„Jak to, iż nie pozwalacie nam wejść? Przecież to my wam sprzedaliśmy mieszkanie. Mamy prawo zostać tutaj przez tydzień” – powiedzieli byli właściciele.

newskey24.com 2 tygodni temu

Przeprowadziliśmy się ze wsi do miasta w 1975 roku. Kupiliśmy wtedy dom na rozstaju dróg, na obrzeżach Poznania. Ale czekała nas tam zadziwiająca niespodzianka taka zupełnie we śnie, jakby świat nagle zamienił się miejscami.

Jak to wtedy bywało na wsi, wszyscy byli gotowi pomagać sąsiadom moi rodzice nie byli wyjątkiem. Zgodzili się, gdy poprzedni właściciele poprosili, czy mogą zostać w naszym już nowym domu jeszcze przez kilka tygodni, póki nie załatwią formalności. Wszystko brzmiało zwyczajnie, ale przecież we śnie nigdy nic nie jest dokładnie takie, jak się wydaje.

Ci państwo mieli ogromnego, złowrogiego psa, o oczach jak dwa zimne guziki na śniegowym bałwanie. Nie chcieliśmy wpuścić tego psa do środka, bo warczał na nas jakby od zawsze znał nasze najgłębsze lęki. To właśnie ten pies śni mi się do dziś jego obecność unosiła się nad domem jak para z gorących kluch.

Mijał tydzień, drugi tydzień, zaraz trzeci, a dawni właściciele śnili swoje dni, śpiąc do południa, prawie nie wychodząc z domu, jakby byli gospodarami tej przestrzeni snu. Najbardziej przykuwała uwagę matka poprzedniego właściciela, która zachowywała się, jakby cały dom był dalej jej.

Rodzice wiele razy przypominali im o umowie, ale każdego dnia ich wyprowadzka rozpływała się jak poranna mgła.

Każdego ranka wypuszczali swojego psa na podwórze. Na podwórku ślady łap mieszały się ze śladami deszczu na błotnistej ziemi, a moje siostry bały się wychodzić na zewnątrz, bo pies szczerzył zęby na wszystko, co się ruszało. Rodzice błagali, by nie wypuszczali bestii na wolność. Ale gdy tylko ojciec wychodził rano do pracy, a siostry do szkoły pies znowu królował na podwórku, jakby był strażnikiem snu.

Ale to właśnie ten pies, zwany przez wszystkich Bestią spod Poznania, pomógł tacie wygonić nieproszonych gości.

Pewnego dnia moja młodsza siostra, Bogusława, wróciła wcześniej ze szkoły. Nie pamiętając o psie, od razu otworzyła furtkę i nagle czarna Bestia runęła na nią z taką furią, iż tylko dzięki grubej, wełnianej pelerynie uszytej przez babcię pies nie zrobił jej większej krzywdy. Ucierpiała tylko peleryna. Pies został złapany i przykuty do płotu. Oczywiście winą obarczyli siostrę przecież śnisz to, co wygodnie śnić.

Wieczorem wszystko zaczęło się dziać w zwolnionym tempie, jak w krzywym zwierciadle. Tata wrócił z pracy szybciej niż zwykle, choćby nie zdążył zdjąć starego palta, gdy już wynosił przez próg matkę byłego właściciela w kapciach i z wałkiem do ciasta pod pachą. Zaraz za nią wybiegła jej córka z mężem, również w popłochu, klucze w dłoni dzwoniły nieskładnie. Wszystkie ich rzeczy poduszki, tobołki, koce i stare książki wyleciały przez płot prosto w kałuże i rozmokniętą ziemię. Tak się śni rzut przez płot w Poznaniu.

Próbowali jeszcze naszczuć psa na tatę, ale Bestia spojrzała tylko spode łba, machnęła ogonem, zawinęła się w kojcu i udawała, iż jej nie ma. Najchytrzejszy pies bywa lojalny tylko wobec snu.

Godzinę później ich świat był już za furtką drzwi zamknięte, dom nasz, a przed płotem stali ze swoim psem i workiem pierogów. Zostali tylko poza ogrodem, z nadzieją, iż kiedyś uda się wrócić przynajmniej w snach. Pies siedział spokojnie, patrząc w noc, a dom w końcu pachniał naszym snem.

Idź do oryginalnego materiału