… ale wczorajszy entuzjazm dziś wymagał pozytywnej reakcji na poranne pienie budzika. Otworzyłem więc powiekę – najpierw jedną, dość gwałtownie drugą. Obie równie gwałtownie opadły. Wszak to czas sierpniowy, letni, wakacyjny.
Pociąg jednak nie będzie czekał, a wybrałem sobie taki optymalny czas odjazdu, żeby spokojnie wstać, wyszykować się, zjeść śniadanie i pieszo udać się na dworzec PKP. No, tym razem musiałem jeszcze kupić bilet w kasie, ale istniała szansa, iż na dworcu nie będzie tłumów.
Droga do uli
I nie było. Do kasy dostałem się bez problemu. Na szczęście miałem lekki zapas czasowy. Pociąg miał stać na peronie czwartym. Okazało się, zgodnie z intuicją, którą miałem, iż peron czwarty należy do tych nieco oddalonych od stacji. Trzeba więc było podreptać, zgodnie z komunikatem na tablicy informacyjnej, co najmniej dwieście metrów.
Dobrze, iż tym razem nie musiałem biec, żeby nie powiedzieć: lecieć z wywieszonym językiem – i ustanawiać życiówki na dwieście metrów z przeszkodami. Akurat na stacji PKP stosunkowo często widzimy takie przypadki, różniące się tylko dystansem biegu, no i szansami na ostateczny sukces – dobiegnięcie w porę co najmniej do tych ostatnich drzwi składu.
W Swarzędzu byłem pierwszy raz od bardzo dawna. Nowoczesny dworzec zrobił na mnie pozytywne wrażenie, w ogóle – dość tu nowocześnie. Nowe osiedla, hotel, sklepy i wreszcie na horyzoncie – kawałek lasu. Tak, to musi być tutaj…
Muzeum Pszczelarstwa im. prof. R. Kosteckiego
W 1963 roku powstał tu skansen, który od 1999 roku jest oddziałem Muzeum Narodowego Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie. Wymagało to (jego powstanie) – jak zwykle – zaangażowania pasjonatów tematu, konieczności przekonywania różnych dygnitarzy, a później: udowadniania, iż to nie fanaberia, ale poważny element naszego dziedzictwa narodowego. Mamy w dziedzinie pszczelarstwa swoich wybitnych przedstawicieli, którzy wnieśli istotny wkład w rozwój tej dziedziny, nie tylko na niwie krajowej.
I tę całą wiedzę, dziedzictwo właśnie, poszczególne etapy rozwoju – choćby konstrukcji samego ula – można prześledzić tutaj. Warto z tego skorzystać. W ogóle, wiele mówi się aktualnie o zapylaczach. O naszej roli w ich stopniowym unicestwianiu, a więc radosnym podcinaniu gałęzi, na której siedzimy.

fot. Dawid Tatarkiewicz
Owady pracują dla nas na co dzień i od święta, z czego nie zdajemy sobie zwykle sprawy. Czasem mam wrażenie, iż owady wiedzą o tym lepiej, niż my sami. Do naszej świadomości dociera to dopiero wtedy, gdy zapylaczy zaczyna brakować. Wtedy pojawia się problem, bo nasze życie w znacznym stopniu zależy od tego, czy dany gatunek owada będzie w stanie przeprowadzić proces zapylenia. Tu nie chodzi już „tylko” o miód, ale o to, czy zawiążą się owoce przeróżnych roślin.
Oczywiście, są pasjonaci technologii, którzy wieszczą, iż w razie czego w zapylaniu pomogą nam drony. Miła to perspektywa, równie miła, jak puszczanie ptasich głosów z głośników w parku. Osobiście wolę oryginalne wykonania, bo tylko oryginał daje gwarancję, iż wszystkie odwieczne procesy naturalne będą przebiegać w sposób niezakłócony, umożliwiając i nam dalszą egzystencję. Warto to w końcu zrozumieć i przyjąć do wiadomości. Nazwa gatunkowa: człowiek myślący – zobowiązuje!
Ula-la!
Wszedłem do budynku Muzeum. Wpuścił mnie miły pan, który na wstępie uświadomił mi, iż tak zwane owady użytkowe, to nie tylko pszczoły. Część ekspozycji jest więc poświęcona również jedwabnikom, które mają spore zasługi, choćby w tworzeniu materiałów, z których później powstają różne krzyki – mody oczywiście. Tkaniny (jedwab), przędze, nici…
Rozwój jedwabnictwa to niesamowita, pasjonująca historia rodem z Indii i Chin. Dużo czasu minęło nim tajniki produkcji jedwabiu trafiły do Europy. Dopiero z Włoch dotarły do Francji, która dzięki temu w XVII wieku osiągnęła szczyt rozwoju jedwabnictwa. Zdaje się, iż to właśnie wtedy państwo to zyskało miano stolicy mody światowej i zaczęło wyznaczać trendy w tej dziedzinie?…

fot. Dawid Tatarkiewicz
Niemniej, mam wrażenie, iż to polskie krawcowe w trudnych warunkach PRL-u potrafiły zrobić coś z niczego i to im należy się tytuł kreatorek mody. I tu uwaga natury ogólnej: zacznijmy doceniać swoje dzieła, inaczej trudno, by kto inny je doceniał. W Polsce tymczasem wciąż króluje inny schemat, bardzo wtórny: gdy docenią kogoś/coś za granicą, wówczas i my go/to doceniamy. A może by tak zacząć samemu wyznaczać trendy?
W końcu potrafimy być pracowici jak pszczółki czy mrówki (owady społeczne), wiele osiągnęliśmy pracując własnymi rękoma i nie ma powodu, by tego nie zauważać. To, iż teraz Polska wygląda tak, jak wygląda, to efekt pracy wszystkich pokoleń, począwszy od tych, których reprezentanci heroicznie oddawali życie za wolność – byśmy teraz mogli pracować na swoim kawałku ziemi ojczystej. Do takich wniosków doprowadziły mnie pszczoły i ich codzienna praca.
A są przecież jeszcze trzmiele, które – niepoprawnie – nazywamy bąkami (to inna grupa owadów). A i wśród ptaków są takie gatunki jak bąk i bączek. Takie to bogactwo gatunków i ich nazw występuje w tej naszej polskiej przyrodzie. Mam więc o czym pisać!
Wracając do Muzeum – tu również panuje niesamowite bogactwo: uli tu jak w ulu, po prostu pełno. Nie wiedziałem, iż są aż tak różnorodne. Warto je zobaczyć i uśmiechnąć się, gdyż niektóre są naprawdę bardzo interesujące formalnie. Chyba największe, wprost ogromne wrażenie zrobiła na mnie, wyrzeźbiona przez Aleksandra Berwida, „Łowiczanka”. Ula-la! – ul ten może budzić respekt przed kobiecą siłą. Ale to już zupełnie inna historia.








