Aneta Wojtaszek miała czterdzieści dwa lata i od jedenastu prowadziła w Zakopanem małą pracownię tapicerską po ojcu. We wrześniu, kiedy turyści już się przerzedzili, a w Gubałówce zaczęło pachnieć dymem z kominów, zabrała męża i dwie córki na wycieczkę, o której mówiła od miesięcy: Dolina Chochołowska, potem schronisko na Polanie Chochołowskiej, a na koniec obiad u teściowej w Poroninie. Miał to być dzień bez telefonów, bez zamówień na fotele do przetapicerowania, bez rachunków rozłożonych na stole kuchennym.
Wyszli wcześnie, jeszcze przed siódmą. Marek, jej mąż, prowadził stare subaru, które kupili razem sześć lat temu, kiedy pracownia zaczęła w końcu przynosić jakiś dochód. Starsza córka, dwunastoletnia Zosia, całą drogę tłumaczyła młodszej, ośmioletniej Helce, dlaczego świstaki gwiżdżą, kiedy widzą człowieka. Helka nie wierzyła, iż świstak w ogóle istnieje, dopóki nie zobaczyła jednego przy szlaku, siedzącego na kamieniu jak mały urzędnik przy biurku.
Dolina wyglądała tego dnia inaczej niż na zdjęciach, które Aneta widziała tysiąc razy w internecie. Mgła jeszcze się nie podniosła znad potoku, a hale świeciły tą szczególną, wrześniową zielenią, która za miesiąc zmieni się w brąz. Zjedli kanapki na ławce koło szałasu, Marek kupił oscypka od gazdy, który akurat wypalał kolejną partię na ruszcie z brzozowego drewna, a Helka uparła się, iż musi pogłaskać owcę, mimo iż owca miała zupełnie inne zdanie na ten temat.
Do domu wrócili po piątej, zmęczeni w ten dobry sposób, kiedy nogi bolą, ale w głowie robi się pusto z trosk. Marek zaparkował subaru w garażu przy warsztacie, bo tam zawsze stawiał samochód, kiedy jechali dalej niż na zakupy. Aneta poszła po klucze do mieszkania, które trzymała w schowku na narzędzia, i wtedy zauważyła coś pod ławą warsztatową — portfel, ciemnobrązowy, wytarty na rogach.
Nie był ich. Marek nosił czarny, ze skóry, prezent od teściów na rocznicę ślubu. Ten leżał tam, jakby ktoś go zgubił albo celowo schował, wciśnięty głęboko pod nogę ławy, tam gdzie normalnie leżały tylko szmaty do polerowania.
Otworzyła go bez większego zastanowienia — pomyślała, iż może wypadł komuś z kieszeni, kiedy w zeszłym tygodniu przyjeżdżał po naprawiony fotel. W środku było sto osiemdziesiąt złotych, dowód osobisty na nazwisko Grzegorz Dudek i karta bankomatowa. Grzegorz Dudek — nazwisko, którego nigdy w życiu nie słyszała.
Zawołała Marka. Ten wziął dowód do ręki, obrócił go raz, drugi, jakby czekał, iż litery ułożą się inaczej.
— To kolega — powiedział. — Z roboty. Zostawił, jak przychodził odebrać wózek dziecięcy do naprawy.
Aneta wiedziała jedno: żaden Grzegorz Dudek nie przynosił do ich pracowni żadnego wózka. Prowadziła ewidencję zleceń od jedenastu lat, w zeszytach w twardej oprawie, które trzymała na półce nad biurkiem. Każde zlecenie, każde nazwisko, każdy telefon.
Nic nie powiedziała wtedy. Odłożyła portfel na blat, jakby to było zwykłe znalezisko, i poszła gotować kolację. Ale wieczorem, kiedy dziewczynki już spały, wróciła do warsztatu z latarką z telefonu i otworzyła zeszyt z bieżącego miesiąca. Przewertowała wrzesień, sierpień, lipiec. Żadnego Dudka. Za to w kalendarzu, który wisiał przy drzwiach, zobaczyła coś innego — trzy wpisy ołówkiem, zrobione charakterem pisma Marka, w dniach, kiedy według niej mąż miał być na dostawie materiałów w Nowym Targu. Same litery: G.D., 13:00.
Nazajutrz zadzwoniła do koleżanki, Basi, która pracowała w tej samej hali co Marek — a raczej w budynku obok, bo hala, w której jakoby miał być magazyn dostawcy tkanin, od dwóch lat stała pusta, przerobiona na komis samochodowy. Basia nie musiała nic mówić wprost. Zamilkła na chwilę za długo, a potem zapytała, czy Aneta chce się spotkać na kawę, bo przez telefon to niewygodnie.
Spotkały się dwa dni później w cukierni przy Krupówkach. Basia mówiła cicho, kręcąc łyżeczką w szklance z herbatą, której nie piła. Powiedziała, iż widziała Marka kilka razy przed komisem, iż raz choćby z tego samego subaru wysiadał inny mężczyzna, starszy, w skórzanej kurtce, i iż ludzie mówili, iż w tym komisie kręcą się nie tylko samochody, ale i pożyczki — gotówka pod zastaw, procent tygodniowy, i konsekwencje, kiedy się nie oddaje w terminie. Dodała jeszcze jedno: iż tydzień temu ten sam mężczyzna pytał kogoś na parkingu, gdzie dokładnie jest warsztat tapicerski Wojtaszków, bo „ma tam coś do załatwienia osobiście".
