Kartka z sanatorium w Krynicy

twojacena.pl 4 dni temu

Ludzie z wiekiem tracą przyjaciół — tak to już jest, i nikt nie wie dokładnie, kiedy się to zaczyna. Halina Wrona ma sześćdziesiąt trzy lata i mieszka w Radomiu, w bloku przy ulicy Wośnickiej, tam gdzie na parterze od lat stoi ten sam kiosk z prasą i loteryjkami. Kiedyś, jak mówi, znajomych miała tylu, iż nie starczało miejsca w kalendarzyku — z podstawówki, z zakładu odzieżowego, z klatki schodowej. Teraz zostały trzy numery, które naprawdę odbiera bez wahania.

Reszta się rozeszła sama, bez kłótni. Jedna koleżanka wyjechała do córki do Wrocławia i telefon zamienił się w kartkę na Boże Narodzenie. Druga zniknęła w chorobie męża, w tych wszystkich dojazdach do szpitala, w zmęczeniu, które nie zostawia miejsca na nic więcej. Trzecia po prostu przestała dzwonić, i Halina do dziś nie wie, co się adekwatnie stało — może nic, może po prostu ludzie się od siebie oddalają, tak jak dwa krzesła rozsuwane powoli po podłodze, centymetr po centymetrze, aż w końcu stoją w różnych kątach pokoju.

Ale jest Zosia. Zofia Baran, sąsiadka jeszcze z czasów, gdy obie pracowały na trzeciej zmianie w tym samym zakładzie krawieckim przy Chrobrego, zanim go zamknęli w dziewięćdziesiątym trzecim. Zosia dzwoni w środy wieczorem, około dwudziestej, kiedy w telewizji akurat leci prognoza pogody, i pyta zawsze to samo: — No i co, żyjesz?

I to pytanie, głupie z pozoru, dla Haliny znaczy więcej niż niejedna długa rozmowa. Bo Zosia nie dzwoni, kiedy czegoś potrzebuje. Nie dzwoni, żeby pożyczyć pięćset złotych albo poprosić o przypilnowanie kota. Dzwoni, żeby sprawdzić, czy Halina jeszcze oddycha, czy jej piesek — kundelek imieniem Bubu, którego Halina wzięła ze schroniska trzy lata temu — nie choruje, czy w ogóle wszystko gra.

We wrześniu zeszłego roku Halina trafiła do szpitala z zapaleniem płuc. Leżała na oddziale przy ulicy Tochtermana dziewięć dni. Syn zadzwonił dwa razy, zapytał krótko, obiecał przyjechać w weekend i nie przyjechał — pracuje w Niemczech, mówi, iż nie ma jak wyrwać się z pracy, i może to choćby prawda. Ale Zosia przyszła następnego dnia po przyjęciu, z termosem rosołu w reklamówce z biedronki i z ładowarką do telefonu, bo Halina zapomniała swojej w domu. Usiadła na plastikowym krześle obok łóżka i nie mówiła nic mądrego, nie pouczała, nie pytała, dlaczego Halina paliła tyle lat. Po prostu siedziała, aż skończyły się godziny odwiedzin, a pielęgniarka dwa razy przypomniała, iż pora wychodzić.

— Wiesz, co mnie wtedy uderzyło? — powie Halina później sąsiadce z dołu, tej nowej, młodej, która wprowadziła się rok temu. — Ona choćby nie zapytała, co mi jest. Tylko wzięła torbę i przyszła.

Latem tego roku role się odwróciły. Zosia, która ma siedemdziesiąt jeden lat, upadła na schodach swojej klatki, złamała nadgarstek i przez sześć tygodni nie mogła choćby sama zawiązać sobie butów. Mąż zmarł jej dziesięć lat temu, dzieci nie ma, jest tylko siostrzeniec w Katowicach, który przysyła pieniądze na Wigilię i tyle. Halina przychodziła codziennie rano, robiła zakupy na targowisku przy Reja, gotowała, pomagała się umyć. Nie za pieniądze, nie z obowiązku — po prostu dlatego, iż tak się robi dla kogoś, kto tyle razy przyszedł do ciebie z termosem rosołu.

Pewnego wieczoru, gdy siedziały już razem przy stole, Zosia z gipsem opartym na poduszce, a na oknie parował czajnik, Halina powiedziała to, co od dawna chodziło jej po głowie:

— Wiesz, ile ja teraz mam ludzi, którzy naprawdę by przyszli? Ty jedna.

— No i wystarczy — odparła Zosia, próbując nieporadnie jedną ręką nasypać cukru do herbaty. — Bo jakbyś miała dziesięciu takich jak twoja koleżanka z Wrocławia, to co byś z nimi zrobiła? Kartki bożonarodzeniowe by ci się kupy nie trzymały.

Zaśmiały się obie, choć śmiech Zosi urwał się w połowie, bo poruszyła ręką za mocno i skrzywiła się z bólu.

Halina nie zapisała nigdzie tego zdania, nie wywiesiła sobie na lodówce cytatu, nie zrobiła z tego mądrości na przyszłość. Po prostu następnego ranka, tak jak co dzień od sześciu tygodni, wzięła siatkę, poszła na targowisko po pomidory i chleb, i po drodze wstąpiła jeszcze do apteki przy Żeromskiego po maść na obrzęk. Bubu biegł przy nodze, targowisko pachniało już jesienią i grzybami, które ktoś sprzedawał z wiaderka przy wejściu. Zosia czekała w oknie na trzecim piętrze, żeby zobaczyć, kiedy Halina skręci w ich bramę.

Idź do oryginalnego materiału