Marysiu, poszłabyś do sklepu po chlebek? zamglone spojrzenie mojej czterdziestopięcioletniej mamy nie potrafiło już skupić się na drobnym siedmioletnim ciele dziewczynki, która przełknęła ślinę, słysząc o chlebie.
Pewnie, mamusiu
Marysia posłusznie czekała na kilka złotych, za które pani z nocnego sklepiku, ciocia Ludka, od niechcenia sprzedawała jej bochenek chleba, czasem dokładając cichaczem tabliczkę mlecznej czekolady lub garść cukierków do małej, głodnej rączki.
Co za los tego dziecka Taka kochana, a rodzice piją wzdychała Ludka, siorbiąc rozpuszczalną kawę zza lady.
Nie wdychając cudownego zapachu jeszcze ciepłej, chrupiącej skórki, Marysia biegła co sił do domu. Gdy była grzeczna, mama zawsze odkrawała jej skórkę, a na kromce lądowały śledzie z puszki, z których kapał tłusty olej, wsiąkając w biały miękisz. Dziewczynka jadła powoli, małymi kęsami, długo żując to swoje proste szczęście. Ze stosu butelek w kuchni wnioskowała, iż dziś rodzice znów spodziewali się gości, więc o inną kolację nie było co marzyć. Teraz tylko niepostrzeżenie wymknąć się na dwór jeżeli wpadła komuś w oko, mogło się to skończyć lanem. Ostatnim razem ojciec tak ją spoliczkował, iż dwa dni bolała ją głowa i zdarzało się, iż ciekła krew z nosa.
Marysia wyszła z klatki. Został jej jeszcze kawałek chleba i cała rybka. Na dworze było ciepło i cicho, jak na majową noc ludzi niewielu, gdzieś grała muzyka, a w kieszeni dziewczynki czekały na swoją kolej dwie czekoladowe cukierki. Szło się tak dobrze! Dziś nie było zimno, więc nie straszne były długie wędrówki. A jeżeli już, zawsze można było zajść do cioci Ludki po herbatę z mlekiem i cukrem. Marysia snuła się powoli, marząc, żeby mieć prawdziwą przyjaciółkę. Do kogo mogłaby mówić, dzielić się marzeniami, a nieraz po prostu milczeć, gdy w domu nie można wytrzymać. Wtem, żałosny pisk dochodzący z krzaków przy śmietniku zatrzymał ją. Ostrożnie zajrzała w stertę cuchnących szmat. W podartej starej pudełku po butach siedział mały pręgowany kotek i cicho miauczał. Marysia wyciągnęła rękę, a maluch obwąchał ją, posmakował zapachu śledzia i łapczywie zaczął lizać jej palce. Dziewczynka chichotała, łaskotana szorstkim języczkiem.
Głodny jesteś, co? Patrz co mam! dumnie położyła przed kotkiem całą rybkę, resztę chleba upychając sobie w buzi.
Proszę, jedz.
Głodny drapieżnik natychmiast zabrał się za ucztę, mrucząc i burcząc, łapczywie łykając rybkę, prychał, gdy Marysia próbowała go pogłaskać.
Spokojnie, powoli, bo cię brzuch rozboli, sama niejedno takie przechodziłam uśmiechnęła się do swojego nowego kolegi.
A chcesz zamieszkać ze mną? Nazwę cię Pręguś i zawsze podzielę się jedzeniem szepnęła, tuląc kotka, lekkiego jak piórko, w swojej kurtce pod szyją.
Lipcowe latarnie świeciły żółtym, miodowym światłem. Siedmioletnia dziewczynka wędrowała chodnikiem, rozmawiając z małą mruczącą mordką, która ciekawie wyglądała zza klapy kurtki.
***
W domu panował spokój. W kuchni zostały tylko puste butelki, brudne talerze i pełna popielniczka. Grzał piecyk, nerwowo tykał zegar. Marysia usiadła na stołku, a kotka postawiła na stole. Zwierzątko obwąchywało ostrożnie pustą szklankę po wódce.
Fuj! Pręguś, tego nie wolno! To świństwo, wypijesz to i już nie będziemy się kolegować! chwyciła kociaka i mocno przytuliła do twarzy, nie pozwalając go sobie odebrać. Kotek zamruczał, układając łapki na jej nosie, jakby chciał powiedzieć: „Nic się nie martw, jesteśmy razem.”
