Kamienna Kobieta

twojacena.pl 2 dni temu

Kamienna Kobieta

Grażynę Fiodorowną przywiozło pogotowie, zabrali ją z ulicy. Upadła prosto w ohydną, zimną breję i brakowało jej sił, żeby się podnieść. Dwóch mężczyzn zapakowało rozmiękłą Grażynę do karetki, zawieźli ją do izby przyjęć.

Duża, postawna kobieta w garniturze, w butach na szpilkach, z mocno podkreślonymi oczami i wydatnymi ustami, w uszach ciężkie kolczyki z bursztynem, skórzana torba na kolanach Grażyna wjechała do izby przyjęć, siedząc w fotelu na kółkach. Jednak na leżąco jechać odmówiła kategorycznie; gdy trochę oprzytomniała, zrugała kierowcę pogotowia, iż śmierdzi od niego fajkami, pielęgniarzowi wytknęła opieszałość, a uczniakowi-praktykantowi zabroniła się do niej w ogóle zbliżać.

I bardzo dobrze! burknął chłopak obrażony.

Tylko mi tu nie zaczynaj być bezczelnym, młody człowieku! Jeszcze się doigrasz, zobaczymy, kto się do kogo przyczepi! odparowała Grażyna Fiodorowna, poprawiając się w fotelu i rzucając wokół spojrzeniem srogiego, ukrytego inspektora. Przyciągnęła torbę pod brodę, nastroszyła ramiona i łypała spod ściągniętych brwi, jakby była sową, a nie szefową dużej firmy. Twarz, trochę toporna, jakby wykuta z granitu, z czerwonymi nitkami naczynek, których nie zdołał ukryć podkład szczególnie teraz, gdy po zastrzyku obficie się spociła i makijaż zrolował się w bruzdach. Jedźcie dalej, tu przecież przeciąg, nie mogę tu siedzieć! warknęła, wskazując zatłoczony korytarz.

Recepcjonistka srogo spojrzała na nową pacjentkę w futrze aż do ziemi, wyrwała papiery pielęgniarzowi i oznajmiła, iż teraz wszystko już należy do nich, a chłopaki mogą wracać na bazę.

Nadciśnienie, straciła przytomność na ulicy Głową nie uderzyła Mamy już ciśnienie relacjonował wyraźnie spięty praktykant w niebieskim kitlu.

Dobrze, Romek. Idźcie już, miejsca tu jak na lekarstwo! pogłaskała chłopaka po ramieniu pielęgniarka. Chłopak był do niej bardzo podobny, pewnie syn.

Trzeba Trzeba rodzinie załatwiać pracę Grażyna pomyślała automatycznie.

Głowa bolała koszmarnie, ręce słabły i opadały na kolana, a wtedy skórzana torba, markowa, zaraz mogła spaść na podłogę tylko brakowałoby sił, żeby ją potem podnieść. adekwatnie już na nic nie było siły. choćby mówienie przychodziło z trudem. Język jakby spuchnięty i suchy, przyklejony do podniebienia. Chciało się pić.

Poproszę wodę rzuciła Grażyna głośno i wyraźnie, choć nie patrząc na nikogo.

Nikt jej nie usłyszał. Wokół krzątały się tłumy, krewni popychali łóżka z chorymi, pocieszali, wypytywali, trzęśli odpływających. Lekarze przemieszczali się szybko, poprawiając stetoskopy na szyi, czytając papiery w biegu, dzieląc pacjentów na gabinety, nawołując z końca korytarza. Pielęgniarki też były zajęte; ale Grażynie Fiodorownie nikt z nich nie miał czasu się zająć.

Gdzie Baranowska? Baranowska, która? w końcu zagadnęła jedna z medyczek, jak Grażyna ochrzciła wszystkie panie w białych kitlach.

Tu jestem odpowiedziała Grażyna, powtarzając dla pewności głośniej. Tutaj!

No, to dla pani słoiczek, toaleta na końcu korytarza, potem pobranie krwi. I zdejmijcie tę czapę, przecież tu nie Syberia!

Grażyna zapomniała całkiem, iż siedzi w wielkiej, kudłatej czapce, jak postać z Jak rozpętałem II wojnę światową. Nic dziwnego, iż pot jej ciekł po czole i palił skalp.

