– Kasiu, poszłabyś do sklepu po chlebek? – Zamglone spojrzenie czterdziestopięcioletniej kobiety nie mogło już skupić się na drobnej sylwetce siedmioletniej dziewczynki

polregion.pl 4 godzin temu

Haniu, czy poszłabyś do sklepu po chlebek? Rozmyte spojrzenie czterdziestopięcioletniej kobiety nie potrafiło już skupić się na drobnej sylwetce siedmioletniej dziewczynki, która przełknęła ślinę na samo wspomnienie o chlebie.
Oczywiście, mamusiu
Dziewczynka czekała cierpliwie na pieniądze, za które pani Basia, sprzedawczyni z całodobowego sklepiku na rogu, sprzedawała Hani bochenek chleba, czasem podsuwając do drobnej rączki mleczną czekoladkę albo garść landrynek.
O, biedne dziecko, taka perełka rośnie u tych pijaczków cmokała za Hanią pani Basia, popijając rozpuszczalną kawę.

Hania, starając się nie ulec kuszącemu zapachowi gorącej skórki chleba, biegła do domu na złamanie karku. Gdy była grzeczna, mama zawsze odkrawała jej kawałek ciepłej skórki, na której układały się dwie lub trzy tłuste szprotki, z których na miękisz kapał słodki olej, tworząc dziecięcy delikates. Dziewczynka jadła powoli, odgryzając malutkie kęsy i długo je przeżuwając. Po ilości pustych butelek wiedziała już, iż dziś rodzice będą mieli gości na inny obiad liczyć się nie dało. Najważniejsze było tylko, by nie rzucać się nikomu w oczy bo jak ojciec ją zobaczy, może znowu oberwać. Ostatnio tak ją uderzył, iż dwa dni bolała ją głowa, a z nosa co chwilę leciała krew.

Gdy wyszła z mieszkania, w kieszeni została jej ćwiartka chleba i cała rybka w oleju. Na zewnątrz było cicho, choć majowe popołudnie pachniało słońcem. Niewielu ludzi, gdzieś grała muzyka. W kieszeni czekały jeszcze dwie czekoladki. Dziś nie było zimno, mogła krążyć uliczkami, a w razie czego zawsze mogła zajść do pani Basi, która częstowała ją kawą ze śmietanką i cukrem. Hania szła powoli, podziwiając kolorowe okna, marząc o prawdziwej przyjaciółce. Wtedy dopiero byłaby szczęśliwa, mogłaby dzielić się marzeniami i myślami, a czasem po prostu wspólnie milczeć, gdy do domu nie wypadało wracać.

Nagle z krzaków przy śmietniku usłyszała żałosne piski. Zajrzała ostrożnie w stos szmat i starych poduszek: w zniszczonym pudełku po butach siedział maleńki pręgowany kotek i cicho miauczał. Hania wyciągnęła rękę, a on obwąchał ją nieufnie; zapach szprotek podziałał zaczął łapczywie lizać jej palce. Dziewczynka zaśmiała się cicho od łaskotania.
Co, głodny? A zobacz, co mam! Hania uroczyście położyła przed nim całą rybkę, chowając resztę chleba do buzi.
Proszę, jedz sobie.
Mały drapieżnik z apetytem rzucił się na szprotkę, warczał i połykał kawałki w całości, posapując, gdy dziewczynka próbowała go głaskać.
Powoli, spokojnie! Trzeba po troszku, bo cię brzuch od razu rozboli mówiła z czułością.
A może chcesz, żebym cię zabrała do siebie? Dam ci na imię Prążek i zawsze podzielę się jedzeniem.

Podniosła lekkiego jak piórko kotka i schowała go pod sweter. Złote jak majowy miód latarnie oświetlały chodnik, po którym szła dziewczynka, rozmawiając wesoło z mruczącym stworzonkiem wystającym spod kołnierza kurtki.

***

W domu było cicho. Na stole stały puste butelki, brudne talerze i pełna popielniczka. Kocioł buczał, zegar tykał leniwie. Hania usiadła przy stole, a kotka posadziła przed sobą. Kiciuś obwąchał ostrożnie pustą szklankę.
Fuj, Prążku, tego nie ruszaj! To okropne świństwo. Jeszcze polubisz i co wtedy? Nie będę mogła się z tobą przyjaźnić! przytuliła malca mocno do twarzy. Prążek zamruczał, wciskając łapki w jej nos, jakby chciał powiedzieć Nie martw się, jesteśmy razem.

Tamtej nocy Hania spała słodko, śniąc coś dobrego o smaku lodów bananowych i bułeczek z wiśniami. Prążek przytulił się do niej i mruczał swoje kocie kołysanki.
Rano ojciec zobaczył kotka i zaczął wrzeszczeć, by nie było tej zarazy w domu. Matka z papierosem w ustach przyłożyła sobie mokry ręcznik do czoła i chrapliwym głosem poprosiła Hanię, żeby wyniosła kota, bo jeszcze nieszczęście przyniesie.

