☕ Kawa na spalonym, czyli dlaczego sędzia nie gwizdał potrójnego espresso
Planowałam niesamowite porządki. Takie, wiesz, z odsuwaniem szaf, bezwzględną segregacją ubrań i ostatecznym rozliczeniem się z kurzem, który od miesięcy patrzy na mnie z wyższością.
Rzeczywistość zweryfikowała te ambicje dość brutalnie: posprzątałam dokładnie połowę pokoju, po czym niby na chwilę odłożyłam płyn i ścierkę na biurko, myśląc, iż jutro też jest dzień i... ciało bezwładnie osunęło się na kanapę. Wzrok utknął w ekranie telewizora. Gapiłam się z autentyczną, neoficką fascynacją na mecz Hiszpania – Republika Zielonego Przylądka.
Trudno w to uwierzyć, ale prywatnie jestem chrzestną wziętego piłkarza, którego sukcesy napawają mnie dumą za każdym razem, gdy o nich słyszę. A trudno w to uwierzyć, bo mój prywatny poziom wiedzy o taktyce wciąż oscyluje wokół rozpaczliwego pytania: „o co w sumie chodzi z tymi karnymi?”.
Jestem po prostu fatalnym graczem, jeżeli chodzi o cokolwiek, bo nie mam w sobie totalnie ducha rywalizacji. Doświadczanie zawsze było dla mnie cenniejsze niż wygrana. Kiedy ktoś przy mnie zamienia się w demona Monopolu i dostaje piany na ustach z powodu wirtualnego hotelu, rzadko kombinuję, co zrobić, żeby wygrać. Zamiast tego zwykle zastanawiam się w głowie nad doborem odpowiedniej terapii dla tej osoby.
Kiedyś psychoterapeutka powiedziała mi nawet, iż byłabym świetnym psychologiem. Być może. Masochistyczne grzebanie we własnej psychice zajmuje mi jednak tyle czasu, iż raczej nie starczyłoby mi już miejsca na cudzą.
Tego wieczoru doznałam jednak objawienia, które nie miało nic wspólnego ze spalonymi. Moją uwagę bez reszty przykuły oficjalne, regulaminowe przerwy na wodę. O co chodzi, czy jak oglądałam mecze za dzieciaka to te przerwy na wodę też istniały?Mentalnie jestem cały czas w złotych czasach Dariusza Szpakowskiego, który był takim poetą i wierszokletą, a ponadto przekazywał własne emocje podczas meczy, jak nikt inny na tym świecie. To, czy miało to sens, czy nie miało, było całkowicie drugorzędne. Zastanawiam się tylko z przerażeniem: czy moje dziecko wkręciło się w ten sport na tyle, iż teraz mecze będę oglądała codziennie?
Siedziałam, patrzyłam na tych facetów i pomyślałam: popylają po tym boisku, pot się leje, miliony gał wpatrzone w każdy ich krok, napięcie sięga zenitu, a sędzia nagle dmucha w gwizdek i zarządza przerwę na łyka wody. I wtedy uderzył mnie potężny, logiczny zgrzyt.
Skoro całe to widowisko opiera się na ekstremalnym wysiłku i presji, to dlaczego, u licha, nikt nie wpadł na to, żeby podczas meczu zrobić im przerwę na kawę?
Wyobraź sobie ten surrealistyczny, piękny widok: arbiter przerywa groźny atak, na murawę wjeżdża elegancki wózek z ekspresem ciśnieniowym, a dwudziestu dwóch spoconych facetów w koszulkach zaczyna niespiesznie sączyć podwójne espresso, dyskutując o sensie istnienia. Za dużo Monty Pythona w dzieciństwie? Z pewnością przedawkowałam.
✏️ Wielki eksperyment społeczny pod nazwą „Ogarniam”
Oczywiście, zaraz podniosą się głosy ortodoksyjnych fanów sportu, iż kawa odwadnia, iż tętno skacze, iż to nieprofesjonalne. Ale umówmy się – współczesny świat i tak jest już jednym wielkim, neurotycznym eksperymentem społecznym, w którym wszyscy biegamy do utraty tchu bez żadnego ładu i składu. Im dłużej bierzesz w tym udział, tym bardziej dociera do Ciebie, iż nad większością zmiennych nie masz absolutnie żadnej kontroli.
Spędzasz życie dokładnie tak, jak ci piłkarze na boisku. Popylasz od zadania do zadania, pot się leje po plecach, kalendarz pęka w szwach, a Ty desperacko udajesz przed samym sobą i publicznością, iż dokładnie wiesz, gdzie jest bramka. I właśnie w tym najgorszym pędzie, kiedy uświadamiasz sobie, iż cały dzień bezczelnie przelatuje Ci przez palce, pożarty przez obowiązki, pojawia się ten paraliżujący, cichy stres pod tytułem: „Boże, i co teraz?”.