Niechętnie zsunęła nakrycie głowy, rozejrzała się, gdzie schować, by nie spadło, cisnęła do wypchanej dokumentami skórzanej torby. Grażyna nie zamierzała długo tu zalegać; trochę jej się polepszy, dadzą leki i wraca. Kto by miał czas, ona, Grażyna Baranowska, dyrektorka firmy od okien! Pracy huk, nie ma kiedy sobie ciśnienia mierzyć.

Pielęgniarka położyła jej słoiczek na kolanach.

Grażyna Baranowska. Kobieta konkretna, masywna. Zawsze była duża: owoc, niemowlę, dziewczynka, dziewczyna, kobieta. Ale duża ta pani córeczka, mówili lekarze do jej matki w przychodni. O, noga to już jak na mężczyznę, kiwali głową sprzedawcy, gdy Grażynka wyrastała ze szkolnych pantofli

Na jej tle matka wydawała się Calineczką, ale takie geny dostała Grażyna po ojcu-góralu. Był silny jak dąb, ale odszedł, przegrywając z nowotworem, kiedy Grażynka miała osiem lat.

Grażyna zawsze się siebie wstydziła. Była jak Guliwer pośród maluchów w przedszkolu, trzymali się od niej z daleka, dziwoląg. W szkole podobnie, bywało przykro. Dobrze czuła się jedynie na sporcie, gdzie skierowała ją znajomość mamy z trenerem (mama miała zresztą krótki romans). By nie przeszkadzała im wieczorami, Grażynę zapisano na lekkoatletykę. Rzut dyskiem, pchnięcie kulą i tu w końcu była u siebie. A ktoś przecież też musi. Parę razy złapała kontuzję, bark sztywniał na wilgoć, ale i tak czuła satysfakcję. Potem ostro oberwała za to, iż wzięła zwykłe męskie zainteresowanie za miłość, zrobiła głupstwo, dorosła, pochowała matkę i ulepiła z siebie kobietę, która jak się obracano za nią siała respekt, a nie uśmiechy.

Swoją zawodową drogę zaczynała w administracji osiedlowej, rządziła majstrami i remontami jak umiała, potem zrobiła kursy; wraz z przemianami ustrojowymi wszędzie pojawiały się firmy i firemki, zarówno lewe jak i prawe, interesy i interesiki. Grażka brała się z chłopakami za fuchy na budowach. Przez rozmiary brali ją często za faceta, potem się śmiali, ale szacunek rósł. Trochę szorstka, czasem twarda, imprez nie lubiła, w swoją duszę nie wpuszczała ot tak nikogo. Ale była swoją.

Taką, nieuśmiechniętą, kamienną, pozostała.

Kamienna baba mówili po cichu.

Potem założyła firmę. Jej Okna na świat. Znała się na rzeczy, rozpracowała każdy szczegół, zyskała respekt.

Dla podwładnych surowa, herbaty nie piła, ale za nią byli jak za murem. Została dyrektorką decydowała o wszystkim, choćby o szczęściu pracowników. Wysyłała do lekarza, polecała restauracje na okazje, karciła za zostawanie po godzinach, urządzała badania okresowe, obdarowywała prezentami świątecznymi, ale za żadne skarby nie przebierała się za Śnieżynkę mając ponad 180 cm wzrostu to by było dopiero show.

Wiedziała o wszystkim choćby o wyniku testu ciążowego, który sekretarka, Terenia, dopiero co kupiła w aptece. A Grażyna już wiedziała, iż dwie kreski i kombinuje, gdzie Terenię leczyć.

Znała skandale rodzinne, czyjeś nieudane matury, przyjazdy krewnych z Rzeszowa. Załatwiała produkty dla tych ostatnich, kombinowała miejsca na studiach dla pierwszych. Życie ją nauczyło dbać o siebie, a później o innych tych wykluczonych, słabszych, podobnie jak ona kiedyś.

Przyjaciółek nie miała. Tak wygodniej bezpieczniej. Bo przecież za plecami zawsze usłyszy nasza wielkoludka

Kamienna baba nie myliła się, była bezkompromisowa. jeżeli kogoś zwalniała, to zawsze szukała alternatywy. Mógł nie skorzystać sumienie jednak czyściutkie.

