Jedyny mężczyzna w rodzinie, czyli jak jedenastego jedenastego jedenastego roku zjadłem śniadanie z córkami w Polsce, a wieczorem wziąłem udział w detektywistycznych przygodach, podczas których spotkałem rudego chłopaka w uszance, który okazał się “prezentem na całe życie” oraz swatającym siostrę Spartakiem – niezwykła historia o miłości, rodzinie i spełnionych marzeniach pod polskim niebem

newskey24.com 5 godzin temu

Jedyny mężczyzna w rodzinie

Pamiętam, jakby to było wczoraj, chociaż minęły już całe lata. Siedzieliśmy przy śniadaniu, a najstarsza z moich córek, Jagoda, zapatrzona w ekran telefonu, zagadnęła niespodziewanie:
Tato, zobaczyłeś dzisiejszą datę?
Nie, a co z nią nie tak? spytałem, sięgając po bułkę.
Zamiast odpowiedzi odwróciła ekran w moją stronę. Był tam ciąg cyfr: 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku.
Przecież jedenastka to twoja szczęśliwa liczba, a dziś masz aż trzy pod rząd. To będzie twój szczęśliwy dzień uśmiechnęła się.
Słowa twoje miód, Jagódko parsknąłem z rozbawieniem.
Tak, tatusiu dorzuciła młodsza Hania, nie odrywając wzroku od swojego telefona. Dziś Skorpiony czeka miłe spotkanie i prezent na całe życie.
No to pięknie. Może w jakimś kraju w Europie umrze nam nieznany krewny-milioner i zapisze cały majątek właśnie nam?
Milioner? Jagoda podchwyciła żart. Raczej miliarder, tato! Milion to dla ciebie drobnostka!
Właśnie, za takie grosze choćby bym się nie pochylił. Co byśmy zrobili z taką fortuną? Może najpierw kupimy willę we Włoszech albo na Mazurach? Potem jacht
I helikopter, tato! dodała Hania Chcę mieć własny helikopter!
Bez gadania. Będzie i helikopter. A ty, Jagoda, czego zapragniesz?
Chcę zagrać w filmie indyjskim z Salmanem Khanem!
O, to drobiazg. Zadzwonię do Amitabha Bachchana i wszystko załatwię No, dziewczyny, dość tych marzeń, kończymy śniadanie, zaraz trzeba wychodzić.
Ech, choćby pomarzyć nie można westchnęła Hania.
Możecie i choćby trzeba marzyć rzekłem, dopijając herbatę. Ale szkoły nie zapominajcie

Dziś, wspominając tamto śniadanie, wracam myślami do późnego popołudnia tamtego listopadowego dnia, gdy układałem zakupy z wózka do reklamówek w osiedlowym sklepie w Piotrkowie. Dzień raczej nie należał do szczęśliwych w pracy nagle przybyło obowiązków, musiałem zostać dłużej, byłem zmęczony, a żadne przyjemne spotkanie ani prezent na całe życie się nie wydarzyły

Szczęście przefrunęło mi nad głową jak bocian nad wsią żartowałem w myślach, opuszczając sklep. Przy moim wysłużonym Polonezie, który od ćwierćwiecza służył naszej rodzinie, krążył chłopiec. Ubrany był w podarte ubrania, nogi miał w dwóch różnych butach: na lewej stopie sprany trampek nieokreślonego koloru, na prawej stary rozczłapany wojskowy but z niebieskim kabelkiem zamiast sznurówki. Na głowie stara, wytarta pilotka z nadpalonym uchem.

Proszę pana jestem głodny może kawałek chleba? odezwał się nieśmiało, gdy się zbliżyłem.
Wyglądał na tzw. dziecko z ulicy, ale bardziej niż jego obraz, poruszyła mnie ta niespotykana dzisiaj prośba, jakby z dawnego, przedwojennego filmu. Od razu przypomniałem sobie czasy młodości, zajęcia teatralne w domu kultury nad Pilicą, gdzie uczyliśmy się, jak rozpoznać prawdę na scenie. Charakterystyczne zawahanie w głosie było sprawdzianem szczerości po tym poznawało się, czy aktor naprawdę żyje swoją rolą, czy tylko recytuje z pamięci.
Chłopiec kłamał. Zawahanie było zbyt aktorskie. Prawda jednak była taka, iż cały ten jego występ był zorganizowany i wycelowany dokładnie we mnie. Z jakiego powodu?

