Jestem zamężna, ale mieszkam sama.
— Halinko, cóż mam o tym myśleć? — sąsiadka Danuta Leszczyńska stała na progu z siatką w dłoni i niedowierzająco kręciła głową. — Masz męża czy nie? Wczoraj widziałam Jakuba, wychodził z twojego mieszkania, a dziś rano spotkałam go koło metra z jakąś blondynką!
Westchnęłam, odłożyłam gazetę i zaprosiłam ją do kuchni. Akurat czajnik się gotował.
— Proszę siadać, pani Danuto. To nie jest takie proste, jak się wydaje. Tak, Jakub to mój mąż. Oficjalnie. Pieczątka w dowodzie siedzi już siedem lat. Ale mieszkamy osobno. Każde we własnym mieszkaniu.
— Jak to osobno? — sąsiadka opadła na krzesło, widocznie szykując się do dłuższej rozmowy. — Co to za rodzina? I po coś w ogóle wychodziła za mąż?
Postawiłam przed gością filiżankę herbaty, usiadłam naprzeciw. Za oknem siąpił październikowy deszcz, krople spływały po szybie jak łzy. Właśnie w taką pogodę siedem lat temu składaliśmy z Jakubem papiery w Urzędzie Stanu Cywilnego.
— Wychodziłam z miłości, oczywiście. Myślałam, iż będziemy żyć jak normalne małżeństwo. Dzieci, działka, wspólne gospodarstwo. Ale nie! — Gorzko się uśmiechnęłam. — Po pół roku zrozumiałam, iż jesteśmy zupełnie różni. On uwielbia gwarną kompanię, ja cenię ciszę. On rozrzuca rzeczy, ja lubię porządek. On potrafi nie wykąpać się tydzień, ja bez prysznica ani dnia.
— To się rozwiedź! — machnęła ręką pani Danuta. — Po co się męczyć?
— A tu zaczyna się najciekawsze. Rozwieść się nie możemy. Mieszkanie mamy jedno, sprywatyzowane na oboje jeszcze przed ślubem. Kupowaliśmy je razem, płaciliśmy pół na pół. Jakub mówi: jeżeli się rozwiedziemy, mieszkanie trzeba sprzedać, podzielić pieniądze. A gdzie wtedy pójdziemy? Wynajmować? Już nie jesteśmy młodzi, ja mam czterdzieści trzy, on czterdzieści pięć. Skąd brać takie pieniądze na czynsz?
Pani Danuta zamyśliła się skinieniem. Problem był jej znany.
— I co wymyśliliście?
— Ano to. Jakub mieszka tam, a ja kupiłam sobie małą kawalerkę na obrzeżach. Taniutką, ale swoją. Spłacam kredyt, ale przynajmniej nikt mi nie przeszkadza. Przychodzi on do mnie czasem, kiedy nudzi mu się samemu w domu. Posiedzimy, pogadamy jak starzy kumple. Potem idzie do siebie.
— I długo tak będziecie żyć? — sąsiadka przyglądała mi się ciekawie. Wyglądałam na zmęczoną, ale pogodzoną.
— Nie wiem. Póki co pasuje. Oficjalnie jesteśmy mężem i żoną, nie trzeba zmieniać dokumentów, w pracy nikt nie pyta. A w praktyce każdy żyje swoim życiem.
Kiedy pani Danuta wyszła, długo siedziałam przy oknie, dopijając ostudzoną herbatę. Deszcz nasilił się, a w jego szumie zdawały się brzmieć głosy przeszłości.
Poznaliśmy się z Jakubem w pracy. Był wtedy szefem zakupów, ja główną księgową. Wysoki, postawny, o dobrych oczach i ujmującym uśmiechu. Od razu poczułam doń sympatię.
— Halino, nie zrobiłabyś mi towarzystwa w czasie przerwy obiadowej? — podszedł do mojego biurka w ten pamiętny czwartek. — Znam świetną knajpkę niedaleko.