Tyran? Skąd! Raczej pociąg ekspresowy do świetlanej przyszłości, który nie zatrzymuje się na byle stacji. Nie daj Boże stanąć na torach rozjedzie, choćby nie zatrąbi. Ciągnęła jednak zawsze za sobą wagonek, w którym siedział jej syn Michałek. Dla niego się starała.

Kto nie wytrzymał tego tempa, ten odchodził. Ale rzadko kto. Bo przy bezrobociu i wiecznym młodościowcu wokół, wokół Grażyny zebrała się ekipa lojalna i sprawdzona. Teraz, gdy ona w szpitalu, niech no ręka boska nad nimi czuwa, oby nie spartaczyli spraw z dostawcami!

Co to jest?! Nie idę, zabierzcie! odepchnęła słoiczek Grażyna. Mam kryzys nadciśnieniowy, proszę mnie położyć! Czytać nie umiecie?!

No cicho bądź, gwiazdeczko! ożywił się siedzący opodal mężczyzna w stylu menelem pachnący, z bandażem na czole, podnosząc upadły słoiczek. Chcesz, to mogę za ciebie, co? Ha-ha! Za darmo nie robię, czapę dawaj! Lubię duże dziewczyny!

Sam sobie pomóż! odburknęła Grażyna, odepchnęła się nogą i odjechała na kółkach pod przeciwną ścianę, zostawiając dwie drobne wgniotki w tynku.

Kobieto! Co pani robi, przecież dopiero skończyliśmy tu remont! Proszę nie psuć ścian! jęknęła jakaś kobieta z identyfikatorem przypiętym do piersi. Monika, czyja to? Gdzie ją?…

Należę sama do siebie! Ja wychodzę! Jaki tu adres? Zadzwonię po taksówkę, telefon… Tak…

Gdzie to się tak śpieszysz? Taksówka? Siedź, zaraz lekarz cię przyjmie, poleżysz, dojdziesz do siebie odezwała się ta sama, która przed chwilą tytułowała ją tą.

Ale pacjentka już gdzieś wydzwaniała.

Michał? Daj mi syna! rzuciła surowo przez telefon. Wiem, ale to ważne! Jestem w szpitalu, mam jutro ważne spotkania. Potrzebuję Michała.

Nie lubiła rozkazów, choć potrafiła krzyknąć tak, iż aż ptaki z gałęzi zlatują. Teraz, tłumaczyła zwięźle sytuację tak, iż nikt już nie miał wątpliwości co do powagi, a potem po prostu mówiła, czego potrzebuje.

Małgorzata, synowa Grażyny, poszła do łazienki i zastukała w drzwi. Mąż zakręcił wodę.

Grażyna dzwoni. Jest w szpitalu.

Co? Poczekaj, za dziesięć minut skończę! trzasnął drzwiami kabiny prysznicowej i znowu puścił wodę.

Czy słyszał, o co chodzi? Słyszał na bank. Ale skoro matka dzwoni, to żyje, pcha się przez szpitale sama, więc jeszcze tych dziesięć minut nie zbawi. Może poczekać.

Ale kiedyś to on czekał na nią. Każdego dnia rano i do późnego wieczora; może matka wróci szybciej.

A mama miała sprawy, pracę która, gdy nastały biznesy, dostała już modne interes. choćby przeprowadzili się na nowe mieszkanie, tylko dlatego, iż Grażyna instalowała tam okna. Wymieniła szyby w szkole Michała, wszystkim znajomym i krewnym urządzała działki, bo miała kontakty z ekipami budowlańców, dekoratorami i majstrami. Mama zarzucała szeroko sieci, twardo trzymała ławicę, z której żyli. Ale drobna rybka o zabawnym imieniu Michał zawsze była w innej sadzawce.

Nie biła go, nie krzyczała, po prostu sprawdzała lekcje, kiwała głową akceptując, a jak źle, to ołówkiem poprawiała i odsyłała do pokoju uprzedzając: Zrób jak trzeba. A potem objaśniała oszczędnie, dlaczego warto się starać i pracować nad sobą.

Ale iż go kochała tego nigdy nie powiedziała. Ani przed snem szept: Jesteś moim najlepszym synem, ani na ucho: kocham cię zawsze. Nic z tych rzeczy.