No dobrze, młody, zagrajmy w twoją grę. A moje córki będą zachwycone, bo uwielbiają bawić się w detektywów pomyślałem.
Chlebkiem się nie najesz. Lepiej miska gorącego barszczu, potem ziemniaczki ze śledziem i kompot ze śliwek razem z wielgachną drożdżówką. Zgadza się?
Młody na moment zaskoczony, ale już po chwili zebrał się w sobie, zmrużył oczy spode łba.
Tak wyszeptał.
No to świetnie. Trzymaj, potrzymaj torbę.
To był test. Gdybym miał do czynienia z prawdziwym bezdomnym, już siedziałby w nogach z siatką pełną jedzenia i uciekałby ile sił w nogach. Zawsze w takich sytuacjach udawałem, iż czegoś szukam, odwracam się tyłem do dzieciaka.
Wyjąłem telefon, niby rozmawiam:
Jagódka, już gotujecie ziemniaki? Sałatka gotowa? Świetnie. Odlej trochę barszczu do małego garnuszka, zaraz będę. Do zobaczenia.

Tymczasem chłopak nie uciekł, stał z głową spuszczoną, torba dociśnięta do siebie. Dzięki, młody pomyślałem nie mam dziś siły na sprint!
Po chwili ruszyliśmy w kierunku mojej wsi, siedem kilometrów od miasta, gdzie od lat pracowałem jako spawacz w zakładzie awaryjnym. Miałem tylko córki, bliskich żadnych. Dzieci swoje kochałem całym sercem, a i one odpłacały mi tym samym. Jako były wychowanek domu dziecka, nie potrafiłem przejść obojętnie wobec bezdomnych dzieciaków. Ile już razy wiozłem takim drogą nową szansę Gdyby nie te głupie przepisy i cały legion urzędasów, którzy za wszelką cenę trzymają się zasad, może sam wychowywałbym nie dwie, a pięcioro dzieci. ale dla urzędników ważniejsze niż miłość są warunki materialne, a to dzieciom w domach dziecka daje kilka Smutny paradoks: w wielu rodzinach dzieciom jest tragicznie, ale to normalność, taka jest norma. A ja, samotny ojciec dwójki, nie miałem prawa nikogo przygarnąć

Chłopiec w aucie siedział skulony, czapka nasunięta na oczy, co jakiś czas chrząkał czy wzdychał. Inny był od tych, których wcześniej spotykałem. Może świeżo uciekł z domu? Może był tu od tygodnia-dwóch, wciąż przestraszony? Zbyt gwałtownie go posądziłem o kłamstwo. Może to tylko szok? pomyślałem. Jutro spokojnie pogadamy. Może sam wszystko wyzna.

Przed domem córki czekały już na schodkach. Wybiegły do samochodu, rozpakowały torby, aż w końcu Hania zauważyła chłopca.
A kto to, tato?
To wasze dzisiejsze przyjemne spotkanie i prezent na całe życie zaśmiałem się.
Super, tato! Hania aż zajrzała mu pod czapkę. Taki prezent! Może go pomyliłeś, to nie nasz?
Przyczepił się do mnie, woła: Jestem twoim prezentem! odparłem.
A jak się ten prezent nazywa? dodała Jagoda, już z reklamówkami w rękach.
Bez nazwy.
To co, bez etykietki, bez ceny?
Bez.
Jasne! Musiał ci się trafić wadliwy. Ale nie martw się, zawsze można wyrzucić zanotowała Hania.
Chłopiec aż się spiął, jakby zaraz miał uciekać, ale Hania chwyciła go za ramię i pogłaskała po czapce:
Halo? Kto tam mieszka w chałupie?
Chłopiec milczał, a Jagoda zachichotała:
Tu nie ma zasięgu. Może w domu lepiej zadziała.

Weszliśmy do domu. Dla rozładowania atmosfery dziewczynki wciągnęły chłopca w swoją grę jedna dobra, druga zła policjantka. Miałem pięć minut na dochodzenie. Zaciągnęły go do kuchni, a ja poszedłem do garażu odstawić samochód. Po chwili wpadła rozbawiona Hania:
Tato, on wszystko ściemnia!
Po czym to poznałaś?
Bo nie pachnie ulicą! Wygląda na domowego!
Wąchałaś go?
A jakże! Wiesz czym pachnie? pokazała mi rękę z czarnymi plamami.
Sadzą?
Nie, tato. To grymas! Przebrał się za brudnego, ale pod spodem to dzieciak jak spod igły!
Jak się nazywa?
Powiedział, iż Bolek. Ale to podszywka takich imion nie używa się na ulicy…

Po chwili wyskoczyła Jagoda, krzycząc:
Haniu, zostało nam jeszcze trochę kwasu siarkowego?
Zostało! Zaraz przyniosę kanister! odpowiedziała Hania z udawanym okrucieństwem, śmiejąc się pod nosem.
Teraz wszystkich rozpuszczamy w kwasie i spuszczamy do kanalizacji
Tak się wygłupiały, a tymczasem w kuchni, już u stołu, Bolek wydawał się coraz swobodniejszy. Plecy proste, głowa podniesiona, spokojne spojrzenie. Jadł jak w swoim domu, między bliskimi.
Bolek, coś knujesz, chłopcze pomyślałem, obserwując go kątem oka.

