Każda miłość ma swój kształt Ania wyszła na podwórko i od razu zadrżała, przeszywający wiatr dostał…

polregion.pl 19 godzin temu

Każda miłość ma swój kształt

Malwinka wybiegła na podwórko i od razu poczuła, jak przenikliwy wiatr wciska się pod cienką bluzę, bo nie założyła kurtki. Stanęła za furtką, patrzyła w różne strony, nie zauważając nawet, iż po policzkach lecą jej łzy.

Malwinko, czemu płaczesz? usłyszała głos i aż podskoczyła. To był Michaś, chłopak sąsiadów. Starszy od niej, z rozczochranymi włosami na potylicy.

Nie płaczę, tylko tak… skłamała Malwinka.

Michaś patrzył na nią, potem wyciągnął z kieszeni trzy krówki.

Masz, tylko nikomu nie mów, bo zaraz się zlatują, idź do domu powiedział stanowczo, a ona posłusznie skinęła głową.

Dziękuję szepnęła. Ale ja nie jestem głodna… tylko…

Michaś już ją rozumiał, tylko kiwnął głową i poszedł dalej. Wszyscy na wsi wiedzieli, iż tata Malwinki, Artur, pije. Często chodził do sklepiku, jedynego we wsi, i prosił sprzedawczynię, panią Wandę, żeby dała mu na krechę do wypłaty. Więcej się na niego złościła niż odmawiała.

Jak ty jeszcze pracy nie straciłeś… rzucała za nim. Masz już tyle długu… Ale Artur tylko zabierał butelki i znikał, wydając wszystko na wódkę.

Malwinka weszła do domu. Wróciła właśnie ze szkoły, miała dziewięć lat. W lodówce nigdy nie było nic konkretnego, ale wstydziła się mówić komukolwiek, iż jest głodna. Bała się, iż ją zabiorą do domu dziecka, a tam, słyszała, jest źle. Poza tym jak jej tata miałby zostać sam? Lepiej już tak. Chociaż w lodówce pustki.

Wracała dziś wcześniej ze szkoły, bo nie było dwóch lekcji pani zachorowała. Był koniec września; ostrym wiatrem miotało opadłe, żółte liście po całej wsi. Ten wrzesień był zimny. Kurtka Malwinki była stara, buty także w mokre dni przemakały.

Ojciec spał. Leżał na kanapie, w ubraniu i butach, chrapał, a na stole w kuchni stały dwie puste butelki i jeszcze jedną dostrzegła pod stołem. Otworzyła szafkę kuchenną pustka, choćby chleba nie było.

Malwinka zjadła gwałtownie krówki, które dostała od Michasia, i postanowiła zrobić lekcje. Usiadła na stołku, podciągnęła nogi, otworzyła zeszyt do matematyki i patrzyła na zadania. Ale nie miała dziś chęci liczyć. Wpatrywała się przez okno, za którym wiatr wyginał drzewa i przewalał liście po podwórku.

Z okna widziała ogródek, jeszcze niedawno zielony, dziś już ponury i martwy. Maliny zaschły, truskawki zniknęły, w grządkach same chwasty, a stara jabłoń całkiem uschła. Kiedyś mama dbała o wszystko, pielęgnowała choćby najdrobniejszy listek. Jabłka były słodziutkie, ale tego lata tata zerwał wszystkie za wcześnie i sprzedał na targu, mamrocząc:

Potrzebne są pieniądze.

Tata, Artur, nie zawsze taki był. Kiedy żyła mama, Dominika, był radosny, dobry. Chodzili razem do lasu na grzyby, oglądali filmy w telewizji, rano pili herbatę i jedli pachnące racuchy, które robiła mama. I jeszcze piekła drożdżówki z jabłkami.

Ale pewnego dnia mama się rozchorowała, zabrali ją do szpitala i już nie wróciła.

Malwinko, mamusia ma chory serduszko powiedział tata i popłakał się. A ona płakała razem z nim, mocno się przytulając. Teraz mama będzie cię z góry pilnować.

Później długo siedział ze zdjęciem mamy, patrząc w pustkę, aż zaczął pić. W domu pojawiali się obcy, nieprzyjemni faceci, głośno się śmiali. Malwinka siedziała skulona w swoim pokoju; czasem uciekała z domu i siadała na ławce za narożnikiem.

Westchnęła i zaczęła rozwiązywać zadania. Dobrze jej szło, bo była bystra. gwałtownie skończyła, spakowała książki i zeszyty do tornistra, położyła się na łóżku.

Na łóżku zawsze leżał stary pluszowy królik, swego czasu biały dziś już poszarzały. Ale dalej ukochany. Mama kupiła go jej dawno temu. Od dziecka Malwinka wołała na niego Kicek. Przytuliła szarego królika:

Kicek, pamiętasz naszą mamę? wyszeptała.

Kicek milczał, ale Malwinka wiedziała, iż pamięta. Zamknęła oczy i pojawiły się rozmyte, ale radosne wspomnienia: mama w fartuchu, spięte włosy, zagniata ciasto. Często coś piekła.

Córeczko, chodź, zrobimy czarodziejskie bułeczki.

Jakie czarodziejskie, mamo? Nie ma takich bułeczek!

Są, i to jakie! śmiała się mama. Upieczemy bułeczki w kształcie serduszek, a gdy je zjesz, pomyśl życzenie na pewno się spełni.

Malwinka formowała z mamą pokraczne serduszka z ciasta ale mama zawsze się uśmiechała:

Każda miłość ma swój kształt.