No nie kocha, i już! Michał doszedł do tego w wieku dziewiętnastu lat. Załatwiła mu korepetycje, ułatwiła dostanie się na studia, dzięki niej nie musiał dorabiać wieczorami. Ale czy nie na tym polega matczyna robota wychować? Nie prosił o narodziny. A szpital to nic takiego, co tu się przejmować

Grażyna usłyszała tylko, jak Małgorzata mruknęła, żeby syn oddzwonił za dziesięć minut.

Pani Grażyno, co się stało? spytała Małgorzata. Może jakoś pomóc?

Grażyna nie odpowiedziała, rozłączyła się. A więc na pytanie o bliskich mogła powiedzieć, iż jej nie mają. Swoja, czyja? Syna? Oddzwoni, jak zechce, synowa memła gumę, pewnie boi się, iż wpakują jej teściową na stałe do łóżka. Należy do samej siebie. Tak lepiej.

Grażyna próbowała się podnieść, podparła się o ścianę. Krzesło odjechało, nogi się jej ugięły i runęła na podłogę jak worek ziemniaków. Słoiczek tocze się po płytkach, torba z firmowym logo wysypuje zawartość na brudną podłogę, a pod policzek Grażyny delikatnie przylega futrzana czapka.

Oż ty ja… ryknął menel, rzucił się podnosić Grażynę. Przy okazji niezauważalnie wsunął Grażyny portfel do swojej kieszeni, a z palca ściągnął pierścionek z bursztynem.

Ktoś jej go przypominał, ale nie mogła skojarzyć.

Nic nie czuła, oddychała chrapliwie, głowę zwiesiła na bok, w uszach monotonnie powtarzało się: Trzymaj się prawej strony, trzymaj się prawej strony

Grażyna Fiodorowna zawsze jeździła do pracy samochodem. Nie prowadziła nie lubiła skupiać się na znakach i innych kierowcach. Woli rozwiązywać problemy po drodze, czytać dokumenty, gapić się w okno. Miała szofera, Romana Gawłowskiego. Co rano punkt 7:30 podjeżdżał pod jej blok, otwierał drzwi, poprawiał płaszcz, wskakiwał za kierownicę, włączał Chopina i hyc na trasę w kierunku Warszawy. Tak bywało od lat. Roman nie narzekał, wszystko mu grało. On też miał swoje profity: leki dla żony, turnusy, lepsza kiełbasa, bonusy, trzynastki i czternastki, urlopy a tego się nie porzuca. Tak, czasem w nocy dzwoniła: trzeba ruszać do Katowic lub Torunia, gdzie zgłosili reklamacje. Godzina na lotnisko Roman całuje chrapiącą żonę i gna szefowej. Ta kiwa głową, przeprasza za kłopot. On wie mają to choćby w umowie. Tak wypada

A dziś Roman do bloku dojechał, ale z parkingu nie ruszył, bo w tyłek jego skodzie wjechała śmieciarka.

Pani Grażyno, taksówkę weźmy! Ale się wpakowaliśmy! kiwnął Roman zrezygnowany.

Nie trzeba taksówki. Pojadę metrem odpaliła Grażyna, poprawiając czapę, choć od rana czuła się słabo. Przestraszyła się? No może. Ale była kamienna, już mało co ją ruszało ma pieniądze, pieniądze załatwią wiele. Zajmij się tutaj, dokumenty potem do mnie, trzeba naprawić auto.

I poszła, duża i monumentalna, do metra niczym ruda chmura burzowa. Przechodnie schodzili jej z drogi. Mogłaby grać w filmie giganta świetnie by pasowała…

W metrze było duszno, ludzie płynęli tam i z powrotem, chwilami zator, potem znowu ruch. „Proszę trzymać się prawej strony” Grażyna usłyszała schodząc przy Politechnice na drugi peron. Ludzie trzymali się prawej. Grażyna też, bo studenci w przeciwną rozniosą na strzępy. Każdy się śpieszył

Tymczasem dzień się kończył, Grażynę po zamieszaniu w izbie, pomiarach, zastrzykach i piskliwych czujnikach przenieśli do sali. Przełożyli z trudem na łóżko, przykryli prześcieradłem. Ona, ledwo żywa, słuchała… Trzymaj się Trzymaj…

W sali było ciemno, pachniało perfumami, lekami, a jeszcze dziwnie kaszą gryczaną i waniliowymi sucharkami. Grażyna uwielbiała je, ale prawie nie jadła.

