Kardiolog Brauniewicz przyjechał do sanatorium na zasłużony wypoczynek. Postanowił się ogolić i wybrać wieczorem na potańcówkę – to w końcu spotkania dla tych po czterdziestce i wszystko jasne. Choć sam ma już ponad sześćdziesiąt lat – ale kto to zauważy?

newsempire24.com 1 dzień temu

Dziennik, 18 sierpnia

Dziś miałem odpocząć. Przyjechałem w Beskid Śląski, do sanatorium w Ustroniu. Nie mogłem się doczekać chwili wytchnienia, stare filmy w świetlicy, wieczorne spacery brzegiem Wisły. Mimo iż mam już ponad sześćdziesiątkę, w duchu próbuję oszukać czas wśród nowych znajomych wystarczy, iż jestem “po czterdziestce”, prawda? Kto miałby wnikliwie zaglądać w moje pesel.

Właśnie się goliłem, szykując na wieczór taneczny, gdy nagle do pokoju wpadła kobieta. Żeby ją opisać potrzeba pędzla Matejki masywna, konkretna, z twarzą upudrowaną jak redutowa maska, a na środku ust szminka tak czerwona, iż aż krzyczała. O takich kobietach można by prowadzić wykłady pokazać, gdzie jest co, jak na schemacie anatomicznym.

Zaczęła krzyczeć, iż los czuwa, iż to cud, iż właśnie tu wypoczywa znany kardiolog, bo dzieje się dramat: gospodarz wiezie do zabiegowego ciężko chorego. Miejscowy lekarz sanatoryjny, profesor Zaworski, akurat wyjechał, a wiadomo zawały nie znają zegarka. Rzuciłem maszynkę, bo czułem, iż już mnie ogarnęła. Tacy ludzie nie pozwalają wycofać się z pola walki.

Idę do zabiegowego. Tam czeka gospodarz przerażony jak jeleń w światłach auta, obok łóżko na kółkach, a na nim leży brodaty mężczyzna, kończyna spuszczona na ziemię, przygnieciony dokumentacją medyczną. Z fizjonomii wygląda na wyrośniętego piątoklasistę, ale posturę ma naukowca z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Majaczy tłumaczy gospodarz Tylko powtarza: róża, róża Wydaje się, iż jest w kwiaciarni.

Pielęgniarka właśnie mu mierzy ciśnienie i dramatycznie oznajmia: 70/50, a wskazówka dalej spada. Śmieje się nerwowo: To nie ciśnienie, to chyba moje wymiary! Odruchowo przechodzi mnie dreszcz. Z dokumentacji wynika, iż zwykle ma 180 na 100 dla niego lekka rozgrzewka.

Szukam oczami niezbędnych rzeczy, gdy w kącie słyszę płacz pielęgniarka trzęsie się jak listki topoli. Pytam, co się dzieje, a ta łka, iż mużynka szkoda. Dziwnie się czuję, jakbym siedział w wirującym karuzelu.

Adrenalinę daj! nakazuję, przecierając ręce spirytusem. Wiesz, czym jest adrenalina? Wiesz, do czego wciągać?

Ale ta tylko powtarza, iż jej żal tej bidy Chwyciłem więc strzykawkę sam. I wtedy patrzę gospodarz gapi się na igłę, jakby pierwszy raz widział taki rozmiar. Tym można bronić się przed napastnikami na dzielnicy. Widzę, iż gospodarz się chwieje, a w rogu pielęgniarka dalej łka. Najchętniej potrząsnąłbym jednym i drugim, ale pomyślałem a jeżeli mimowolny odruch? Poleci przez okno jak worek cementu.

Postanowiłem: koniec cackania się. Znalazłem zapadnięte miejsce na klatce piersiowej pacjenta i wszczepiłem zastrzyk. Gospodarz jak długa zwalił się na podłogę.

Gospodarza szkoda! rozgrzmiała pielęgniarka.

Co wy robicie?! ryknąłem. Gdzie amoniak?

Oni umrą?! Umrą! Przysięgam, nie zniosę tego widoku

Na stole ciężka, odlana żeliwna lampa. Pomyślałem, iż wszystkich pogrzebię na miejscu jednym ciosem i załatwione. Wolałem jednak przywołać porządek wołając o spokój i dyscyplinę!

