To było wiele lat temu, kiedy z mężem wracaliśmy samochodem przez lasy na trasie z Zakopanego do Krakowa. Droga była mokra po popołudniowym deszczu, z radia sączyła się cicho muzyka, a wokół panowała niezwykła cisza. Myśleliśmy już tylko o domu, o ciepłej herbacie i kolacji.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, na asfalt wybiegł potężny niedźwiedź brunatny. Mąż, Janusz, zdołał w ostatniej chwili wcisnąć hamulec. Samochód zatrząsł się, a mi serce zamarło ze strachu. Niedźwiedź zatrzymał się tuż przed maską i stanął dęba, spoglądając na nas przenikliwym wzrokiem. Wyglądał groźnie, był ogromny i wydawało się, iż za chwilę ruszy w naszą stronę.
Nie mrugając choćby okiem, patrzył na nas z uwagą. Potem ruszył powoli w naszym kierunku, z godnością i spokojem. Byłam pewna, iż zrobi jeszcze jeden krok i rzuci się na nas. Drzwi i szyby wcale nie wydawały się już taką przeszkodą dla tego olbrzyma.
Janusz, nie spuszczając zwierza z oka, wrzucił wsteczny bieg i powoli zaczął wycofywać auto. Wiedzieliśmy, iż jeżeli niedźwiedź zdecyduje się zaatakować, kilka możemy zrobić. Byłam sparaliżowana ze strachu i tylko wpatrywałam się w to zwierzę.
Wtedy zdarzyło się coś, czego nikt by się nie spodziewał. Tuż przy drodze, kilka metrów od nas, z hukiem zawaliła się ogromna sosna. Drzewo runęło, łamiąc gałęzie i rozsyłając wokół tumany igliwia. Jeszcze chwila, a całkowicie zmiażdżyłoby nasz samochód. Przez chwilę tylko dziękowaliśmy losowi, iż żyjemy to był prawdziwy cud.
Niedźwiedź, spłoszony nagłym hałasem, rzucił się ku ścianie lasu i błyskawicznie zniknął w gęstwinie. Wokół znowu zapanowała cisza, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
Do dziś, kiedy przypominam sobie tamten dzień, nie mogę przestać się zastanawiać czy niedźwiedź zamierzał nas zaatakować? A może próbował nas ostrzec przed tym, co miało się stać? Może sam wyczuł niebezpieczeństwo? Nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Ale jego spojrzenie pełne dzikości i jakby mądrości zostanie we mnie na zawsze.