Wyczekiwała, aż się upieką, by zjeść jeszcze ciepłe, spełnić życzenie. W domu pachniało drożdżowym, wieczorem wracał tata pili razem herbatę i zajadali się czarodziejskimi bułeczkami.

Malwinka otarła łzy, które pojawiły się na myśl o tamtym szczęściu. Tak, tak kiedyś było a teraz? Cicho cykał zegar, a w kącie czuła się pusto, samotnie, z żalu, iż mamy już nie ma.

Mamusiu… szepnęła, przytulając królika. Tak bardzo tęsknię.

W weekend do szkoły nie trzeba było iść, więc Malwinka po obiedzie postanowiła się przejść. Tata znów spał na kanapie. Założyła pod kurtkę grubszą bluzę i wyszła z domu. Pomaszerowała w stronę lasu, gdzie stał opuszczony dom po dziadku Bolesławie, który zmarł dwa lata temu. W sadzie jego zostały stare jabłonie i grusze.

Nie pierwszy raz tam szła, przeskakiwała przez płot i zbierała opadłe owoce usprawiedliwiając sobie:

Nie kradnę przecież, podnoszę to, co by zgniło, i tak nikomu niepotrzebne.

Pamiętała dziadka Bolesława niewyraźnie, był stary, siwiutki i chodził z laską. Dzieci zawsze częstował jabłkami, czasem cukierkiem, jak znalazł w kieszeni. Odszedł, a sad dalej rodził owoce.

Malwinka przeskoczyła przez płot, podeszła do pierwszego drzewa, podniosła dwa jabłka, otarła o kurtkę i nadgryzła jedno.

Hej, kto tam? spłoszona, wypuściła jabłko. Na ganku stała kobieta w płaszczu. Podszedłszy bliżej, spytała:

Kim jesteś?

Malwinka… ja nie kradnę… tylko z ziemi zbieram… myślałam, iż tu nikogo nie ma, bo nie było…

Jestem wnuczką dziadka Bolesława. Przyjechałam wczoraj, będę tu mieszkać. Zbierasz tu owoce od dawna?

Odkąd zmarła mama… głos jej zadrżał, w oczach pojawiły się łzy.

Kobieta przytuliła ją mocno.

Spokojnie, nie płacz. Jestem Anna, możesz mówić mi pani Aniu. Kiedy podrośniesz, będziesz też Anną! Chodź do domu, pogadamy.

Anna od razu zrozumiała, iż Malwinka jest głodna. Wprowadziła ją do środka.

Zdejmij buty, wczoraj trochę tu posprzątałam, jeszcze nie rozpakowałam walizek. Zaraz dam ci coś do jedzenia, rano ugotowałam zupę.

Malwince burczało w brzuchu od rana nic nie jadła. Usiadła przy stole nakrytym serwetą w kratkę, było przytulnie i ciepło. Anna podała jej miskę zupy i chleb.

Jedz, ile tylko chcesz, jeżeli mało dołożę. Nie przejmuj się!

Nic się nie krępowała, była za bardzo głodna. gwałtownie talerz był pusty, a chleb zniknął.

Dołożyć? Anna była troskliwa.

Dziękuję, już się najadłam.

To teraz zapraszam na herbatkę Anna przyniosła wiklinowy koszyczek przykryty serwetką. Po całym domu rozszedł się zapach wanilii w koszyku leżały bułeczki w kształcie serc. Malwinka sięgnęła, ugryzła i przymknęła oczy.

Takie same piekła mama… szepnęła. Nikt nie robi takich samych…

Po herbacie i bułeczkach Malwinka była rozluźniona. Anna odezwała się miękko:

Opowiedz mi o swoim życiu, gdzie mieszkasz, z kim potem cię odprowadzę.

Sama wrócę, to niedaleko, tylko cztery domy nie chciała, by Anna widziała bałagan w ich domu.

Koniecznie powiedziała stanowczo kobieta.

Dom Malwinki powitał ich ciszą. Tata dalej spał na kanapie w ubraniu, pustych butelek i petów pełno, szarobure szmaty w kątach.

Anna rozejrzała się, pokręciła głową.

Już wiem, co się dzieje… Zróbmy tutaj porządek.

Sprytnie zmiotła śmieci ze stołu, puste butelki zapakowała w worek, odsłoniła firanki, trzepała dywanik, wpuściła światło. Malwinka cicho szepnęła:

Proszę, niech pani nikomu nie mówi, jak my tu mamy. Tata naprawdę jest dobrym człowiekiem, tylko się pogubił po śmierci mamy… Nie chcę, żeby mnie zabrali, on kocha mnie…

Anna przytuliła ją mocno.

Nikomu nic nie powiem, obiecuję.

Czas mijał dziwnie, niechcący szybko. Malwinka biegła do szkoły w zaplecionych warkoczach, nowym płaszczyku, z nowym plecakiem i w ciepłych butach.

Malwinko, moja mama mówi, iż twój tata się ożenił, serio? zapytała Basia, koleżanka z klasy. Piękna jesteś, a te warkocze!

Serio, teraz moją mamą jest ciocia Ania! odparła Malwinka z dumą i poleciała do szkoły.

Artur przestał pić dawno, dzięki Annie. Spacerowali razem Artur przystojny, zadbany, Anna pewna siebie, piękna, zawsze uśmiechnięta. Oboje kochali Malwinkę.

Minęły lata. Malwinka już była studentką, wracała na wakacje, wbiegając do domu krzyczała:

Mamusiu, już jestem!

Anna wybiegła naprzeciw, obejmując ją mocno.

Moja studentka, no chodź tu! śmiały się do późna, a wieczorem po pracy wracał szczęśliwy Artur.

Idź do oryginalnego materiału