Zgodziłam się. Potem była druga randka, trzecia. Jakub okazał się interesującym rozmówcą, dużo czytał, znał się na sztuce. Rozmawialiśmy o książkach, filmach, podróżach.
— Tak mi z tobą lekko — wyznał po miesiącu spotkań. — Rozumiesz mnie w pół słowa.
Ja też czułam się przy nim dobrze. Po rozwodzie z pierwszym mężem minęło już pięć lat i niemal zwątpiłam, iż znajdę bratnią duszę.
Jakub był rozwiedziony, nie miał dzieci. Mieszkał sam w trzypokojowym mieszkaniu po rodzicach.
— Za duże jak dla jednej osoby — skarżył się. — A bałem się sprzedać, w końcu rodzinny dom.
Pół roku się spotykaliśmy, potem Jakub oświadczył się. Wesele było skromne, tylko najbliżsi przyjaciele i krewni.
Pierwsze miesiące wspólnego życia upłynęły we wzajemnej adoracji. Zdawało się, iż wszystkie problemy da się rozwiązać, a różnice zdań to błahostki.
Lecz stopniowo te drobiazgi przeradzały się w poważne nieporozumienia.
— Kubusiu, no nie można zostawiać brudnych naczyń w zlewie! — oburzałam się kolejny raz na widok sterty nieumytych talerzy.
— Daj spokój, umyję jutro — odganiał mnie mąż, wlepiony w telewizor.
— Jutro, pojutrze… A potem to wszystko obrasta tłuszczem i nie dasz rady tego doczyścić!
— Jesteś zbyt wymagająca. Odpręż się trochę.
Ale ja nie mogłam. Bałagan w domu mnie przygnębiał. Jakub zaś czuł się w czystości i porządku nieswojo.
— Jak w szpitalu u ciebie — narzekał. — Wszystko sterylne, nic zbędnego. W domu powinno być po domowemu.
— Po domowemu to nie znaczy brudno!
Kłóciliśmy się coraz częściej. To przez niezmywaki, porozrzucane swetry, to przez przyjaciół Jakuba, którzy potrafili zjawić się z wizytą w środku nocy.
— Nie daję rady tak żyć — wyznałam siostrze Ewie przez telefon. — Jakbyśmy byli z różnych planet.
— Spróbuj się do niego dostosować — radziła siostra. — Mężczyźni tacy są. Mój Mariusz też nie ideał.
Lecz dost
W gabinecie rozbrzmiał telefon – dzwonił Czesław.
„Cześć, jak leci? Wpadnę jutro, przyniosę ciasto. Lena upiekła, pyszne.”
„Dobrze, wpadaj. Herbatę zrobię.”
„Iru, nie gniewasz się? Za Lenę, no wiesz…”
„Głupoty. Cieszę się, iż ci dobrze. Tylko przedstaw nas kiedyś. interesująca jestem kobiety, która cię udomowiła.”
Czesław się zaśmiał.
„Nie udomowiła. Po prostu przyjmuje mnie takim, jaki jestem. Jak ty kiedyś.”
„Przyjmowałam, ale żyć nie potrafiłam. To różnica.”
„Tak, masz rację.”
Po rozmowie długo rozważałam, iż każdy ma swoją formułę szczęścia. Jednym wystarczy tradycyjna rodzina z dziećmi i wspólnym stołem. Innym – samotność i niezależność. A nam, mnie i Czesławowi, coś pośrodku: niezupełnie małżeństwo, niezupełnie rozwód.
Byłam mężatką, ale żyłam sama. I to odpowiadało mi bardziej niż cokolwiek innego.
Za oknem deszcz cichł, na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Murka wskoczyła mi na kolana, mrucząc. Jutro nadejdzie nowy dzień, a ja powitam go w swym przytulnym mieszkaniu, w ciszy i spokoju, wiedząc, iż nasza dziwna układanka wciąż działa, jak stary, dobrze naoliwiony mechanizm.