Restauracja, do której Bartosz zaprosił mnie na drugie spotkanie, emanuje sztucznym przepychem: przygaszone światło, kelnerzy poruszają się między stolikami bezszelestnie, niemal jak cienie. On sam doskonale wpisuje się w ten klimat drogi garnitur, zauważalny zegarek, i ta pełna pewności siebie półuśmiech osoby, która przywykła być w centrum każdego środowiska.
Zamawiaj, co tylko chcesz rzuca swobodnie, choćby nie zaglądając w menu. Nie znoszę, gdy kobieta się w czymś ogranicza.
Brzmi to jak cytat z bajki o szczodrym rycerzu, ale w środku rodzi się niepokój. Może to kwestia jego oceniającego spojrzenia, czy manier, a może wynika z tego, iż zbyt ochoczo opowiada o swoich byłych partnerkach, które według niego widziały w nim tylko portfel.
Wybieram sałatkę z kaczką i kieliszek rieslinga. Bartosz idzie na całość: stek, tatar, butelka drogiego czerwonego wina. Gawędzi o biznesie, narzeka na powierzchowność ludzi, filozofuje o wartościach i duchowej bliskości. Słucham, kiwam głową, ale czuję się jak na egzaminie, gdzie w każdej chwili mogą paść podchwytliwe pytania.
Teatr jednej osoby
Gdy kelner kładzie na stole czarną skórzaną teczkę z rachunkiem, Bartosz nie zmienia tematu. Niezmiennie kontynuuje opowieści o upadku moralności, leniwie sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki, potem do drugiej, a potem obmacuje spodnie. Wyraz jego twarzy ulega zmianie pewność siebie ustępuje pokazanej zdezorientowaniu.
Kurczę mówi, patrząc mi prosto w oczy. Chyba zostawiłem portfel albo w biurze, albo w drugim samochodzie.
Rozkłada ręce, udając bezradność, ale nie widać w nim strachu. Nie prosi kelnera o poczekanie, nie szuka telefonu, by załatwić przelew, po prostu patrzy na mnie.
Ależ to głupia sytuacja powtarza, opierając się wygodnie. Może uratujesz sytuację? Zapłać, a ja potem oddam. Albo następnym razem się odwdzięczę z procentem.
Wtedy już było jasne: to nie przypadek, ani roztargnienie. To zaplanowany test, o którym sam rozmawiał przez pół godziny.
Takie historie znałam czytałam na forach, widziałam w tanich serialach, nigdy nie przypuszczałam, iż spotkam się z tym osobiście, właśnie z kimś dorosłym, na pozór sukcesywnym.
Jego logika była aż śmiesznie prosta: jeżeli kobieta bez słowa płaci za oboje to znaczy dobra, wygodna, gotowa ratować i utrzymywać. jeżeli odmówi jest materialistką, poluje na pieniądze. W tym momencie siedział już przede mną nie biznesmen, ale zakompleksiony manipulator, który postanowił sprawdzić moje reakcje.
Był przekonany, iż zwycięstwo ma w kieszeni. Jego światopogląd zakładał, iż perspektywa związku z dobrym kandydatem zmusi mnie do wzięcia karty z torebki.
Chłodny rachunek
Powoli, najspokojniej jak mogłam, otworzyłam torebkę. Bartosz widocznie się rozluźnił uznał, iż jego plan zadziałał.
Oczywiście, nie ma problemu powiedziałam miękko i gestem przywołałam kelnera.
Proszę podzielić rachunek powiedziałam głośno i wyraźnie. Ja płacę za swoje. Za stek, wino i deser niech zapłaci dżentelmen.
Uśmiech zniknął mu z twarzy.
W jakim sensie? wysyczał, pochylając się w moją stronę. Przecież nie mam portfela.
Rozumiem przytaknęłam, przykładając telefon do terminala. Ale jesteśmy ledwie znajomi. Zapłacenie za siebie jest normalne. A kolacja mężczyzny, który sam zaprosił mnie do drogiej restauracji i zamówił najdroższe pozycje, to już nie moja odpowiedzialność. Jesteś dorosły i poradzisz sobie.
Kelner zamarł, niepewnie spogląda raz na mnie, raz na niego. Bartosz zaczyna się rumienić, jego elegancja opada warstwami, odsłaniając zwykłą nieuprzejmość.
Naprawdę? wysyczał. O kilka złotych? Przecież oddam. Chciałem tylko sprawdzić.
Sprawdziłeś powiedziałam, wstając od stołu. Jestem osobą, która nie pozwala sobą manipulować.
Już zmierzałam do wyjścia, ale poczułam, iż brakuje jeszcze finału. Został z nieopłaconym rachunkiem, zły i zbity z tropu, bez portfela.
Wracając, wyjęłam z portmonetki kilka zmiętych banknotów i garść drobnych tych, które zwykle leżą na dnie torebki.
Ach, tak dodałam. Skoro portfel w drugim samochodzie, to na taksówkę też nie masz, prawda?
Położyłam pieniądze obok jego kieliszka z drogim winem.
To na bilet do metra. Nie przejmuj się, dojedziesz. Potraktuj to jako mój wkład w twoje badania kobiecej duszy.
Kilka osób przy sąsiednich stołach spojrzało ciekawie. Bartosz wyglądał, jakby właśnie dostał policzek.
Wyszłam na ulicę.
Ten wieczór kosztował mnie tylko sałatkę i kieliszek wina niewielka cena za to, by w porę przejrzeć człowieka i zaoszczędzić sobie lata życia. Mam nadzieję, iż wyciągnął wnioski, chociaż tacy ludzie zwykle się nie zmieniają.
A co Wy zrobilibyście na moim miejscu? Ratowalibyście zapominalskiego kawalera czy wybraliście szczerą, choć twardą postawę?







