Mój mąż miał babcię, panią Janinę. Co lato pakował walizkę i jechał do niej do Piotrkowa Trybunalskiego, bo przecież u babci to zawsze tak jakoś lepiej. Janina nie miała z tym najmniejszego problemu wręcz przeciwnie: prowadziła swój własny, drobny interes. Sama wszystko zorganizowała: przygotowywała mieszanki ziołowe i wciskała je aptekarzom z całego regionu. Mąż do dzisiaj nie wie, jak wyglądały jej księgi rachunkowe, ale pamięta jedno jak na tamte czasy, babcia obracała taką ilością złotych, iż niejeden prezes banku zielony by był z zazdrości.
Z charakteru była jednak nie do podrobienia. Syna swojej córki kochała jak Reksia parówkę nie szczędziła mu na pierogi z jagodami i mleko z miodem, ale za nic w świecie nie dawała choćby złotówki na kino ani lemoniadę. Cała rodzina myślała, iż odkłada na jakieś wielkie marzenie albo wręcz drugi Pałac Kultury. Po domu Janiny walały się za to ogromne szafy z szufladkami przypominającymi kantorek filatelisty. I, co najlepsze, każda szuflada była zamykana na klucz!
Mąż jeszcze wtedy, jako dzieciak sto razy próbował dowiedzieć się, co w nich trzyma, ale babcia zawsze kwitowała, iż to wszystko do roboty. Minęły lata, Polska się zmieniła wszyscy zaczęli być przedsiębiorcami, a babcia Janina została w tyle. Nie poddawała się jednak łatwo wzięła się za uzdrawianie. Brała ludzi pod skrzydła, leczyła, święciła i odczyniała uroki ale ani grosza za to nie brała. Chodzili do niej najbogatsi piotrkowscy co tam, choćby z Warszawy przyjeżdżali!
Kiedy już podeszła wiekiem i ledwo chodziła, odwiedzaliśmy ją od święta. I wtedy to się człowiek złapał za głowę: babcia w starym swetrze, miska kaszy gryczanej na stole, herbata z jedną łyżeczką cukru. Przywoziliśmy kiełbasę, ciasta, sery; a ona wszystko odstawiała na bok i mówiła, iż ją rozpieszczamy, bo się przyzwyczaiła do tego, co jest.
Gdy babcia w końcu odeszła, dom przepisała mężowi. Pojechaliśmy tam całą rodziną, żeby ogarnąć co i jak ze spadkiem, a tu… w spiżarni stosy puszek, konserw, makaronów po dacie przydatności, jakby ktoś tworzył rezerwę na trzecią wojnę światową. Potem przyszedł czas na słynne szafy i tu rozdziawiliśmy buzie: kolekcje porcelany z PRL-u, płaszcze z niesławnego polskiego welwetu, radia Kasprzak, wózki dziecięce sprzed transformacji cały muzealny asortyment. Wszystko z metką i w ilościach hurtowych!
Po co trzymała grosze w rzeczach, które teraz można rzucić jedynie na olx, żeby się pozbyć? Tego nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem. Ale jak mawiała babcia Janina koń, jaki jest, każdy widzi, a jej na pewno nikt nie przeskoczy.