Dziewczynka z płaczem, ściskając Prążka, siedziała pod blokiem. Nie wiedziała, dokąd go oddać, a zostawienie takiego przyjaciela przy śmietniku wydawało jej się okrucieństwem. Ocierając łzy, poszła do sklepu do pani Basi. Pośród zawiłych zdań i łkania, poprosiła, by pani Basia przygarnęła Prążka. Obiecała zaglądać codziennie, karmić i troszczyć się. Dobre kobiety nie potrafiły odmówić. Prążek dostał miejsce na zapleczu sklepiku, starą spraną bluzę i ucięte plastikowe wiaderko po majonezie.

Przez całą wiosnę i lato Hania odwiedzała swojego przyjaciela, podkradając dla niego kęsy świeżego chleba, za co w domu nieraz była karana. Ale czy to było ważne, gdy miała prawdziwego przyjaciela? Rozmawiała z Prążkiem o wszystkim, siadał jej na kolanach i mruczał słodko rozkosznie mrużąc liliowe oczy. Pewnego dnia pani Basia, zgarniając resztki obiadu do kociej miski, przystanęła:
Matko, takiego kota to jeszcze nie widziałam! Patrz, Grażka, te oczy to jak nie z tego świata i obie panie z zachwytem spoglądały w głębokie spojrzenie pełne ciepła i zrozumienia, a Prążek tylko łypał figlarnie, najedzony i szczęśliwy.

Gdy przyszła jesień, Prążek wyrósł na pięknego kota. Wielki, puszysty, z tajemniczym spojrzeniem. Bywali tacy, co chcieli go zabrać, ale Prążek uciekał i czekał na swoją dziewczynkę.

Pewnego dnia Hania się nie pojawiła. Nie przyszła po chleb, nie odwiedziła kota. Pani Basia zaczęła się niepokoić, aż w końcu dziewczynka przyszła z żółknącymi siniakami na policzkach, z brzydkim strupem na ustach. Na pytania odpowiedziała tylko:
Przewróciłam się.
Ale za sklepem, przytulona do puszystego boku kota, długo opowiadała coś swojemu przyjacielowi, aż zmorzył ją sen. Pani Basia przeniosła ją ostrożnie na starą kanapę w zapleczu i przykryła zużytym kocem. Potem zadzwoniła do dzielnicowego, pana Andrzeja, ale ten rozłożył bezradnie ręce z pobiciem nic się nie zrobi, a z tymi pijakami lepiej nie zadzierać. Pani Basia płakała z bezsilności, bo nie mogła pomóc tej małej dziewczynce. Dzieci mieć nie mogła, a coraz częściej marzyła, iż Hania mogłaby być jej córeczką.

Prążek krążył niespokojnie wokół kanapy, wąchał policzek dziewczynki, aż nagle zniknął. Hania przespała całą noc w sklepiku, nikt po nią nie przyszedł.

Rano, gdy się obudziła, pani Basia zrobiła jej kanapki i posłodziła herbatę, prosząc by z panią Grażyną popilnowała sklepiku, a sama poszła załatwiać ważne sprawy. Hania zgodziła się ochoczo. Kobieta, pełna determinacji, ruszyła do mieszkania jej rodziców, ale pod blokiem natknęła się na dzielnicowego.

Gdzie się wybierasz? Lepiej tu nie idź. Jest zbrodnia, nie wtrącaj się. Wiesz, nie widziałaś gdzieś tej małej, Hanka Aniołek się nazywa?
Hanię? Co się stało? Kogo zabili? pani Basia spojrzała z przestrachem na okna wieżowca.
A rodziców jej morderstwo, szukają teraz dziewczynki, może ktoś ją gdzieś zabrał.
Nie, śpiła u mnie na zapleczu, jest cała i zdrowa. A kto?
Diabli wiedzą, pewnie pijacy nawzajem się zarżnęli. Posłuchaj, Basia, mogłabyś małą przez kilka dni u siebie zatrzymać? Poszukamy krewnych, nim ją wyślą do domu dziecka. Bo tylko papierki uzupełnimy, a zaraz jakaś babka się znajdzie.
Oczywiście, nie ma sprawy pani Basia poczuła serce bić jak młot. Nie żałowała rodziców. Z euforii pobiegła z powrotem do sklepu.

Po cichu ustaliły z panią Grażyną, żeby nic Hani nie powiedzieć o tragedii. Tylko, iż mama zgodziła się, by zatrzymała się na trochę u pani Basi. Dziewczynka rozpromieniła się i spytała, czy nauczy się obsługiwać kasę.

Od tego dnia Prążek już się nie pojawił. Dziewczynka wielokrotnie wołała go pod śmietnikami, ale kot nie wracał. Jedzenie w misce pozostawało nietknięte.