Tato, śpisz? szarpnęła mnie za rękaw Jagoda.
Nie, tylko zamyśliłem się. Dziękuję, dziewczyny, pyszności ugotowałyście.
Oho, ile to nas nie było! Córki już dorosłe, wnuki z nami, a ty śpisz przy stole, dziadku! żartowała Hania.
A ten tu kto, wasz narzeczony? zażartowałem, wskazując Bolka.
To nasze domowe byczysko poklepała go po głowie Hania. Odkarmiamy na lato. Podobno wtedy wołowina drożeje.
Myślę, iż już wystarczy! krzyknął nagle Bolek, nagle zrywając się na nogi. Jagodo, Haniu, przestańcie Ja wszystko powiem Przepraszam, panie Zbigniewie, za ten teatrzyk
Siadaj spokojnie. Ale do końca, od początku i bez kłamstw.
Tak, prawda! dodała Hania jak surowy komisarz. Kłamstwa nie zniosę!
Nie zamierzam kłamać, to i tak niezręczne

Wyznanie chłopca zaszokowało nas wszystkich. Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego, co usłyszałem.
Chłopiec nazywał się Maciej Bugaj (pokazał choćby akt urodzenia). Był tylko o dzień starszy od Hani, oboje mieli jedenaście lat. Ojciec zginął na misji w Afganistanie, mama zmarła przy porodzie młodszej siostry. Zostali razem z najstarszą siostrą, Zofią, i jeszcze dwiema dziewczynkami: Nadcią i Marysią. Rodzina była bez bliskich krewnych, groził im dom dziecka. Ale Zofia, choć prawnie jeszcze niepełnoletnia, wywalczyła opiekę nad rodzeństwem.
Maciej dorósł wcześnie, pomagając siostrze wychowywać młodsze dziewczynki musiały razem radzić sobie w świecie. Niedawno zauważył, iż Zofia chodzi przygaszona, smutna, jakby chora. Przestraszył się: gdyby jeszcze ona Okazało się, iż to nie choroba, tylko zakochana bez pamięci, niemal gasła z tęsknoty. I tu cała historia wyszła na jaw.

Jagoda okazało się, iż tym mężczyzną, który skradł serce Zofii, byłem ja Zbigniew Wiśniewski. Pracowałem jako spawacz, od lat byłem sam, wychowując dwie córki po tym, jak żona uciekła za granicę z kimś innym, gdy dziewczynki były małe. Czasem, z racji własnego doświadczenia, zatrzymywałem się na rzecz kolejnego dziecka, któremu trzeba było pomóc, nim trafi do rodziny czy domu dziecka.
Maciej wymyślił plan: przebrał się za bezdomnego, by dostać się do mojego domu, przebadać, jak żyjemy ja i moje córki. Był jedynym mężczyzną w rodzinie i czuł się odpowiedzialny za siostrę.

Bardzo mi się z wami spodobało. Jagodo, Haniu, jesteście cudowne. Proszę pana, panie Zbigniewie, proszę, przyjmijcie moją siostrę, Zofię, za żonę. Nie pożałujecie. Jest dobra i kochająca, jak mama Bała się sama to powiedzieć, bo nie chciała was wystraszyć tym, iż ma pod opieką młodsze siostry
Tsss, nie przesadzaj! zbeształa go Hania. Jak możesz mówić kupa dzieci? Wychowanie ci potrzeba!
Tato, czemu milczysz? Będziemy się oświadczać? obskoczyły mnie dziewczyny, śmiejąc się i przytulając do ramion.
Parsknąłem śmiechem:
Toż to scena jak z komedii, ale od dawna myślę o Zofii Była cudowna Tyle, iż po utracie żony miałem w głowie blokadę, by znów zaufać I jeszcze taka gromadka dzieci, nie każdy się zdecyduje
Ale Zofia już dorosła, tato! dodała Maciej. Ma dwadzieścia trzy lata
To tylko dziesięć lat różnicy, tato! rozpromieniła się Hania. Będziesz dla niej wsparciem, razem damy radę! Pomożemy, no nie, Maciek?
Oczywiście rozpromienił się chłopiec.

Tato, tak? Zgadzamy się! Idziemy zaraz po zaręczyny! wykrzyknęły dziewczyny, ściskając mnie w ramionach.
Tak, ale najpierw musimy spytać Zofię
Ona się zgadza Maciej już stał przy mnie, wyciągnął do mnie rękę Jako jedyny mężczyzna w rodzinie, oddaję panu moją siostrę.
Uścisnąłem mu dłoń z euforią i wzruszeniem, aż oczy zaszkliły się ze łez. Jagoda też chrząknęła noskiem.
Hania tylko mrugnęła do mnie, jakby chciała rozwiać nastrój:
A ty się śmiałeś, tato, rano! Nie wierzyłeś, a tu proszę i przyjemne spotkanie, i prezent na całe życie cała wielka, kochająca rodzina.
Bo o tym zawsze marzyłeś, tatusiu. I doczekałeś się!

Idź do oryginalnego materiału