Pokój na trzecim piętrze, zza okna widać było tylko fragment wielkiego, kolorowego, jak lampki choinkowe, prospektu

Pamięta, jak kupiła lampki z kolorowymi żaróweczkami w Smyku. Po pracy zajrzała po Michała do przedszkola. Siedział sam, na ławce w szatni, wychowawczyni już w płaszczu czekała.

No i przyszli po ciebie, Michałku! A bałeś się! powiedziała głośno, swoim nauczycielskim głosem.

Michaś gwałtownie wytarł ukradkiem łzy, zaczął wciągać kombinezon. Czerwony, ze srebrnymi paskami, był jego ulubionym, ale udawał obojętność, żeby wyprowadzić mamę z równowagi. Zawsze chciał się odegrać… Za wszystko. Inni mają tatę, on nie. Matki są łagodne; siadają na kucaka, przytulają, uśmiechają się. Grażyna stała jak głaz, patrzyła na syna, czekając jak na egzaminie, aż się ubierze. Nie pomagała, nie komentowała.

Co masz w pudełku? zagadnął w końcu chłopiec obok niej.

Ach, to lampki, synku! Zawiesimy je na naszą choinkę. Pięknie będzie! niespodziewanie wzruszona, zaczęła opowiadać. Michał był zaskoczony, iż mama potrafi tak mówić.

Całą drogę wyobrażał sobie świecącą się choinkę z lampkami odbijającymi się w bombkach. Nazajutrz miał się pochwalić kolegom!

Kiedy jednak podłączyli lampki, nie zadziałały. Kamienna matka zawiodła, świąt nie będzie Grażyna schowała przewód i pudło. Chodźmy jeść. Muszę prasować pranie powiedziała tylko.

Po dwóch dniach przyniosła tę samą girlandę naprawioną przez garażowych złotych rączek jakich miała w pracy pełno. Ale Michaś wtedy już nie chodził do przedszkola był chory. I nikomu nie opowiedział o ich pięknej choince

A dziś, ktoś niewidzialny rozwiesił lampki nad miastem, odpalił prąd, świecą, migają… A lampka Grażyny się przepaliła. Trzeba naprawić.

Drzwi cicho się uchyliły, do łóżka podeszła drobniutka pielęgniarka w różowych spodniach i fartuchu.

Nie otwierajcie oczu, bo zaraz zmyję maskarę. A jak dostanie się do oka, będzie szczypać. Zaraz Spokojnie.

Poczuła mokrą, zimną watę na twarzy, czuły dotyk.

Zrobiło się przyjemnie… Boże, jakie to miłe! Wacik chłodny, przesuwa się po skórze, kobieta cicho coś nuci.

Przypomniała sobie mamę. Już jej dawno nie było. Grażyna odwiedzała grób we wrześniu, opłaciła panów, żeby ogrodzenie poprawili, leciwy nagrobek podnieśli. I nasypała niezapominajek. Nie wiedziała, czy wolno o tej porze. Rozsiała po mogile zamaszyście.

Przysypać? Bo gołębie wszystko wydziobią! pytali panowie, licząc na ekstra złotówkę. Kamienna, twarda, w płaszczu do kostek, jakby nie słyszała. Potem kiwnęła, dała jeszcze banknot i poszła, nie czekając, aż rozrzucą ziemię. A co tam, na wiosnę i tak pewnie nie wzejdzie…

Mama, kiedy Grażyna chorowała, przecierała jej twarz mokrym ręcznikiem, pachnącym czystością i mrozem.

Proszę pani po co to? odwróciła się Grażyna zmieszana. Odpocznę i sama się ogarnę. Nie trzeba.

Cicho. Nabierzcie sił, a nie marudźcie. Spokojnie… Już, wszystko czyste. Teraz włosy rozpuszczę. Proszę…

Pielęgniarka delikatnie uniosła tę kolubrynę, oswobodziła fryzurę ze spinek.

Zapłacę… Grażyna sięgnęła do torby. Portfel… nie ma

Grażyna załkała.

To drugi raz, gdy ją okradli. Pierwszy raz lata temu. Stała w metrze, za nią pchał się facet pijany czy wykończony, nie wiadomo. choćby nie spojrzała. Na powierzchni, przy kiosku, chciała kupić gazetę zauważyła nacięcie w torbie, ukradziono portfel, zdjęcie Michała, starą pamiątkową monetę od kolegi z pracy, listę zakupów. Usiadła na ławce i płakała na całego, choć wyglądała jak tur z muzeum natury.

