Kelner z Krakowa, który znał francuski lepiej niż inwestor z Zatoki
Bartek pracował w restauracji „Cyrkulacja" przy ulicy Floriańskiej od czterech lat i wiedział jedno: klienci, którzy najgłośniej mówią o pieniądzach, płacą napiwek najrzadziej. Tego wieczoru sala była pełna — środa, koniec września, za oknem mokro po deszczu, a w kuchni ktoś już drugi raz krzyczał, iż skończyła się polędwica wołowa i trzeba dzwonić do dostawcy.
Przy stoliku numer siedem, tym przy oknie z widokiem na Wawel, siedział mężczyzna, który przedstawił się jako „inwestor z Zatoki" — Karim al-Rashidi, szef funduszu z Kataru. Przyjechał do Polski negocjować budowę centrum logistycznego pod Krakowem i na kolację zaprosił trzech przedstawicieli firmy deweloperskiej: dwóch Polaków w garniturach i jednego Niemca, Klausa, który mieszkał dziesięć lat w Genewie i cały czas zerkał na zegarek, jakby liczył minuty do samolotu.
Karim mówił dużo. O swoich hotelach w Dubaju, o yachcie, o tym, iż zna osobiście ministra czegoś tam. Mówił tak głośno, iż przy sąsiednim stoliku para przestała rozmawiać i zaczęła słuchać. Starszy z Polaków, dyrektor Sadowski, już raz musiał go poprosić, żeby ściszył głos, kiedy Karim opowiadał, jak w zeszłym roku kazał zwolnić całą ekipę sprzątającą w swoim hotelu za „bezczelne spojrzenie". Klaus wtedy tylko odłożył kartę win na obrus i wbił w nią palec, jakby chciał przygwoździć konkretną linijkę — gest, który mówił więcej niż jakiekolwiek słowa.
Zamówienia zbierała Ania — dwudziestosześcioletnia kelnerka, która na tę zmianę wzięła się, bo koleżanka miała grypę. Notes, długopis, szybkie pytanie o stopień wysmażenia. Wszystko szło gładko, dopóki kolej nie doszła na Karima.
— Poproszę filet Rossini z sosem madera — rzucił, przeciągając samogłoski, jakby to była nazwa jakiejś tajnej broni.
Ania zapisała. Karim uśmiechnął się kątem ust.
— Zaczekaj. Ty w ogóle wiesz, co to jest filet Rossini?
Ania podniosła głowę znad notesu.
— Tak, proszę pana.
— Nie pytałem, czy potrafisz powtórzyć nazwę — przerwał jej, nie dając dokończyć. — Pytałem, czy rozumiesz, co podajesz. Ale po co ja się w ogóle pytam głupiej służącej. Ty tylko nosisz talerze i się uśmiechasz, prawda?
Przy stoliku zrobiło się cicho. Klaus odłożył widelec, którego jeszcze choćby nie użył. Sadowski wbił wzrok w kartę dań, jakby nagle znalazł tam coś bardzo ciekawego.
Karim to poczuł i, zamiast się zawstydzić, poszedł dalej.
— Takie osoby zawsze udają, iż wszystko rozumieją. Powiesz coś trudniejszego, a one się gubią. Więc po prostu zapisz i przekaż kucharzowi. Nie graj mądrej.
Ania nie odpowiedziała od razu. Zamknęła notes i obróciła długopis w palcach — ten sam gest, którym uspokajała się codziennie, kiedy ktoś przy stoliku szóstym reklamował zupę.
— Coś nie tak? — zapytał Karim, wyraźnie zadowolony z siebie. — Obraziłem cię? To może wybierz sobie inną pracę. W dobrej restauracji trzeba umieć znosić klientów. Dzięki takim jak ja w ogóle masz pensję.
Sadowski powiedział cicho:
— Karim, chyba wystarczy. To już drugi raz dzisiaj.
— Daj spokój — roześmiał się Karim. — Ja tylko tłumaczę człowiekowi, gdzie jego miejsce.
I wtedy Ania zrobiła coś, czego nikt przy stoliku się nie spodziewał. Przeszła na francuski.
— Le filet Rossini, monsieur, c'est un tournedos de bœuf poęlé, servi avec du foie gras poęlé, une tranche de truffe noire et une sauce Madère réduite à base de fond de veau. Voulez-vous que je vous explique aussi l'origine du plat, ou cela suffit?
Zapadła cisza — nie ta niezręczna, tylko taka, po której ktoś w końcu bierze łyk wina, żeby coś zrobić z rękami. Klaus, który przez cały wieczór ledwo się odzywał, zaczął się cicho śmiać.
— Ona ma rację co do słowa — powiedział po angielsku. — I wymowa lepsza niż twoja, Karim.
Ania odłożyła notes na tacę.
— Studiowałam gastronomię i języki na Uniwersytecie Ekonomicznym. Filet Rossini nazwano na cześć kompozytora Gioacchina Rossiniego, wielkiego smakosza. Pracuję tu, bo lubię tę pracę, nie dlatego, iż nie mam wyboru.
Karim otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nic z nich nie wyszło. Sadowski, który już wcześniej dwukrotnie próbował go uciszyć, złożył serwetkę i odłożył ją na stół.
— Panie Karim, rozmawiamy o inwestycji wartej sto dwadzieścia milionów złotych, a to już trzecia taka scena, jaką dzisiaj widzę. Najpierw ekipa sprzątająca, potem kierowca, teraz kelnerka. Muszę to przemyśleć razem z zarządem, zanim podpiszemy cokolwiek dalej.
Wstał, zapiął marynarkę.
— Przepraszam za ten wieczór — powiedział do Ani, nie do Karima. — Rachunek proszę wystawić na moją firmę, oddzielnie od stolika pana al-Rashidiego.
Klaus też wstał. Zostawił na obrusie sto złotych, chociaż zamówienie jeszcze nie przyszło.
— Za pani czas — powiedział do Ani i wyszedł razem z Sadowskim.
Karim siedział sam przy stoliku siedem, z menu w ręku i filetem Rossini, którego już nikt nie chciał zamawiać razem z nim. Kierownik sali, pan Wojciech, podszedł spytać, czy podać kartę deserów. Karim pokręcił głową i poprosił o rachunek — na siebie.
Ania wróciła do zaplecza, powiesiła fartuch na haczyku obok szafki, w której trzymała słownik francusko-polski jeszcze z liceum. Nie zadzwoniła do nikogo, nie napisała posta. Po prostu wzięła zamówienie od stolika dwunastego — para na rocznicę ślubu, dwadzieścia dwa lata razem, pytali, czy tort czekoladowy da się podać z jedną świeczką zamiast dwudziestu dwóch.
Miesiąc później Bartek usłyszał od Sadowskiego, który wpadł na lunch, iż rozmowy z funduszem Karima utknęły w martwym punkcie — zarząd firmy zażądał dodatkowych gwarancji dotyczących warunków pracy na budowie, a Katarczycy zwlekali z odpowiedzią. Czy sprawa się rypnie, czy jednak dogadają się na innych warunkach, nikt w restauracji nie wiedział na pewno. Wiadomo było za to, iż na tablicy dla personelu, obok grafiku zmian, ktoś dopisał niebieskim markerem: „Ania — awans na kierownika sali od 1 listopada". Podpisał się pan Wojciech, bo od dawna szukał kogoś, kto potrafi ogarnąć sytuację, kiedy sala robi się trudna — a Ania akurat tego wieczoru pokazała, iż potrafi.












