Każdy sobie żyw
Mamo, nie wyobrażasz sobie, co się teraz dzieje na rynku Andrzej z poirytowaniem przekładał stos wydruków, raz układając je równiutko, raz znów rozrzucając po kuchennym stole. Ceny lecą w górę co tydzień. jeżeli teraz nie zapłacimy zadatku, ktoś sprzątnie nam to mieszkanie sprzed nosa.
Irena podsunęła synowi filiżankę z wystygłą herbatą i przysiadła naprzeciwko. Na wydrukach migały rzuty mieszkań, liczby, harmonogramy spłat. Trzypokojowe w nowym bloku, pokój dla Marcinka i Jagódki, wreszcie własne kąty.
Ile brakuje?
Trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych Andrzej przetarł czoło dłońmi. Wiem, iż to dużo. Ale Ola już się denerwuje, dzieci rosną, a my ciągle kątem po wynajmowanych…
Irena patrzyła na syna i widziała tego chłopca, który zbierał jej bukiety mleczy spod płotu. Trzydzieści dwa lata, dwójka dzieci, a zmarszczka między brwiami ta sama, co kiedy płakał przez dwóję z matematyki.
Mam trochę oszczędności. Leżą na koncie.
Mamo, oddam, słowo honoru. Jak tylko się wszystko ułoży, zacznę spłacać.
Położyła swoje spracowane ręce na jego dłoni.
Andrzeju, to przecież dla wnuków. Nie ma o czym gadać. Rodzina ważniejsza niż pieniądz.
W oddziale banku Irena wypełniała papiery starannym charakterem pisma, wyrobionym przez trzy dekady pracy księgową. Trzysta pięćdziesiąt tysięcy niemal wszystko, co odkładała tyle lat. Na czarną godzinę, na wszelki wypadek, na a nuż.
Andrzej przytulił ją mocno tuż przy kasie, nie zważając na kolejkę.
Jesteś najlepsza, wiesz? Nigdy ci tego nie zapomnę.
Irena poklepała go po plecach.
Leć już, Ola pewnie czeka.
Pierwsze miesiące po przeprowadzce zmieniły jej życie w karuzelę kursów przez całe Katowice. Irena przyjeżdżała z torbami z Biedronki kurczak, kasza, masło, serki dla dzieci. Pomagała Oli wieszać firanki, składać szafkę, szorować pył po remoncie.
Marcinku, uważaj z tym młotkiem! wołała, jednocześnie pomagając w kuchni i ucząc synową, jak owijać gołąbki.
Ola kiwała nieobecnie głową, scrollując coś w komórce. Andrzej zjawiał się wieczorami, zmęczony, jadł w pośpiechu jej zupę i znikał w końcu dnia.
Dzięki, mamo rzucał przez ramię. Bez ciebie nie wiem, co byśmy zrobili.
Pół roku później, znajomy numer mrugnął na ekranie.
Mamo, jest sprawa Rata kredytu razem z naprawą auta wyszła w tym miesiącu. Brakuje mi pięć tysięcy złotych.
Irena przelała, bez zbędnych pytań. Młodzi mają ciężko wiadomo. Nowe wydatki, małe dzieci, nerwowa robota. Odkują się oddadzą. A może i nie. Jaka to różnica, kiedy chodzi o bliskich?
Lata mijały szybciej niż woda cieknąca przez palce. Marcinek świętował siódme urodziny, a Irena podarowała mu wymarzone klocki Lego. Jagódka kręciła się w nowej różowej sukience z cekinami, zupełnie jak prawdziwa księżniczka.
Babciu, jesteś najfajniejsza! Jagódka zawisła jej na szyi pachnąc szamponem i cukierkami.
Każdy weekend zabierała dzieci do siebie lub ciągała na teatrzyki, do parku, na lodowisko. Kupowała lody, zabawki, książeczki. Kieszenie starego płaszcza pęczniały od cukierków i chusteczek.
Pięć lat minęło w tej dobrowolnej harówce. Raty kredytu mamo, w tym miesiącu ledwo zipiemy. Opieka nad chorymi wnukami mamo, nie odpuścimy się z pracy. Zakupy spożywcze mamo, bo i tak jedziesz do sklepu.
Wdzięczność słabła…
Pewnego ranka wpatrywała się w zacieki na własnym kuchennym suficie. Rdzawe ślady rozlewały się po tynku. Zalało ją. Teraz w tym mieszkaniu nie dało się mieszkać.
Wybrała numer syna.
Andrzeju, potrzebuję pomocy przy remoncie. Zalało mnie, a kiedy dostanę odszkodowanie nie wiadomo
Mamo przerwał jej syn. Wiesz, iż teraz mamy inne priorytety. Zajęcia dzieci, Marcinek na piłkę, Ola chodzi na kursy
Nie proszę o wiele. Może pomóc znaleźć fachowców, chociaż
Teraz nie mam czasu, mamo, szczególnie na takie drobiazgi powtórzył Andrzej, jakby jej nie słyszał. Pogadamy o tym kiedyś, dobrze?
Sygnal
Irena opuściła telefon na stół. Na wygaszaczu zdjęcie z ostatniego Sylwestra: ona, Marcinek, Jagódka. Wszyscy się śmieją.