Szkoda szeptała, ocierając łzy. Szkoda

Nie chodziło o pieniądze. Nowiutka torba, pierwsza droższa w jej życiu, z którą nie wstyd na spotkanie. Portfel z tej samej błękitnej cielęcej skóry. Grażyna chodziła tą torbą po biurze jak z medalem na pokaz Teraz do naprawy. Zostanie ślad na torbie i w duszy…

Teraz znów było jej szkoda. To na pewno ten typ z izby.

Nie trzeba. Leżcie, przyniosę ciśnieniomierz. Spokój. Spokój…

I znowu śpi…, a wokół budzi się ciepły, lepki sen, jak rozpuszczony krówka…

… Michał, wyszedłszy z łazienki, zapomniał o matce. Małgorzata kilka razy przypominała, dzwoniła, Grażyna nie odbierała.

Coś się stało, Michaś. Trzeba szukać. Dzwoń do niej do pracy przysiadła naprzeciw niego. Ten machnął ręką.

Mama wszystko ogarnia. Pewnie choćby respirator ma zarezerwowany. Daj spokój…

Odsunął żonę jak fotel, wlepił się w telewizor duży, szerokoekranowy, barwy żywe. Leciała Ekstraklasa. Chłopcy z Legii gonili piłkę po boisku. On w wyobraźni razem z nimi, szurając po stole stopami.

Fajny telewizor, mama sprezentowała! walnął się w udo, pociągnął łyk piwa, wsunął do buzi garść orzeszków.

Małgorzata posmutniała, poszła zadzwonić do Grażyny. Między nimi była zawsze jakaś dziwna bariera. Nie kłócili się, ale czułości nie było.

Grażynie Fiodorownie brakowało na to czasu i zwyczajnie nie umiała. Kochała czynem. Nowe okna (synowi kindze do okien nie przystoi spać bez szyby), remont łazienki, samochód dla Michała, karta sportowa dla Małgorzaty (bo z kręgosłupem było źle), najlepsze jedzenie, naturalne materiały. Nic nie narzucała. Po prostu dzwoniła, umawiała się, szła z synową do sklepu, wybierały. To, co chciała Małgorzata, z asortymentu, który był najlepszy.

Najpierw się buntowała, potem zrozumiała, iż nie ma sensu. W duchu odkłada na kiedyś, odda dług.

Tak Grażyna okazywała uczucia. Inaczej nie umiała albo już nie pamiętała. Michała też tak kochała: zabawki, kółko sportowe, meble do pokoju, rolki, radio, a na wakacje tylko nie z matką, ale do obozu. Ale odwiedzała, co mogła. Trzeba było naprawić ogrzewanie w przedszkolu Grażyna, biznesmenka i admin, sprowadzała ekipy, wywalczyła materiały, kłóciła się ze ślusarzami. Sama złapała palnik spawalniczy, pokazała chłopom jak się to robi. Dla szkoły załatwiła basen, dzieciaki chodziły na pływanie. Po co jej to było? Michała kochała. Ten jej nienawidził, odpychał. Chciała, by miał wszystko, czego ona nigdy nie miała to wszystko.

Jak powiedział, iż się żeni, Grażyna się lekko pogubiła. Przecież dopiero co kupowała mu zabawki. Ślub wzięli po swojemu, ale w porządnym lokalu, bo Michaś nie wydoliłby na taki. Suknię Małgorzacie wybrały taką, jak chciała, ale z półki lepszych, wygodnych Małgorzata próbowała się zwrócić do teściowej, ale ta nie dopuszczała nikogo bliżej. Bo kamienna baba praca, sprawy, narady, profile, zamówienia, reklamacje, sądy wpięła się w kierat i pcha. Inaczej nie umiała…

Małgorzata jeszcze raz zadzwoniła. Odebrała pielęgniarka. Małgorzata wszystko zanotowała, kazała czekać do odwiedzin, przyjechać rano.

Śpi, bardzo zmęczona. Proszę przywieźć wygodniejsze ubrania. Sweter, jest chłodno…

Pokiwała głową, podziękowała.

