Każda miłość ma swój kształt
Jagienka wyszła przed dom i już na progu dreszcz przeszedł jej po plecach z północy wiał ostry, przenikliwy wiatr, który natychmiast przedostał się pod cienką bluzę. Postała chwilę na podwórzu, nie zakładając kurtki. Wyszła za furtkę, po prostu stanęła i spoglądała wokół, choćby nie zauważając, iż po policzkach spływają jej łzy.
Jagódko, czemu płaczesz? z przestrachem zatrzymała się, widząc przed sobą Mietka, chłopaka z sąsiedztwa. Był trochę starszy, a jego włosy wiecznie sterczały na czubku głowy.
Ja nie płaczę, to tylko tak skłamała Jagienka.
Mietek chwilę patrzył, potem wyciągnął z kieszeni trzy cukierki i podał jej je ukradkiem.
Bierz, tylko nikomu nie mów, bo jak się wyda, zaraz tu zlecą. Leć do domu rzucił groźnym szeptem, a ona posłusznie skinęła głową.
Dziękuję wyszeptała ale ja nie jestem głodna Po prostu
Mietek już wszystko rozumiał, kiwnął jej i ruszył dalej swoją drogą. W całej wsi już od dawna wiedzieli, iż tata Jagienki, Andrzej, zagląda do kieliszka. Chodził często do jedynego w sklepie i prosił o wszystko na zeszyt aż do wypłaty. Pani Grażyna z zaplecza tylko narzekała, ale zawsze dała.
Ile można, kiedy cię w końcu wywalą z roboty mamrotała, już tyle złotych jesteś winien, a on tylko brał, wychodził i od razu wydawał na wódkę.
Jagienka wróciła do domu. Dopiero co przyszła ze szkoły, miała dziewięć lat. W domu nigdy nie było nic do jedzenia, nie chciała nikomu się skarżyć, bo jeszcze zabiorą ją od ojca do domu dziecka, a podobno tam jest bardzo źle. No i kto by się zajął ojcem? On by przepadł. Lepiej więc tu zostać, choćby jeżeli lodówka wiecznie świeci pustkami.
Dziś wróciła wcześniej, bo dwie lekcje odwołano pani nauczycielka zachorowała. Był koniec września, na dworze hulał bezlitosny wiatr, zrywając żółte liście i goniąc je po wsi. Ten wrzesień był wyjątkowo zimny. Jagienka miała starą kurtkę, a buty, kiedy padało, zawsze przemakały.
Ojciec spał. Leżał rozpłaszczony na kanapie, w ubraniu i butach, chrapiąc. Na stole pustka i dwie flaszki, jeszcze więcej pod stołem. Kuchenny kredens był pusty, nie zostało choćby piętki chleba.
Szybko zjadła cukierki od Mietka i postanowiła zabrać się za lekcje. Usiadła na twardym stołku, podwinęła nogi, otworzyła zeszyt od matematyki i gapiła się w zadania. Ale dziś wcale nie chciała liczyć patrzyła przez okno, gdzie wiatr tańczył złotym liściom i uginał drzewa aż do ziemi.
Za oknem widać było kiedyś piękny ogródek, pełen zieleni teraz wyglądał na martwy. Maliny uschły, truskawki przepadły, chwasty wyparły wszystko, choćby stara jabłoń zbrązowiała. Kiedyś mama dbała o każdy listek, pieściła każdą rabatkę. Jabłka były słodkie, ale w tym roku tata zerwał wszystkie naraz i sprzedał wcześnie na targu, burknąwszy:
Pieniędzy potrzeba.
Ojciec Jagienki, Andrzej, nie zawsze taki był. Dawniej był ciepły i radosny razem z mamą chodzili do lasu na grzyby, oglądali filmy w telewizji, rano pili herbatę z naleśnikami, które smażyła mama. Często piekła szarlotki, a czasem specjalne bułeczki z jabłkowym dżemem.
Ale potem mama nagle zachorowała. Zabrali ją do szpitala i już nie wróciła.
Coś z sercem, nasza mama miała wykrztusił tata, kiedy pierwszy raz zapłakał przy niej, a Jagienka też się rozpłakała i przytuliła do niego mocno. Teraz mama będzie patrzeć na nas z nieba.
Potem Andrzej całymi dniami siedział ze zdjęciem mamy i patrzył w jeden punkt, aż pewnej nocy zaczął pić. W domu kręcili się dziwni, nieprzyjemni panowie, krzyczeli, śmiali się. Jagienka chroniła się wtedy w swoim małym pokoiku, albo siadała na ławce za domem i patrzyła jak cień przesuwa się po ścianie.
