Jan rozchorował się nagle, bez ostrzeżenia.
Pojechał do babci, do wsi Lipówka.
Tam powietrze pachniało ziołami i dzieciństwem.
Leżał na starym łóżku i patrzył na babcię Mariannę Stanisławową.
„Dobrze, iż cię mam, babciu” – szepnął.
„Sam jestem na tym świecie. Może nikomu nie jestem potrzebny?”
„Co ty mówisz, Janie, oszalałeś?!” – zawołała babcia, klaszcząc w dłonie.
„Taki przystojny mężczyzna, a niepotrzebny?”
„Każda samotna kobieta uznałaby cię za skarb!”
„Leż, odpoczywaj, a ja pobiegnę do sąsiadki po lipowy miód.”
Marianna Stanisławowa wyszła, kiwając głową.
Jan zamknął oczy i zapadł w niespokojny sen.
Drzwi skrzypnęły, usłyszał lekkie kroki.
„Babciu, to ty?” – zapytał, gwałtownie siadając.
Nie wierzył własnym oczom.
Wrócił myślami do podróży do Lipówki.
Ostatnie lata poświęcił opiece nad babcią.
Rodzice byli zawsze zajęci.
Ojciec pracował w zakładzie, matka całe dnie spędzała w ogrodzie.
Do babci zaglądali rzadko, raz w miesiącu.
„Ja mam najwięcej czasu” – mówił Jan z uśmiechem.
„Rodziny jeszcze nie założyłem, choć mam trzydzieści siedem lat.”
„Babcia cię uwielbia” – odpowiadała matka.
„Wie, iż przywieziesz zakupy i pomożesz w gospodarstwie.”
„Kocham ją” – wspominał Jan.
„W dzieciństwie biegałem tu każde wakacje.”
„Potem wojsko, praca, zarobki. Czas oddać dług.”
„A kiedy się ożenisz, Janku?” – pytała matka.
„Najwyższa pora na dzieci, bo zostaniesz sam.”
Jan jechał polną drogą, myśląc o młodości.
W sąsiedniej wsi Brzezina kochał dziewczynę imieniem Kinga.
Była cicha, miała wyraziste oczy.
Ich letnie randki pełne były czułości.
„Szkoda, iż to się skończyło” – westchnął.
„Poszedłem do wojska, a ona miała już kogoś innego.”
„Ech, Kinga…”
Na poboczu zauważył dziewczynę łapiącą stopa.
Zwolnił i zatrzymał samochód.
„Podwieziecie do Brzeziny?” – spytała, odgarniając grzywkę.
„Wsiadaj” – odpowiedział.
W drodze patrzył na nią ukradkiem.
Coś w jej twarzy wydawało się znajome.
„Miejscowa jesteś, czy w gościnie?” – zapytał.
„Do domu jadę. Zdałam egzaminy do szkoły medycznej.”
„Mama czeka, choć lato na wsi to ciągła praca.”
Uśmiechnęła się, a Jan poczuł chłód w środku.
Ten uśmiech był identyczny jak u Kingi.
„Nie jesteś przypadkiem córką Kingi?” – zapytał ostrożnie.
„Jestem Kamila Nowak. Mama z domu Kinga Kowalczyk.”
„Ach, no tak” – powiedział, czując walenie serca.
„O twoją mamę pytałem przez przypadek.”
„Znaliście moją mamę?” – zdziwiła się Kamila.
„Widziałem ją kiedyś” – odpowiedział wymijająco.
Zauważył na jej policzku pieprzyk, identyczny jak jego.
„Ile masz lat, studentko?” – spytał swobodnie.
„Za niedługo osiemnaście, choć wyglądam młodziej.”
„To minie” – odparł, zatrzymując samochód.
„Pewnie podobna do mamy?”
„Raczej do ojca” – powiedziała poważnie.
„Tylko jego los był smutny. Zmarł, gdy miałam dziesięć lat.”
„Teraz jesteśmy z mamą we dwie.”
„Szczęście gwałtownie przemija…”
Pomachała ręką i poszła w stronę domu.
Jan długo patrzył za nią, opierając się o kierownicę.
Babcia od razu zauważyła jego zmartwienie.
„Co się stało, Janie? Może herbaty z malinami?”
„Nie, babciu, wszystko w porządku.”
„A gdzie nasz stary album ze zdjęciami?” – spytał nagle.
„W kredensie, na werandzie. A co takiego?”
„Zachciało mi się wspomnień” – odpowiedział.
Usiedli razem, przeglądając stare zdjęcia.
Babcia opowiadała o sąsiadach i rodzinie.
Gdy Jan wspomniał o Kindze, Marianna Stanisławowa westchnęła.
„Po twoim wyjeździe gwałtownie wyszła za mąż za Józka.”
„Kochał ją, a ty mało nie zrujnowałeś im wesela.”
„Zawsze byłeś ulubieńcem dziewczyn.”
„Kiedy w końcu się ożenisz, przystojniaku?”
„A jej mąż, mówią, iż umarł?” – spytał ostrożnie Jan.
„Dawno temu. Wielka strata…”
Babcia spojrzała na niego uważnie i wyszła do kuchni.
Cały dzień Jan nie mógł znaleźć sobie miejsca.
Dziewczyna z drogi nie schodziła mu z myśli.
Pieprzyk, uśmiech, wiek – wszystko się zgadzało.
Czy mogła być jego córką?
Serce ściskało się na myśl, iż Kinga ukryła prawdę.
Winił siebie, iż wtedy nie walczył o nią.
Następna część czeka.