Michał zawalił się na kanapę, grał na laptopie. Małgorzata chciała coś powiedzieć, odpuściła. Spakowała kilka rzeczy z mieszkania Grażyny, cicho wyszła…

… Grażyna Fiodorowna obudziła się wcześnie. Z innych łóżek dobiegły szelesty filiżanek, ktoś kichnął.

No, okulary na nos kto tu Baranowska? zapytała pielęgniarka.

Grażyna usiadła, próbując związać włosy w koński ogon, ale nie miała siły.

Ja Baranowska.

Siedziała na łóżku w bluzce i spodniach od garnituru. Futro i czapka na podłodze, w torbie. Szpilki pod łóżkiem.

Rozpięta bluzka odsłaniała koronkową bieliznę. Grażyna kupowała sobie tylko ładną, a iż rozmiarówka ograniczona, nieraz musiała zamawiać przez internet.

Sąsiadka z łóżka patrzyła z ciekawością. Grażyna speszona otuliła się kołdrą.

Dawajcie rękę, Baranowska, krew do pobrania.

Pielęgniarka trafiła w żyłę za pierwszym razem. Potem nie przestawał dzwonić telefon.

Przepraszam, to z pracy powiedziała cicho Grażyna, wyszła przed salę, siadła na krześle.

Pytania, zlecenia, wyceny, zamówienia wszystko jakby nie była w szpitalu. W końcu nie wytrzymała i oznajmiła stanowczo jest chora, nie dostępna, dzwonić do zastępcy.

Po drugiej stronie rzucili słuchawką, a Grażyna osiadła jak ciasto bez drożdży. Z walecznej kobiety przemieniła się w zwykłą, zmęczoną pacjentkę.

Dostała szpitalną koszulę i szlafrok. Przebrała się, spojrzała w lustro, uśmiechnęła krzywo: makijaż się rozpłynął, włosy stoją

Okazało się, iż przy upadku połamała sobie trzy paznokcie i drapią o ubranie.

Proszę wejść do sali, zaraz obchód i śniadanie odezwała się znajoma pielęgniarka. Dzwoniła twoja córka, przyjedzie. Małgorzata. Nie smuć się, zaraz ci się polepszy.

Po co to wszystko? Grażyna podniosła głowę i przewyższała kobietę jak pagórek. Małgorzata to nie córka, synowa. A jednak…

Przyjedzie. Obiecała. Grazka, nie poznajesz mnie? cicho zapytała pielęgniarka. Jestem Kaśka Pegas. Leżałyśmy razem w szpitalu. Ty… wtedy po… No… Dziecko…

Grażyna przeszyła ją wspomnieniem. Osunęła się. Tylko Kaśka wiedziała o dziecku, o tym, iż duża, wyśmiewana Grażyna była w ciąży i postanowiła coś z tym zrobić. Chłopak bawił się nią dla sportu, oszukał, odszedł. Dziecko pozostało. Grażyna je usunęła. Kaśka ją pocieszała, mówiła, iż jest najpiękniejsza. Ludzi złych dużo…

Kaśka… nie poznałam… Pracujesz tu? Dzielna jesteś! uśmiechnęła się Grażyna.

Tak. A masz syna? Cieszę się! Ja mam dwie córy, cudne gaduły. Wnuczki hałas jeszcze większy. A mąż?

Kaśka urwała, odwróciła głowę.

Nie miałam i nie mam męża. I dobrze! Samotnie sobie radzę. Syn mnie nie potrzebuje. Sama siebie zawsze chroniłam…

Kaśka chciała coś dodać, ale przez korytarz szli już lekarze obchód. Grażyna położyła się, Kaśka pojechała do domu. Była nieziemsko śpiąca…

Śniadanie minęło szybko. Grażyna się oswoiła, rozejrzała. W sali same prawie jej rówieśniczki cicho czytają, śpią, szeptają. Jedna, Zofia, przy oknie, coś cały czas chrupała, aż dźwięk szedł na całą salę.

Sucharki? zgadła Grażyna. Waniliowe lubicie. Ale na sucho szkodzi! Musicie popijać herbatą lub wodą!

Nerwy. Przepraszam, postaram się ciszej. Mąż na innym piętrze, udar Bez gryzienia nie daję rady. Herbata… niepotrzebna

Jak to niepotrzebna?! Przepraszam, gdzie tu można dolać herbaty? w stołówce patrzono z zaskoczeniem, jak wielka, zmęczona kobieta, z podniesioną głową, wpływa do sali.