Aneta poczuła, jak żołądek jej się zaciska, ale nie zadała żadnego pytania więcej. Podziękowała, zapłaciła za obie kawy i wróciła do domu.
Tego wieczoru, kiedy Marek wrócił z pracowni — bo teraz każde jego wyjście nazywała w głowie w cudzysłowie — usiadła naprzeciwko niego przy stole i położyła portfel Grzegorza Dudka pomiędzy nimi.
— Kim jest ten człowiek i ile mu jesteś winien — powiedziała. Nie pytanie. Stwierdzenie.
Marek milczał długo. Potem zaczął mówić — o tym, iż pracownia w zeszłym roku ledwo wyszła na zero, iż wziął pożyczkę u Dudka na spłatę kredytu na maszynę do szycia przemysłowego, iż miał oddać w trzy miesiące, ale odsetki rosły szybciej niż zamówienia. Że w zeszłym tygodniu, kiedy oni byli w górach, Dudek przyjechał do warsztatu, bo Marek się spóźniał z ratą — wszedł do środka, kiedy Marka akurat nie było, czekał na niego przy ławie, a portfel musiał mu wypaść z kieszeni kurtki, kiedy się pochylał, żeby zapalić papierosa pod stołem, bo nie chciał palić na zewnątrz, przy szyldzie firmy. Że Marek zastał go tam po powrocie z pracy, przed wyjazdem w góry, i iż rozmowa nie była miła — Dudek powiedział mu wprost, iż jak nie odda do końca miesiąca, to następnym razem nie przyjedzie sam. Że dwadzieścia dwa tysiące złotych, które był winien, urosło już do prawie trzydziestu ośmiu.
Aneta słuchała, nie przerywając. Kiedy skończył, wstała, zabrała z kredensu segregator, w którym trzymała wszystkie dokumenty pracowni — akt własności lokalu, umowy z klientami, konto firmowe. Otworzyła laptopa, zalogowała się do bankowości internetowej.
— Jutro rano jedziemy do notariusza — powiedziała. — Ja podpisuję pełnomocnictwo do konta firmowego tylko na siebie. Ty przez najbliższy rok nie dotykasz żadnych pieniędzy pracowni, choćby stówki. Spłacamy Dudka z mojego konta oszczędnościowego, w całości, jednym przelewem, żeby to się skończyło raz na zawsze. A ty od poniedziałku szukasz drugiej pracy. Nie dlatego, iż cię wyrzucam. Dlatego, iż pracownia utrzyma jedną osobę odpowiedzialną za pieniądze, a nie dwie, z których jedna kłamie.
Marek chciał coś powiedzieć, ale ona już wstała od stołu i poszła do sypialni, zabierając ze sobą segregator i portfel Grzegorza Dudka — jako dowód, na wszelki wypadek.
W poniedziałek pojechali do notariusza przy ulicy Kościuszki. Trzydzieści osiem tysięcy złotych zniknęło z konta oszczędnościowego, które Aneta odkładała od lat na remont dachu w pracowni. Zadzwoniła do Dudka sama, z numeru zapisanego na kartce, którą Marek przechowywał w portfelu z resztą dokumentów jako dowód długu. Powiedziała, iż pieniądze są gotowe, ale iż nie przyjedzie do żadnego komisu — iż on przyjedzie do warsztatu, w środku dnia, kiedy są tam ludzie.
Dudek długo się wahał, tłumaczył, iż wolałby przelew, iż nie ma czasu jeździć po Zakopanem. Aneta powtórzyła tylko, iż gotówka czeka wyłącznie na miejscu, przy świadkach, i iż jeżeli mu zależy na odzyskaniu pieniędzy, to przyjedzie. Zjawił się dwa dni później, koło południa, w tej samej skórzanej kurtce, o której mówiła Basia — mężczyzna koło pięćdziesiątki, z twarzą człowieka przyzwyczajonego, iż to inni czekają na niego, a nie odwrotnie. Stanął w progu warsztatu, spojrzał na dwie pracownice przy maszynach do szycia, na otwarte drzwi, na ulicę za sobą, i przez chwilę nie ruszał się z miejsca, jakby liczył, ile osób go widzi.
— Mogliśmy to załatwić inaczej — powiedział, kiedy Aneta wyłożyła banknoty na ladę.
— Mogliśmy — odpowiedziała. — Ale nie załatwiliśmy.
Przeliczył pieniądze dwa razy, powoli, jakby szukał pretekstu, żeby zostać dłużej albo powiedzieć coś jeszcze. Nie znalazł. Podpisał pokwitowanie, które Aneta przygotowała wcześniej, schował je do kieszeni kurtki i wyszedł, nie patrząc nikomu w oczy.
Portfel został u Anety. Włożyła go do szuflady biurka w warsztacie, obok zeszytów ze zleceniami, i zamknęła szufladę na klucz, który odtąd nosiła przy sobie razem z resztą.














