13 lipca 2005
Dzisiaj znów wróciły do mnie wspomnienia z mojego ślubu, bo trudno to nazwać wymarzonym dniem. Gdy miałam 19 lat, zaszłam w ciążę z Łukaszem, szkolnym kolegą, z którym tworzyliśmy parę od trzech lat. Choć wcale nie marzyłam o zamążpójściu, przeświadczenie, iż moje dziecko nie powinno dorastać bez ojca, zwyciężyło nad resztą uczuć. Czułam się przyciśnięta do muru.
Łukasz był ode mnie starszy o dwa lata, ale mimo wieku okazał się bardziej chłopcem niż mężczyzną uzależniony od matki, włóczył się za nią krok w krok, ale nie uciekł przed odpowiedzialnością. Zgodził się wziąć ślub. Zaczęliśmy więc mizernie planować przyszłość.
Moja mama trochę się wtedy rozkleiła, ale prawdziwą reżyserką została przyszła teściowa pani Grażyna oraz ciocia Krysia. To one zdecydowały o wszystkim. Dla mnie najważniejsze było dziecko, tymczasem one ekscytowały się gośćmi, menu i salą weselną w Lublinie, na którą wydano majątek pewnie kilkanaście tysięcy złotych! Boli mnie, gdy o tym pomyślę; za to mogłabym przygotować cały wyprawkę dla synka. Moje zdanie pominęły zupełnie. To one wybrały restaurację pod miastem, zamówiły suknię z kryształkami, która mnie krępowała i od początku nie pasowała do mojej osobowości.
Kiedy poszłam na przymiarkę, miałam łzy w oczach. Wyglądałam jak beza i czułam się obco w tej roli. Oczywiście, gdy zaprotestowałam, usłyszałam, iż jestem niewdzięczna i nie mam wyczucia. Próbowałam nie zwracać na to uwagi; bardziej martwiły mnie egzaminy do matury i zbliżający się termin porodu.
W końcu w dniu ślubu przyjechałam do Urzędu Stanu Cywilnego w prostej, wygodnej białej sukience, którą sama wybrałam tydzień wcześniej za skromne pieniądze w centrum handlowym. Właśnie wtedy wybuchła mała awantura.
Wszyscy byli pewni, iż przyjmę nazwisko Łukasza i choćby przez myśl im nie przeszło, iż mogłabym chcieć inaczej. Tylko przyszły mąż o tym wiedział i wzruszył ramionami, bo jemu to było naprawdę obojętne. Za to Grażyna prawie eksplodowała na środku urzędu, pełna dramatyzmu:
Jak możesz nie przyjąć naszego nazwiska? Co ludzie powiedzą?!
Zdystansowałam się i postanowiłam nie wdawać się w dyskusję. Przede mną było jeszcze wesele w rodzinnej wsi Łukasza z całą jego rodziną przy jednym stole. Musiałam oszczędzać siły. Już wtedy miałam przeczucie, iż to wszystko nie przetrwa.
I nie przetrwało. Nasze małżeństwo trwało trzy i pół roku. Łukasz co weekend okupował komputer, a moje prośby spływały po nim jak po kaczce. Ani mąż, ani ojciec. W końcu, gdy Filip miał dwa lata, zabrałam siebie i syna, spakowałam kilka rzeczy i wyjechałam do taty.
Nie było łatwo, ale z każdym dniem oddychałam pełniej. A Grażyna? Nigdy mi tego nie wybaczyła. Jednak dzisiaj czuję się swobodnie i jestem z siebie dumna. Dobrze, iż w końcu postawiłam na swoim.








