzną iskrą, której nie zgasiły lata, troski, codzienność i choćby straty. W niej zawsze tliła się żądza życia cicha, ale uparta, niczym wiosenna pączek przebijająca się przez kamień.
Całe życie babcia spędziła w jednym domu starym, ale ciepłym, pachnącym jabłkami, miętą i świeżo wypieczonym chlebem. Tam wychowała pięcioro dzieci, pomagała przy wnukach, przyjmowała gości i przetrzymywała zimy. Dom był jej wszechświatem, ale, jak się okazało, nie chciała, by właśnie tam zakończyła swoją historię.
Miesiąc po diagnozie sprzedała ten dom. Nikt nic nie powiedział wiedziała o tym tylko najmłodsza ciotka, Grażyna, która odprowadziła ją do notariusza. Reszta się dowiedziała przypadkowo. Mój kuzyn, Jerzy, wpadł w gości i zobaczył puste ściany: bez mebli, bez firanek, bez zapachu ciast, które niegdyś witały każdego, kto przechodził próg. Na drzwiach wisiała tabliczka: Własność prywatna.
Kilka dni później wszyscy otrzymali od niej wiadomość głosową. Jej głos był równy, pewny, lekko uśmiechnięty:
Nie zamierzam się tłumaczyć. To moja decyzja. Całe życie pracowałam teraz chcę żyć, póki mogę.
Z pieniędzy ze sprzedaży domu, które zamieniła na złote, babcia wyruszyła w wędrówkę. Nie za granicę, nie do drogich hoteli po Polsce, po swoim własnym kraju, którego, jak przyznała później, prawie nie znała. Była nad Bałtykiem, w górach Tatry, w starych klasztorach, w małych miasteczkach, gdzie ludzie wciąż witają się na ulicy.
Wysyłała nam pocztówki, krótkie wiadomości, zdjęcia uśmiechnięta, opalona, w towarzystwie nowych przyjaciół. Czasem znikała na kilka tygodni, a potem pojawiała się znów: spokojna, zainspirowana, niczym po długiej rozmowie ze sobą samą.
Ktoś z rodziny nie rozumiał jej czynu. Mówił: Jak mogła? To dom, wspomnienia, dzieci, wnuki!. Inni zaś podziwiali jej odwagę. A ona odpowiadała po prostu:
Nie chcę zostawić murów. Chcę zostawić pamięć, iż żyłam.
I naprawdę żyła. W ostatnim roku być może po raz pierwszy naprawdę w jej oczach znów pojawił się blask, który widzieliśmy tylko na starych fotografiach. Nauczyła się cieszyć każdym porankiem, nie odkładając szczęścia na później.
Gdy odeszła, otworzyliśmy jej małą walizkę. W środku leżały dziesiątki biletów, mapy turystyczne, stare pocztówki, notatki z nazwami kawiarni, w których była, i ponad sto zdjęć: uśmiechnięta, na tle morza, gór, starych kamienic i ulic. Na każdym życie, ruch, światło.
Domu już nie było. Pieniędzy też. Została jednak wolność najcenniejszy skarb, jaki posiadała. Wolność bycia sobą, życia po własnym uznaniu, bez czekania na pozwolenie i bez patrzenia wstecz.
Często myślę: gdybyśmy dowiedzieli się, iż zostało nam kilka czasu co byśmy zrobili?
Zostalibyśmy w czterech ścianach, wśród znanych rzeczy i lęków?
A może w końcu odważyłibyśmy się żyć nie kiedyś, nie później, ale teraz?
Może właśnie w tym tkwi prawdziwa mądrość nie czekać na śmierć, ale przywitać życie otwartymi oczami, tak jak zrobiła ona.