Wtedy człowiek zaczyna szukać ucieczki. Chcesz po prostu na chwilę wyskoczyć z własnych butów i przymierzyć jakiekolwiek inne – choćby na moment. Im więcej masz na głowie, tym dziwniejsze pomysły lęgną się pod czaszką.
Ostatnio, w przypływie życiowego przebodźcowania, zaczęłam poważnie rozkminiać, czy wyskakiwanie z samolotu ze spadochronem byłoby pomysłem dla mnie. W locie pewnie dostałabym zawału, zanim w ogóle pociągnęłabym za linkę, ale przez tę jedną, ułamkową sekundę spadania... mogłoby być fajnie. Wolność absolutna, zero powiadomień w telefonie, czysty pęd powietrza. Z drugiej strony, gdybym to naprawdę zrobiła, nikt już raczej by się nie zdziwił. Nie muszę ciężko pracować na opinię osoby, którą pogrzało pod takim, czy innym względem. I szczerze mówiąc, wcale mi to nie przeszkadza.
Gdy nie możesz skoczyć z samolotu, wybierasz wersję niskobudżetową: odmawiasz współpracy ze ścierką na półmetku i uciekasz w oglądanie meczu reprezentacji, o której istnieniu przypominasz sobie raz na kilka lat.
Aha, wczoraj statystyki mojego bloga sięgnęły absolutnego zenitu. Zastanawiam się, co u licha jest tego zasługą. Mentalnie cały czas wydaje mi się, iż czyta mnie jakieś 3-6 osób, choć twarde liczby mówią coś zupełnie innego. Ale wczoraj... Jakie to dziwne. Nie czuję się ani tak ciekawa, ani tak nieciekawa, żeby nabijać takie zasięgi. Zwalmy to więc na jakiś dziwny tunel czasoprzestrzenny, bo znacznie wygodniej mi myśleć, iż mój blog to po prostu bardzo pojemna szuflada, do której ktoś przypadkiem dorobił drugie dno.
📎 Dwa pytania na polu karnym
Ta nagła tęsknota za przerwą na kawę – czy to na zielonej murawie, czy w środku zawalonego poniedziałku – to nie jest zwykłe lenistwo. To zdrowy, biologiczny bunt organizmu, który domaga się interwencji sędziego. Zanim znowu ruszysz do bezsensownego sprintu, warto uczciwie zadać sobie dwa pytania:
- 👉 Dlaczego jako człowiek tak rozpaczliwie potrzebujesz narzuconych z góry reguł i zewnętrznych gwizdków, żeby dać sobie prawo do zatrzymania się? Czy naprawdę musisz czekać, aż ktoś formalnie wpisze odpoczynek do regulaminu rozgrywek, żeby legalnie usiąść i nie robić nic bez poczucia winy, iż właśnie omija Cię jakaś mityczna wygrana?
- 👉 Przed czym tak naprawdę ratuje Cię ten nagły, bezczelny sabotaż własnych, ambitnych planów? Czy ucieczka w absurdalne rozważania o kawie podczas meczu to strata czasu, czy może jedyny dostępny pod ręką zawór bezpieczeństwa, który chroni Cię przed zniknięciem pod lawiną cudzych oczekiwań?
🏃♂️ Samowolne zejście do szatni
Czekanie, aż świat zauważy Twoje zmęczenie i elegancko odgwiżdże przerwę, to strategia skazana na porażkę. Świat nie ma wbudowanej empatii – ma tylko stoper, tabelę wyników i wiecznie przesuniętą linię mety. jeżeli wiecznie brakuje czasu, żeby samemu gwizdnąć na stop, w końcu dostaniesz czerwoną kartkę od własnego ciała.
Czasem jedynym ratunkiem przed szaleństwem codzienności jest bezczelne, samowolne zejście z boiska. Bez pytania o zgodę trenera, szefa czy własnego, wiecznie niezadowolonego wewnętrznego krytyka.
Jeśli intuicja mówi Ci, iż w tym konkretnym momencie najlepsze, co możesz dla siebie zrobić, to porzucić sprzątanie w połowie pokoju, zaparzyć filiżankę czarnego naparu i gapić się na Republikę Zielonego Przylądka – zrób to. Intuicja rzadko się myli, choćby jeżeli akurat wskazuje absolutny absurd.
W tym całym dorosłym teatrze i tak nikt nie trzyma ręki na pulsie. Wszyscy tylko biegamy w kółko, udając, iż panujemy nad grą. Skoro i tak nie mamy kontroli nad większością turnieju, nauczmy się sami zarządzać przerwami na kawę. Przecież ostatecznie na tym boisku chodzi o to, żeby przeżyć tę rozgrywkę na własnych warunkach, a nie paść z wycieńczenia w doliczonym czasie gry.
Szukasz przestrzeni na własne przerwy w życiowym biegu? 📚
Jeśli ten wpis rezonuje z Twoją potrzebą zatrzymania się i odpuszczenia kontroli nad mityczną wygraną, zajrzyj do mojej książki o egzystencjalnych i głębokich zakamarkach codzienności:









