Kardiolog Brzeziński przyjechał do sanatorium, żeby odpocząć. Postanowił się ogolić i wybrać się na wieczorek. W końcu kto po czterdziestce odpuszcza takie atrakcje? No dobrze, on akurat ma dobrze po sześćdziesiątce, ale kto tu będzie liczyć?
Nagle do pokoju wpada kobieta. Żeby ją opisać, trzeba by powołać na ratunek pana Matejkę albo przynajmniej Andrzeja Wróblewskiego, mistrzów dużych formatów. Mogłaby posłużyć jako pierwsza pomoc na lekcji anatomii wskazać wskaźnikiem i mówić: Proszę, tu jest kobieta, składa się z.
Krzyczy: cudownie, iż taki słynny kardiolog postanowił odpocząć właśnie w Rabce! Bo właśnie teraz do zabiegowego pędzi z własnoręcznym transportem kierowniczka gospodarcza, a pensjonatowy kardiolog akurat na urlopie. Zawału o północy nikt wszak nie planuje, a przypadkiem odpoczywa tu właśnie taki ekspert
Brzeziński czuje, iż złapała pętlę. Nie wywinie się. Ma na oko z półtorej kwintala i w samym środku twarzy szminkę czerwoną jak ślad po polskim buraku, wygląda, jakby ktoś pieczęć piekła przybił na bochni soli. Takie panie nie wypuszczają z łap. W ogóle nie ma co tłumaczyć, iż choćby kardiolog-magus nie da rady, jeżeli asystuje mu pani gospodarcza i pielęgniarka przebrana za uwodzicielskiego Bałwanka.
No i przychodzi Brzeziński do gabinetu zabiegowego a tam gospodarcza z oczami jak spodki i łóżko na kółkach. Na wózku leży przygnieciony kartą zdrowia smętny, brodaty jegomość. Wygląda jak siódmoklasista z głową drwala. Takich spotyka się na zebraniach naukowych.
Majaczy relacjonuje gospodarcza. Cały czas o róży. Chyba myśli, iż jest w kwiaciarni.
Pielęgniarka mierzy ciśnienie choremu i oznajmia, iż jest źle. 70 na 50, ale zaraz spadnie jeszcze bardziej. To nie jest ciśnienie, opowiada radośnie. To są wymiary moich kończyn! i nagle dostaje ataku śmiechu. Brzezińskiemu ciarki po plecach chodzą. W karcie chorego jak wół stoi, iż dla niego 180 na 100 to tylko rozgrzewka.
Brzeziński rozgląda się za sprzętem i nagle słyszy niespotykane w gabinecie dźwięki. Odwraca się: pielęgniarka płacze. Pyta ją ale o co chodzi? Odpowiada, iż jej szkoda faceta.
Brzeziński czuje niepokój:
Daj mi tu adrenaliny, przetrzyj ręce spirytusem! Wiesz, czym jest adrenalina? A do czego ją nabieramy?
Ooo, jak mi szkoda tego faceta! zawodzi pielęgniarka i opiera się o futrynę.
Brzeziński sam ładuje strzykawkę. Nagle gospodarcza go zaskakuje: patrzy na igłę jak na harpun do połowu kaszalotów. Nigdy w życiu nie widziała takich rozmiarów. Na tej igle choćby najbardziej oporny pośladek nie wytrzyma. Gospodarcza stoi, z oczami jak talerze, buja się na nogach, w kącie pielęgniarka się maże. Przydałby się jakiś plaskacz na opanowanie sytuacji, ale zaraz dopada go refleksja: a jak wróci z oknem i połową fasady.
Brzeziński postanawia trudno, niech się dzieje co chce. Znajduje dziurę w zapadniętej klatce piersiowej i wbija igłę. I wtedy gospodarcza pada jak bela drewna.
Ooo, jak mi żal gospodarczej! wyje pielęgniarka.
Wy, no co wy, z pieca się urwaliście?! wrzasnął Brzeziński. Gdzie ten amoniak?
Oni umrą? Oni umrą! Jezu, jeszcze tego mi było trzeba!
Na stole stoi lampa, żeliwna, pewnie z Bolesławca. Scena: Dawid leczy lwa z duszności. Waży z pięć kilo. Brzeziński już chciał nią przywalić dla przywrócenia porządku, ale rozmyślił się lepiej nie pogarszać bajzlu. I krzyczy, żeby się wszyscy wzięli w garść, bo już nie wiadomo, kto tu kogo leczy, a kto dobija.
Spokój! ryczy. Dyscyplina i porządek!
I wtedy pacjent na łóżku nagle siada z zamkniętymi oczami.
Panie, proszę tu nie rozrabiać groźnie mówi pielęgniarka, przykłada mu dłoń do czoła i dociska z powrotem do łóżka. Amoniak jest w szafie.
