„Kamil, źle skręciłeś. Trzeba było jechać dalej,” krzyknęła Kinga.
„Skręciłem dobrze,” odparł spokojnie Kamil.
Prowadził dalej wąską leśną drogą.
„Powinna tu być polana, a jej nie ma,” rozglądała się Kinga.
„Zawróćmy. Kamil, słyszysz? Zatrzymaj się!”
On jednak jechał dalej.
Nie zamierzał się zatrzymać.
Kinga widziała, iż zrozumiał już swój błąd.
Droga robiła się coraz węższa.
Miejscami porośnięta trawą.
Dojazd do działek powinien być szeroki.
A oni wjeżdżali coraz głębiej w las.
„Przestań! Słyszysz mnie?!” warknęła, tracąc cierpliwość.
„Gdzie mam się zatrzymać? Zaraz znajdę przerwę w drzewach.”
„Trzeba było zawrócić od razu!”
„Zawsze musisz robić po swojemu.”
Kinga założyła ręce na piersi.
Patrzyła uparcie przed siebie.
Nigdy się nie przyzna, pomyślała.
Co w tym trudnego?
Gałęzie drapały karoserię.
Żółte liście sypały się na maskę.
W końcu Kamil zatrzymał samochód.
W aucie zapadła ciężka cisza.
„Od razu nie mogłeś stanąć?”
„Przez ciebie zajechaliśmy Bóg wie gdzie.”
„Ile razy mam mówić, żebyś mi nie przeszkadzała?” warknął Kamil.
Kinga się skrzywiła.
Kamil ostrożnie zaczął cofać.
Wstrzymała oddech, patrząc w lusterko.
Bała się, iż wpadną na drzewo.
Kilka razy o mało nie utknęli.
W końcu wrócili na szosę.
„Od razu nie mogłeś tak zrobić?” burknęła już spokojniej.
Złość minęła, gdy wyjechali z lasu.
„A ty zawsze musisz mieć rację, co?”
„Ciągle mnie poprawiasz, pouczasz.”
„Myślisz, iż mi to pasuje?”
W jego głosie brzmiała irytacja.
„O co ci chodzi? Dlatego się nie zatrzymałeś? Z przekory?”
„I co, pomogło?”
„Teraz to już przesadziłeś.”
„Jedziemy czy stoimy?”
Rozbolała ją głowa od stresu.
Ostatnio często się kłócili.
Czepiali się drobiazgów.
Czy to tylko kryzys, czy uczucie wygasło?
Różowe okulary dawno spadły.
Zaczęli widzieć się bez upiększeń.
„Znowu mi rozkazujesz,” zrugał ją Kamil.
„Nie rozkazuję. To będziemy tu stać.”
Kinga odchyliła głowę i zamknęła oczy.
Dała znać, iż kłótni nie będzie ciągu dalszego.
A zaczęło się tak pięknie, na plaży w Sopocie.