Tej nocy Marysia spała jak nigdy. Śniły jej się lody bananowe, bułeczki z wiśniami, i Pręguś wtulony pod bok, nucący mruczanki.
Ale rano wszystko się zmieniło. Ojciec wpadł do kuchni, spojrzał na kotka i wpadł w szał, każąc tej „sierściuchy” wynosić z domu. Mama, z ręcznikiem na głowie i papierosem w ręku, tylko zachrypniętym głosem poprosiła, by kotka zabrała z domu jak najdalej.
Marysia, łykając gorzkie łzy, usiadła przed klatką z Pręgusiem w ramionach. Nie miała pojęcia, gdzie mogłaby go zanieść, a porzucać go przy śmietniku nigdy w życiu. Płacząc, poszła do sklepu, do cioci Ludki. Tam, plącząc się w wyjaśnieniach, poprosiła, by zaopiekować się kotkiem, obiecując zaglądać codziennie, karmić, bawić się i wychowywać. Dobre kobiety nie mogły odmówić i pozwoliły zamieszkać Pręgusiowi w zapleczu sklepu. Dostał starą zmechaconą bluzę i pojemnik po majonezie jako miskę.
Przez całą wiosnę i lato Marysia nie opuszczała swojego Pręgusia. Odkrawała dla niego kawałek z kupionego bochenka, pomimo bicia w domu. Ale czy to ważne, gdy ma się przyjaciela? Dziewczynka godzinami opowiadała kotu o wszystkim, co się wydarzyło. Pręguś wygrzewał się na jej chudych kolanach i mruczał rozkosznie, mrużąc swoje liliowe oczy. Ciocia Ludka, kiedyś spojrzała mu dłużej w oczy i wykrzyknęła:
O rany, takich oczu to nie widziałam! Olo, zobacz! obie ekspedientki z podziwem dotykały kocich oczu, w których było ciepło i spokój. Kotek tylko mruczał, najedzony i szczęśliwy.
Z biegiem miesięcy Pręguś wyrósł na przepięknego kota wielkiego, pręgowanego, bajecznie puszystego i wspaniałego. Próbowali go zabrać różni klienci, ale on tylko na Marysię czekał. Pewnego dnia dziewczynki nie było przez kilka dni wcale. Nie przyszła po chleb, nie odwiedziła Pręgusia. Ciocia Ludka zmartwiła się, czy nie zachorowała, ale Marysia wróciła. Na jej bladych policzkach pyszniły się siniaki, na ustach zasychała brzydka strupa. Na pytanie sprzedawczyń, rzuciła tylko:
Przewróciłam się.
Z tyłu przy sklepie długo opowiadała kotku swoje smutki, wtulona w puszysty bok. Tam też zasnęła, obejmując wielkiego kota. Ciocia Ludka przyniosła ją do zaplecza, okryła kocem. Potem dzwoniła do dzielnicowego, Michała, ale ten tylko wzdychał, iż nie ma jak udowodnić pobicia, a z pijakami i tak nikt nie chce się zadawać. Kobiecie pękało serce z żalu. Nie miała własnych dzieci i często marzyła o takiej córeczce jak Marysia.
Pręguś chodził nerwowo wokół kanapy, obwąchując twarz dziewczynki, a potem zniknął. Tamtą noc Marysia spędziła w sklepie nikt po nią nie przyszedł. Rano ciocia Ludka nakarmiła ją kanapkami z herbatą i poprosiła, by z ciocią Olą popilnowały sklepu, gdy ona musi coś ważnego załatwić. Marysia ucieszyła się, a kobieta, niosąc w sobie wielką determinację, udała się w stronę bloku dziewczynki. Już niemal wyciągała rękę na dzwonek, kiedy drogę zagrodził jej Michał.
Czekaj, gdzie ty idziesz? Mamy tu zabójstwo, radzę nie wchodzić. Nie widziałaś przypadkiem małej Nowakówny w nocy?
Marysia? A kogo zabili? Ludka nerwowo zerknęła po oknach bloku.
Jej rodziców. Szukamy dziewczynki może ją ktoś zabrał.