Gospodarcza poległa tak skutecznie, iż tętno nie wyczuwalne. Ręka brodatego znowu ląduje na podłodze. Od nowa. Brzeziński myśli: co za sanatorium, co za ekipa?
Rób masaż! krzyczy, jednocześnie wydobywając gospodarcza spod łóżka za nogę.
Pielęgniarka odwraca faceta na brzuch, podciąga spódnicę i już przymierza się przeskoczyć przez łóżko.
Masaż serca! Masaż serca, sanatoryjne dzięcioły! darł się Brzeziński.
Pielęgniarka odwraca brodatego z powrotem, siada na niego, łóżko się ugina, Brzeziński słyszy chrup… Gospodarczej już amoniak pod nos. Zestaw: sto pięćdziesiąt kilo żywej masy na sześćdziesięciu. Z faceta powietrze uchodzi jak z dziurawego akordeonu.
Brzeziński podnosi gospodarczy za rękę. Jest elastyczny jak ośmiornica złapiesz w jedno miejsce, wszystko inne ci się wyślizguje. Sadzając obok łóżka, widzi, iż pielęgniarka zaraz faceta zmieli na pulpę. Zdążył ją ściągnąć, rzucił pod nos watę z amoniakiem, sadzał obok gospodarczej siedzą teraz oboje jak kury, z wacikiem w nosie. Jednemu portki spadły pod kolana, drugiej spódnica pod samą szyję. Oddział intensywnych doznań. Na amoniak nikt nie reaguje.
I wtedy pacjent znowu się podnosi, jak siedzenie w PKP, oczy zamknięte, powoli obraca głowę w stronę kozetki. Gospodarcza zobaczyła i zmieniła zdanie postanowiła runąć do przodu. Brzeziński akurat zauważył, jak od zetknięcia czoła z kaflem rozsiewa się mozaika.
Proszę państwa mówi pacjent, nie otwierając oczu. Mam serdeczną prośbę: nie leczcie mnie już więcej
I potem opowiada. On jest z pokolenia przewlekle niskociśnieniowych. Jak ma się zmienić pogoda albo nadchodzi śnieg, opada z sił jak balon. Przy burzy człowiek miota się po pokoju jak liść. On nie winien, taki się urodził. Jego bazowe 80 na 50. Czasem spadnie jeszcze bardziej. I wtedy filiżanka aromatycznego espresso załatwia sprawę. Ale na pewno nie załatwia jej pani pielęgniarka z koralami z bilardowych kul, która na niego siada, zmieniając katastrofę klimatyczną w osobistą tragedię. On już myślał, iż to koniec. Różyczka wróci z toalety i zdziwi się nieziemsko: chorowała ona, a pogrzebać trzeba jego.
Brzeziński czuje, iż siwieje. Chwyta kartę i czyta: Jarczyk Róża Leokadia. Przypomniał sobie: jak jechał do tego sanatorium, myślał poznam jakąś fajną miejscową, pofiglujemy Serio choćby na coś poważniejszego był gotów. A tu jakby mu klapka opadła.
Co to jest? pokazuje pielęgniarce kartę.
Karta pacjenta odparła, patrząc w ścianę, z watą dyndającą z nosa.
Ale to nie Róża Leokadia, powiedział Brzeziński To co najmniej Lew Różewicz.
Jako lekarz prowadzący powinien pan na to zwrócić uwagę.
Ty to już, no
Państwo, tłumaczę wtrącił pacjent Mam tu żonę. Przyniosłem Róży kefir
Ona poszła do łazienki, kartę zostawiła obok mnie. Wtedy mi się zrobiło słabo, a ten pan, co właśnie obalił teorię, iż miękkie nie przebije twardego, zaciągnął mnie na łóżko. I już jestem tutaj. Było mi źle. Teraz jest dobrze. Gdyby nie niebieskie światło i czerwone twarze wkoło, można by powiedzieć, iż żyć nie umierać. O hipotensji nie ma już mowy. jeżeli teraz ktoś odpali pod spodem zapalniczkę, to odlecę w kosmos i zobaczę jak tam. Ciśnienie mam jak szwajcarski zegarek. Nie wie, co mu wstrzyknął ten dzielny lekarz, ale przez najbliższe dziesięć lat nie prześpi nocy. Co mu się zresztą przyda, bo ma do napisania nową pracę naukową.
Słuchajcie, mam propozycję powiedziała pielęgniarka, gdy facet z kefirem się zsunął. Nic nas tu nie było.
Brzeziński znowu miał ochotę huknąć ją lampą, ale ona była szybsza:
Gospodarczą biorę na siebie.
Brzeziński w tym sanatorium z nikim się już nie zaprzyjaźnił.


.jpg)