W tym momencie pacjent z zamkniętymi oczami siada na łóżku. Pielęgniarka przyciska go do materaca, kładąc mu dłoń na głowie, żeby nie fikał. Spokojnym tonem informuje, iż amoniak jest w szafie.

Gospodarz leżał bez znaku życia pulsu nie wyczuwam. Znowu ręka brodacza spada z łóżka. Już się martwię

Masaż! krzyknąłem, wyciągając gospodarza z podłogi za nogę.

Pielęgniarka przewraca go na brzuch, podciąga mu spódnicę, już z gotowością przeskoczyć przez łóżko.

Serca, masaż serca! A nie baletu! poprawiam ją.

Znowu sadza się na pacjencie. Łóżko aż jęknęło pod jej ciężarem. Gospodarzowi przystawiam do nosa watę z amoniakiem, ale mam wrażenie, iż za chwilę pacjenta kompletnie rozgniecie.

Ściągam ją z niego, podtykam sól pod nos i sadzam obok gospodarza. Wyglądają jak stado ogłuszonych indyków na przednówku. Gospodarz w gaciach do kolan, ona z podciągniętą spódnicą zespół ratunkowy pierwsza klasa. Na amoniak zero reakcji.

W tym momencie pacjent znowu prostuje się jak zagłówek fotela w pociągu i obraca głowę w stronę kanapy. Gospodarz, widząc to, traci chęć do życia i pada czołem na podłogę z takim impetem, iż ceramiczne płytki rozchodzą się promieniście.

Szanowni państwo mówi pacjent, nie otwierając oczu. Proszę mnie więcej nie leczyć

I zaczyna wyjaśniać. Jest z pokolenia niedociśnieniowców. Przed śnieżycą czuje, jak schodzi z niego powietrze. Podczas burzy przeciągi wloką go po pokoju. Ma takie ciśnienie odkąd tylko pamięta. Jego norma to 80/50, czasem trochę spada, ale wtedy filiżanka aromatycznej kawy rozwiązuje sprawę. Na pewno nie pomaga, jeżeli kobieta z naszyjnikiem z bilardowych kul przysiądzie mu na klatce piersiowej. Myślał, iż umrze. Żona wróci z toalety i się zdziwi miała się leczyć ona, a tu trzeba urządzać stypę dla niego.

Przytłoczyła mnie fala szpakowatych myśli. Sięgam po kartę i czytam: Róża Jarczykowska. Przypomniałem sobie jadąc tutaj, marzyłem o jakiejś lokalnej znajomości, może coś rozkwitnie Teraz czuję, iż wszystko zostało wymazane.

Ale to nie ona! pokazuję kartę pielęgniarce.

Karta, panie doktorze, karta wzrusza ramionami, wata dalej w nosie.

Ale to nie jest Róża Jarczykowska! To raczej Lew Jarczykowski!

Jako lekarz prowadzący mógł pan to wyłapać.

Ty to masz mruknąłem.

Szanowni państwo, wszystko wyjaśnię wtrącił pacjent Mam tu żonę. Przyniosłem jej kefir Poszła do łazienki, a kartę zostawiła przy mnie. Nagle zrobiło mi się słabo i ten pan, nie wiem skąd miał tyle siły, umieścił mnie na łóżku i tak trafiłem tutaj. Chwila kryzysu, ale teraz jest dobrze. Było źle, teraz jest świetnie! Z tym otaczającym mnie kolorytem towarzyskim (twarze jak buraki, reszta jak śledź w occie) nie może być mowy o niedociśnieniu. Gdyby teraz podłożyć mi zapalniczkę, uniosę się do stratosfery i pomacham wam z góry. Chyba długo spać nie będę, a przez najbliższe dziesięć lat ukończę niejedną monografię naukową.

Mam propozycję odezwała się pielęgniarka, gdy pacjent z kefirem wyszedł. Nikogo tu nie było.

Znowu przyszło mi na myśl ogłuszyć ją tą żeliwną lampą, ale wyprzedziła mnie:
Gospodarzem zajmę się osobiście.

No i znowu nie poznałem żadnej kobiety. Moja polska przygoda w sanatorium kończy się na tym, iż gorzka kawa smakuje równie przewrotnie, jak sanatoryjny humor. A może jednak to wszystko, choć absurdalne, miało mnie tylko rozbawić? Tylko co teraz powiedzieć na wieczorku zapoznawczym.

Idź do oryginalnego materiału