Te pieniądze, które brał bez wahania. Te weekendy, które oddawała dzieciom syna. Ten czas, te siły, ta miłość to już kiedyś. Teraz ważniejsze są inne sprawy.
Kropla spadła jej na dłoń. Zimna
Następnego dnia sama Ola zadzwoniła. Tak rzadko dzwoniła, iż Irenę na sam widok ekranu ścisnęło w żołądku, zanim synowa zdążyła coś powiedzieć.
Pani Ireno, Andrzej mi opowiadał o rozmowie z panią głos Oli brzmiał zniecierpliwiony. Rozumie pani, iż każdy powinien radzić sobie sam? My sami walczymy ze swoim kredytem, z opłatami
Irena prawie się uśmiechnęła. Kredyt. Ten, który spłacała co trzecią ratę. Zadatek, który niemal w całości pochodził z jej pieniędzy.
Oczywiście, Olu odparła sucho. Każdy za siebie.
No właśnie. Bo Andrzej się zamartwia, czy się pani nie obraziła. Przecież się pani nie obraziła?
Nie, wcale.
Sygnal…
Irena długo patrzyła na telefon jak na egzotycznego owada. Potem podeszła do okna, ale zaraz się odwróciła za brudną szybą nic nie miało już dla niej znaczenia.
Noce zamieniły się w godziny przewracania się po łóżku pod ciężarem myśli. Liczyła w głowie ostanie pięć lat jak koraliki różańca.
To ona to wszystko stworzyła własnymi rękami. Sama wychowała w synu przekonanie, iż matka to nieskończone źródło pomocy.
Rano Irena zadzwoniła do biura nieruchomości.
Chciałabym sprzedać działkę z domkiem pod Częstochową. Sześć arów, prąd, woda.
Działkę, którą z mężem budowali dwie dekady. Jabłonie, które sadziła będąc w ciąży z Andrzejem. Weranda, na której spędzała letnie wieczory.
Po miesiącu znalazł się kupiec. Irena podpisywała dokumenty, nie pozwalając sobie zatrzymać się nad tym, co oddaje. Pieniądze wpłynęły na konto, a ona skrupulatnie rozdzieliła je: remont mieszkania, nowa lokata, niewielka rezerwa.
Ekipę remontową zamówiła już na kolejny tydzień. Sama wybierała płytki, farby, armaturę. Po raz pierwszy od lat wydawała na siebie, nie myśląc o czarnej godzinie ani o tym, komu z rodziny trzeba będzie pomagać.
Andrzej nie dzwonił. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. I ona też milczała.
Pierwszy telefon odezwał się, gdy już wszystko było zrobione. Nowa kuchnia lśniła czystością, okna nie szumiały od przeciągów, a rury nie zostawiały już rdzawych śladów.
Mamo, czemu nie przyjeżdżasz? Jagoda pyta.
Byłam zajęta.
Czym?
Życiem, Andrzeju. Swoim życiem.
Wpadła do nich tydzień później. Przywiozła wnukom po książce prezent dobry, ale już nie z takim rozmachem. Posiedziała dwie godziny przy herbacie, przegadała pogodę i szkolne sprawy Marcinka. Odmówiła zostania na kolację.
Mamo, może w sobotę posiedzisz z dziećmi? Andrzej zaczepił ją już w przedpokoju. Bo z Olą…
Nie dam rady. Mam plany.
Widziała, jak jego twarz rzednieła ze zdziwienia. Jeszcze nie rozumiał.
Mijały miesiące, powoli coś do niego docierało. Bez wsparcia matki rata kredytu pożerała trzecią część domowego budżetu. Bez darmowej opiekunki dzieci nie miał kto przypilnować.
A Irena otworzyła lokatę na fajny procent. Kupiła sobie nowe ciepłe palto, tym razem nie z wyprzedaży. Zafundowała sobie dwa tygodnie w sanatorium. Zapisała się na kurs nordic walking.
Myślała, jak rodzice Oli zawsze byli trzymający dystans. Uprzejme życzenia na święta, wizyta co dwa miesiące. Żadnych pieniędzy, żadnej pomocy ani poświęceń. I żadnych żalów.
Może zawsze mieli rację?
Coraz rzadsze wizyty z wnukami stały się formalnością. Irena wpadała, dawała skromny prezent, rozmawiała o szkole i kolegach. Wychodziła po dwóch godzinach, nie zostając na noc, nie zabierając dzieci na weekend.
Pewnego razu Marcinek zapytał:
Babciu, a czemu już nie chodzimy do parku?
Babcia ma teraz swoje sprawy, Marcinku.
Chłopiec nie rozumiał. Ale Andrzej, stojący w drzwiach, chyba już zaczynał rozumieć.
Irena wracała do swojego wyremontowanego mieszkania, w którym pachniało jeszcze nowością i kawą. Zaparzała sobie dobrą herbatę, siadała w wygodnym fotelu, na który nie musiała nikomu się tłumaczyć.
Wina? Bywało, iż ściskała ją nocami. Ale coraz rzadziej. Bo Irena nauczyła się w końcu prostej prawdy: miłość nie jest ofiarą. Zwłaszcza, gdy tej ofiary nikt nie dostrzega i nie docenia.
Wybrała siebie. Po raz pierwszy w trzydziestodwuletnim macierzyństwie.