Nie spała u mnie na zapleczu, jest cała i zdrowa. Ale kto?
Pewnie koledzy od kieliszka poszli na noże, no i tyle. Słuchaj, Ludka, możesz zostawić małą u siebie parę dni, póki nie znajdziemy kogoś z rodziny? Żeby nie trafiła do domu dziecka. Jak tylko wszystko załatwimy papierkowo, na pewno przyjdzie jakaś babcia.
Oczywiście, nie ma sprawy! cioci Ludce serce biło szybciej z radości. Wcale nie żal jej było rodziców Marysi. Rozpromieniona pobiegła z powrotem do sklepu.
Po naradzie z Olą postanowiły nic nie mówić dziewczynce o śmierci rodziców. Powiedziały tylko, iż mama pozwoliła jej pomieszkać trochę u cioci Ludki.
Marysia ucałowała ją i zapytała, czy nauczy ją obsługiwać kasę.
Od tego dnia Pręguś już się nie pojawił. Dziewczynka długo go wołała, chodziła po okolicy, ale miseczka z jego jedzeniem stała nienaruszona.
Ciocia Ludka opiekowała się Marysią, bojąc się dnia, kiedy miałaby ją oddać. Po tygodniach zebrała się w sobie, by złożyć wniosek o adopcję. Odmówiono jej jednak samotna, pracuje w nocy Kobieta malała z tym poczuciem społecznej bezwartościowości, ale próbowała znów i znów. Minęły dwa miesiące. Marysia polubiła Ludkę, nauczyła się robić jajecznicę, czytać po trochę, sprzątać, by sprawić jej euforia po pracy.
Kiedy 3 listopada spadł pierwszy śnieg, dziewczynka skończyła osiem lat. Zdmuchnęła świeczki na miodowniku upieczonym przez ciocię Ludkę i radośnie powiedziała zwracając się do niej:
Chciałabym, żebyśmy zawsze razem mieszkały i żebyś została moją mamą!
I ja o tym marzę, Marysiu wyszeptała Ludka, łzy wzruszenia w oczach.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Gości się nie spodziewaliśmy, więc gdy w progu pojawił się elegancki młody mężczyzna, Ludka była zaskoczona.
Dzień dobry, jestem z Ośrodka Opieki Społecznej w Warszawie. Otrzymałem pani dokumenty, przyjechałem poznać was osobiście uśmiechnął się. Podał rękę.
Proszę siadać, właśnie kończyliśmy ciasto zaprosiła go do kuchni.
Chce pan herbaty? Ciocia kupiła pyszną o smaku tropikalnych owoców! Marysia podała mu kubek.
Częstuję. A to twój tort? zapytał.
Tak! Mam już osiem lat. W przyszłym roku idę do szkoły oznajmiła poważnie.
Szkoła to ważna rzecz. Jak się tutaj mieszka?
Dobrze! Marysia rozpromieniła się…
Jeszcze długo rozmawiali, zajadali miodownik popijany herbatą. Dziewczynka i elegancki pan z aktówką, a Ludka patrzyła na nich z boku, szczęśliwa i spokojna.
Muszę już iść wstał i wyciągnął z teczki teczkę z dokumentami.
Proszę tu, pani Ludwiko, jutro zgłosi się pani do sądu rejonowego, przekaże sekretarzowi te dokumenty, a reszta to formalność. I zamieszka z panią Marysia.
Naprawdę? Ludka była zbyt zaskoczona, by znaleźć odpowiednie słowa. Marysia rzuciła się mężczyźnie na szyję, dziękując gorąco.
Dziękuję Dziękuję
Proszę chronić ją spojrzał na Ludkę. Zatkało ją patrzyły na nią dobrze znane liliowe oczy, w których była cała nadzieja i ciepło
Tego wieczoru, siedząc przy oknie i patrząc na płatki śniegu, zrozumiałem, iż choćby za największym cierpieniem może czekać piękno piękno zbudowane wytrwałością, dobrocią i prostym marzeniem o rodzinie. I tego, jako dorosły już mężczyzna, chcę nie zapominać nigdy.











![12-letnia Nela nie miała objawów. Badania wykryły cukrzycę typu 1 [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-05/DSC_4294.jpg)