Grażyna zauważyła wszystko krzywy linoleum, stare wyposażenie kuchni. I, rzecz jasna, okna. Czyste, dobre, trzeba je tylko wyregulować. Ma ekipę, załatwi.

Już chwilę później w szpitalnych klapkach sunęła przez korytarz z kubkiem gorącej herbaty.

Pijcie, Zośka. Nie wiem, ile cukru wolicie, ale trzeba coś wypić! rozkazała.

Tamta skinęła głową i przyssała się do kubka.

Jesteście bardzo dobra kiwała głową Zofia. O, jakaś pani stoi pod drzwiami i macha…

Grażyna spojrzała. Stała Małgorzata, jej synowa, zabawnie ubrana w błękitny fartuch i śmieszne ochraniacze na butach.

Dzień dobry! wołam i wołam… Przepraszam, przyszłam do Grażyny Fiodorowny Małgorzata rzuciła siatki przy kapciach Grażyny. Zofia uśmiechnęła się i odwróciła do chrupania.

Małgorzato, nie trzeba było, sama tu wszystko mam Grażyna się zmieszała.

No już! Proszę się przesunąć. Małgorzata zanurkowała w siatkach. Tuta pajama, tu koszula, tu sweter, kardigan. To kosmetyki, tutaj smakołyki. Z waszych ulubionych sklepów. Herbata, kawa. Pościeli nie niosłam, nie dałabym rady…

Grażyna jak góra, a na tej górze lśniła pomięta grzywka, która zadrżała razem z całą Grażyną.

Ciociu Grażu, nie płaczcie… O rety, już! No, wskakujcie w piżamę, ja idę do lekarza!

Wypadła z sali, a Grażyna patrzyła na łóżko, siatki i piżamę…

Życie Grażyny powoli się sklejało, wcześniej kazało jej stąpać po odłamkach marzeń. Szło się ciężko, boląco musiała wszystko przykrywać pracą i twardością, żeby nie czuć, jak bardzo ją kaleczą.

Przecież nikogo do siebie nie dopuszczała. A tu proszę, synowa przyjechała, troszczy się. Może dla pieniędzy? Może… ale i tak miło! Pół słowa od syna, ale Grażyna nie odbierała. Jeszcze nie wiedziała, co powiedzieć.

Małgorzata wróciła, zamyślona, obracając obrączkę na palcu. Nie mówiła jeszcze Grażynie, iż chce się rozwieść. Po co ją denerwować…

Nocą Grażyna płakała, nie wiedząc adekwatnie czemu.

Następnego dnia zwrócono jej portfel i pierścionek.

Ten facet okradł panią w izbie przyjęć. Oto, przynieśli jakieś papiery.

I co teraz z nim? spytała Grażyna.

Nic. Już nie żyje. Serce. Sam się wykończył. Burkowski Nikodem Damianowicz, powiedzieli bez sensu.

Grażyna kiwnęła głową. Już wiedziała, przypomniała sobie. Burkowski Nikodem, najlepszy sportowiec z sekcji rzutów, prawie mistrz Polski. Gładził ją po plecach, przysięgał, iż nikt piękniejszy. Kłamał, wierzyła. On nie żyje. Ona została.

I wcale nie jest kamienna, tylko strasznie dawno temu zapomniała, jak się oddycha z ulgą i radością.

Ale teraz już będzie inaczej. Ma Kaśkę, Zofię, Małgorzatę głupią, naiwną, a przez to najdroższą, ma pracę, sprawy, wiosnę i niezapominajki, które ciągle jeszcze trzeba posiać, setki spraw, których nikt inny nie ogarnie. I ma wnuka widziała go na zdjęciu z USG mała fasolka.

I pamiętaj, Małgośka, nie oczekuj od niego niczego i kochaj, mów mu to. Ja nie mówiłam, teraz cierpię, powiedziała Grażyna. Kobieta musi mieć kogo kochać, inaczej zamienia się w kamień.

Małgorzata kiwnęła głową. Nie, Grażyna Fiodorowna wcale nie jest ze skały, tylko bardzo czuła i krucha. Wielka, rosła, szeroka, ale bardzo słaba Grażyna Baranowska, która kiedyś głośno zawyła, witając świat…

Idź do oryginalnego materiału