Westchnęła i wróciła do zadań. Poradziła sobie gwałtownie była bystra, nauka nie była dla niej trudna. Spakowała wszystko do tornistra i położyła się na łóżku.
Na łóżku zawsze leżał jej stary pluszowy królik, jeszcze od mamy była to jej ulubiona zabawka. Od dzieciństwa nazywała go Zyzio. Dawniej biały, dziś poszarzały, ale przez cały czas najważniejszy: Zyzio. Przytuliła go mocno.
Zyzio szepnęła pamiętasz naszą mamę?
Zyzio milczał, ale była pewna, iż pamięta, tak jak ona. Zamknęła oczy i wydarzenia wróciły trochę rozmyte, ale ciepłe i świetliste. Mama krzątała się w fartuchu, upinając włosy, ugniatała ciasto. Często piekła coś pysznego.
Córeczko, zrobimy dziś magiczne bułeczki.
Jak to, mamo? dziwiła się.
Naprawdę, istnieją magiczne bułeczki. Uformujemy je w kształcie serduszek, a gdy zjesz, musisz pomyśleć życzenie. Gwarantuję się spełni.
Jagienka z entuzjazmem formowała z mamą krzywe, miękkie bułeczki-serca, a mama zawsze mówiła przez śmiech:
Każda miłość ma swój kształt.
A potem nie mogła się doczekać, aż się upieką, by jeszcze ciepłe jeść i pomyśleć marzenie. W domu pachniało wtedy drożdżówką, ojciec wracał z pracy i we trójkę pili herbatę, chrupiąc te magiczne bułeczki.
Jagienka otarła łzy te wspomnienia były szczęśliwe. Teraz Zegar w kącie tykał, a w sercu miała pustkę, tęsknotę za mamą, za dawnym domem, żal do losu.
Mamusiu wyszeptała, tuląc Zyzia do piersi, jak ja za Tobą tęsknię.
W sobotę szkoła nie była potrzebna, a tata znów spał na kanapie. Po obiedzie Jagienka wsunęła pod kurtkę cieplejszą bluzę i wyszła. Skierowała się w stronę lasu, gdzie niedaleko stał stary dom po dziadku Edku, który umarł dwa lata temu, ale po nim pozostał jabłoniowy sad i kilka grusz.
Była tam już nie raz przechodziła przez płot i zbierała spadłe jabłka, tłumacząc w duchu:
Ja nie kradnę, tylko podnoszę te owoce i tak nikomu niepotrzebne.
Dziadka Edka pamiętała niewyraźnie był stary, siwy, chodził o lasce i dzieciom zawsze dawał jabłka albo gruszki, czasem choćby lizaka, jeżeli miał w kieszeni. Dziadka nie było, a sad rodził dalej.
Jagienka podeszła do płotu, prześlizgnęła się i podniosła dwa jabłka. Przetarła jedno o rękaw i właśnie chciała ugryźć, gdy nagle ktoś krzyknął:
Hej, kim jesteś?
Zatrzęsła się ze strachu. Na ganku stała kobieta w płaszczu, Jagience wypadły jabłka z rąk.
Pani podeszła bliżej.
Kto ty? ponowiła pytanie.
Jagienka Ja nie kradnę, tylko zbieram z ziemi, naprawdę Myślałam, iż tu nikogo nie ma, zawsze było pusto
Jestem wnuczką dziadka Edka. Przyjechałam wczoraj, od dzisiaj tu mieszkam. A ty od dawna tu zbierasz jabłka?
Od czasu gdy mama odeszła głos jej się załamał, łzy znów same popłynęły.
Kobieta podeszła, objęła dziewczynkę.
Cicho, już dobrze. Chodź ze mną, jestem Anna Anka. Tak jak ty, tylko dorosła! Jak dorośniesz, pewnie i ciebie będą wołać Anka.
Pani Anna od razu zobaczyła, jak jest. Zabrała Jagienkę do środka.
Zdejmuj buty, wczoraj posprzątałam, ale walizki jeszcze nie rozpakowane. Zaraz cię nakarmię rano nagotowałam zupy. Okazuje się, iż jesteśmy sąsiadkami zerkała na drobną dziewczynkę w za krótkiej, starej kurtce.
A ta zupa, to z mięsem? spytała nieśmiało Jagienka.
Z kurczakiem, oczywiście uśmiechnęła się gospodyni. Siadaj śmiało, jedz ile chcesz.
Brzuch Jagienki zaburczał, nie jadła nic od rana. Usadowiła się przy stole, a pani Anna postawiła przed nią miskę z gorącą zupą i kromkę chleba.
Jedz odważnie, jakbyś chciała więcej, mów zachęciła.