Pani Basia dbała o Hanię, ale bała się chwili, gdy zjawią się urzędnicy. W końcu zebrała się na odwagę i poszła do opieki społecznej z wnioskiem o adopcję. Spotkała się jednak z odmową samotna kobieta, bez męża, pracująca nocą; nie nadawała się według urzędu. Załamywała się i próbowała dalej. Minęły dwa miesiące. Hania przywykła do nowego domu, nauczyła się robić jajecznicę, czytać sylabami i sprzątać, żeby sprawiać euforia swojej cioci Basi.

Pierwszy śnieg spadł trzeciego listopada, w dniu jej ósmych urodzin. Zdmuchnęła jasne świece na torcie miodowym, uśmiechnęła się do pani Basi i powiedziała:
Chciałabym, żebyśmy zawsze, zawsze mieszkały razem, a ty byś była moją mamą!
Ja też bardzo tego pragnę, Haniu wyszeptała Basia łamiącym się głosem.

Zapukano do drzwi. Tego dnia nie spodziewały się nikogo. Gdy na progu stanął elegancki młody mężczyzna, Basia zaniemówiła ze zdziwienia.
Dzień dobry, jestem z opieki społecznej miasta Poznania. Wpłynął wniosek o adopcję, chciałem porozmawiać osobiście podał rękę.
Proszę, proszę, my na nikogo dzisiaj nie czekałyśmy Basia zaprosiła go do kuchni.
Napije się pan herbaty? Ciocia Basia kupiła taką pachnącą owocami, na pewno pan nigdy takiej nie pił!
Z przyjemnością. To twój tort? uśmiechnął się.
Tak! Mam już osiem lat, a w przyszłym roku pójdę do szkoły kiwała głową poważnie.
To bardzo dobrze. A jak ci się tutaj mieszka, opowiadaj! łyknął herbaty.
Świetnie! powiedziała Hania i zaczęła o wszystkim opowiadać

Dyskusja przeciągnęła się, siedzieli razem przy małej kuchni, jedli ciasto i popijali herbatę o smaku tropikalnym. Mała dziewczynka, urzędnik w eleganckim garniturze. Basia słuchała z głową wspartą na dłoni, czując ciepło przy sercu.

Niestety, muszę już iść powiedział mężczyzna, wyjmując z aktówki plik dokumentów.
Proszę, pani Barbaro Kowalska, jutro proszę udać się do sądu rejonowego, zgłosić się do sekretariatu i złożyć pismo. Niech się pani nie martwi, wszystko wyjaśnią. Rozpoznanie sprawy w sądzie to tylko formalność, a potem Hanię będzie pani mogła zabrać do domu.
Zabiorę? Basia zaniemówiła, nie znajdując słów dla tego dobrego człowieka.
A dziewczynka rzuciła mu się na szyję i powtarzała:
Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!
Dziękuję Basia z trudem powstrzymała łzy radości.

Mężczyzna spojrzał jeszcze na Barbarę. Zamarła z przerażenia patrzyły na nią bezdenne liliowe oczy kota; oczy, w których było morze ciepła i zrozumieniaUśmiechnął się jakby wiedział coś jeszcze, czego one nie wiedziały, kiwnął lekko głową Hani i wyszedł w zimowy zmierzch, zostawiając po sobie zapach lodu i nadziei. Przez chwilę stały w milczeniu, nie mogąc uwierzyć, iż to wszystko dzieje się naprawdę.

Basia najpierw uklękła, a potem otoczyła Hanię ramionami kruchą i ciepłą, pachnącą wanilią i świeżym wiatrem.

Słyszysz, kochanie? Od jutra wszystko się zmieni.

Tego wieczoru długo nie mogły zasnąć. Hania leżała przy oknie, gapiąc się na powoli płynące płatki śniegu, które osiadały miękko na parapecie niczym drobniutkie skrzydła anioła. Nagle usłyszała ciche, bardzo znajome miauknięcie. Zerwała się, ostrożnie uchyliła okno. Na dachu sąsiedniego garażu siedział Prążek większy, jeszcze piękniejszy i patrzył na nią przenikliwymi, liliowymi oczami.

Prążku! Zobacz, tutaj jestem! wyszeptała, śmiejąc się przez łzy. Kot zamruczał, a potem w jednej chwili zniknął w nocnej bieli.

Hania czuła, iż wszystko już będzie dobrze bo cokolwiek wydarzy się jutro, ona nigdy nie zostanie sama. Po raz pierwszy w życiu zasnęła, tuląc do policzka miękką dłoń cioci Basi, z myślą, iż choćby najciemniejsze wieczory mogą się skończyć światłem.

Za szybą śnieg wirował powoli, a pod sklepikiem długo jeszcze śniło się o przyjaźni, ciepłej herbacie i domu, gdzie nie trzeba się bać.

Idź do oryginalnego materiału