Nie trzeba było powtarzać niedługo miska była pusta, a chleb zniknął z talerza.
A może dokładka? zapytała Anna.
Nie, dziękuję, jestem już najedzona.
Dobrze. A teraz czas na herbatę postawiła na stole niziutki koszyk przykryty ściereczką, którą ściągnęła, a w powietrzu rozszedł się zapach wanilii. W środku piętrzyły się bułeczki w kształcie serduszek. Jagienka ugryzła jedną i zamknęła oczy.
Bułeczki jak u mamy wyszeptała moja mama też takie piekła.
Po herbacie Jagienka wysiedziała chwilę rozgrzana, z różowymi policzkami, a pani Anna zapytała:
No dobrze, opowiedz mi o sobie, gdzie mieszkasz, z kim, odprowadzę cię potem.
Sama wrócę, to blisko, ledwie za cztery domy pragnęła, by Anna nie widziała tego, co jest u nich w mieszkaniu.
Trzeba powiedziała krótko kobieta.
Dom Jagienki powitał ich ciszą, tata leżał bez zmian na kanapie. Wszędzie walały się butelki, pety, stare szmaty.
Anna rozejrzała się, pokręciła głową.
Teraz cię rozumiem No, to robimy porządek zarządziła. I zabrała się do roboty.
Szybko zmiotła ze stołu śmieci, zgarnęła butelki w worek, otworzyła zasłony, a brudny dywanik wytrzepała za drzwiami. Wtedy Jagienka przerwała:
Nie mówcie nikomu, jak to u nas wygląda. Mój tata nie jest zły, tylko się pogubił. Tęskni za mamą Nie chcę, żeby mnie zabrali. On naprawdę jest dobry.
Anna przytuliła ją.
Nikomu ani słowa, obiecuję.
Czas płynął. Jagienka biegła po wsi do szkoły w nowych warkoczach, w ślicznym płaszczyku i nowych butach.
Jagódka, a moja mama mówiła, iż twój tata się ożenił, to prawda? spytała Małgosia z klasy. Wypiękniałaś i fryzura jak z obrazka!
To prawda teraz mam drugą mamę, ciocię Anię! odpowiedziała z dumą i puściła się biegiem do szkoły.
Andrzej już dawno przestał pić pomogła mu w tym Anna. Teraz razem chodzili przez wieś: Andrzej, wysoki, zawsze zadbany, przy nim Anna poważna, pewna siebie i piękna. Uśmiechali się do siebie, a Jagienkę otaczali czułością.
Lata minęły jak mgnienie. Jagienka już była studentką. Przyjeżdżała w wakacje i przekraczając próg wołała:
Mamusiu, już jestem!
A Anna biegiem do niej, obejmowała i mówiła:
Moja profesorka wróciła, no witaj! I śmiały się obie, a wieczorem tata Andrzej wracał z pracy, szczęśliwy, dumnyKtóregoś lipcowego popołudnia, kiedy na podwórzu znów pachniały drożdżowe bułeczki, Anna wyjęła z pieca blachę i zawołała obie dziewczynybo teraz była jeszcze maleńka Zosia, jasnowłosa i śmiejąca się tak, jak kiedyś mama Jagienki.
Usiadły razem na ganku, na starym kocu, obok drzewa, które tego roku znowu obrodziło jabłkami, zielonymi i rumianymi. Gdy powiał ciepły wiatr, roznosząc zapach bułeczek, Jagienka spojrzała w górę, gdzie rozedrgane liście tańczyły na słońcu. Zosia wspięła się jej na kolana, Anna podała wszystkim herbatę, a Andrzej przyszedł z ogrodu, z bukietem polnych kwiatów.
Mamo zagadnęła cicho Jagienka po chwili ciszy. Myślisz, iż mama to widzi?
Anna pogładziła ją po głowie.
Jestem pewna, iż wszystko widzi. I była tu z nami przez cały czas, choćby jeżeli my nie zawsze to czuliśmy.
Jagienka przytuliła ciepło Zosię i poczuła, jak serce, po latach pustki, wypełnia się na nowo. Zrozumiała, iż rodzina to nie ci, którzy zawsze byli. Rodzina to ci, którzy przychodzą, kiedy ich najbardziej potrzeba, i zostają na dobre i na złe.
Za domem wiatr tańczył liśćmi, w kuchni pachniało drożdżowym sercem, a w Jagience nareszcie zakiełkowało nowe, spokojne szczęście.
Bo każda miłość ma swój kształt. Czasem łzę, czasem bułeczkę, czasem ciche wróciłam po latach. Ale zawsze zostaje na zawsze.











