Jak Tarnów ubierał Amerykę i Zinedine’a Zidane’a

ikc.pl 53 minut temu

Były czasy, kiedy nie starczało wolnych wagonów kolejowych, żeby zamówioną produkcję wywieźć do odbiorców z republik ZSRR. Zlecenia docierały każdego dnia – zresztą z różnych zakątków świata, z państw o różnych ustrojach i obyczajach, ze Wschodu i Zachodu. Spółdzielnia Pracy „Tarnowska Odzież” miała swój złoty okres. Ale potem działo się już różnie, raz lepiej, raz gorzej, ostatnio już tylko źle. Zakład nie doczekał choćby uroczystych obchodów jubileuszu 80-lecia istnienia, bo właśnie pakował się do wyprowadzki i odejścia. Na zawsze.

Dzisiaj na dawnym budynku spółdzielni zachowały się jeszcze stare szyldy upadłej spółdzielni pracy, która miała tutaj także swój sklep firmowy. Budynek jest wystawiony na sprzedaż w ofercie KNC Nieruchomości.

REKLAMA – OFERTA SPRZEDAŻY BUDYNKU W CENTRUM TARNOWA

Spółdzielnia Pracy „Tarnowska Odzież” powstała w 1945 roku (pierwotna nazwa: Powszechna Spółdzielnia Odzieżowa), gdy władza ludowa doszła do wniosku, iż w mieście i okolicy trzeba coś zrobić z nadwyżką kobiecych rąk do pracy. Wtedy w Tarnowie, znanym dotychczas z wielkich zakładów azotowych, zaczął rozwijać się przemysł lekki, który miał tu wcześniejsze bogate tradycje.

W tamtym trudnym okresie spółdzielnię stworzyli ludzie z niezwykłą energią i zapałem. Pierwszymi członkami zarządu byli: Andrzej Mierzwa i Emil Nędzowski. Pierwsza rada nadzorcza to: Tadeusz Bogacz, Tadeusz Capała, Franciszek Gonet, Idzi Migała, Piotr Semla i Andrzej Wenc.

Spółdzielnia odzieżowa z Tarnowa od początku słynęła z eksportu. Od 1951 r. garnitury, spodnie, żakiety, garsonki szły do NRD, Mongolii i przede wszystkim do Związku Radzieckiego. W Brześciu nad Bugiem, na Białorusi, funkcjonowała główna baza, stamtąd tarnowskie wyroby trafiały do najbardziej odległych republik ZSRR. W najlepszych latach tygodniowo wysyłano tam po dwa wagony wyrobów, łącznie po 12 tys. sztuk garniturów.

Maszyna ważniejsza od garnituru

Rozpad rynku wschodniego na początku lat 90. przeżyła cała branża odzieżowa w Polsce. Tylko z tego powodu wiele zakładów gwałtownie zbankrutowało. Co gorsza, na upadek dawnego rynku radzieckiego nałożyło się ubożenie społeczeństwa, któremu po 1989 r. przyszło żyć w radykalnie reformowanym pod względem ustrojowym i gospodarczym kraju. Nastąpiła zmiana preferencji nabywczych klienta: pierwszorzędne znaczenie zaczęła mieć cena, a nie jakość. Znanym krajowym markom, jak Vistula, Bytom, Cora czy Próchnik, zaczęli wchodzić w drogę producenci taniej odzieży z Dalekiego Wschodu.

„Tarnowska Odzież” też musiała się jakoś ratować. Poszła drogą dość dobrze znaną innym producentom. Droga ta w języku branży nazywa się eksportem przerobowym, czyli jest to szycie odzieży na zlecenie z powierzonych materiałów. Zagraniczny kontrahent kupuje siłę roboczą, wysokiej jakości usługę. Sam dba nie tylko o surowiec, ale i o reklamę oraz o sieć dystrybucyjną. O to, o co cała rzecz się rozbija, a na co takich producentów jak „TO” wciąż było nie stać.

Dlatego w tamtych czasach na stronach internetowych „Tarnowskiej Odzieży” reklamowano przede wszystkim… maszyny. Najwięcej można było się dowiedzieć o systemach przygotowania produkcji, liniach szwalniczych, nowoczesnych automatach do wszywania kieszeni, szycia rękawów czy imitacji ściegu manualnego. Garnitury, marynarki, spodnie? To naprawdę drugorzędna sprawa.

W 2004 roku Marian Świątek, ówczesny prezes „Tarnowskiej Odzieży”, w rozmowie z „Dziennikiem Polskim” mówił:

– Chodzi o to, by kontrahenci dowiedzieli się, na jakich automatach się tutaj pracuje i na jaką jakość można liczyć. Reszta jest drugoplanowa, gdyż uszyje się wszystko, co zlecą oni. I w taki sposób, w jaki sobie zażyczą. A więc maszyny są najważniejsze. Bez nich ani rusz. Automaty mamy naprawdę dobre, najnowszej generacji. Kiedy euro było tanie, kupowaliśmy je bez wahania, jakby przewidując nadejście gorszych czasów. Dwa lata temu za jedną maszynę do ozdobnego ściegu płaciliśmy 160 tys. zł. Ścieg jest modny we Francji, Niemczech, trochę już w USA. Kiedy w telewizji zobaczyłem czeską wytwórnię odzieży, która chce dać zatrudnienie polskim szwaczkom, przypomniałem sobie, iż u nas też były takie maszyny, ale ze 20 lat temu.

Metka powie ci prawdę

Ludzie i maszyny. Dzięki nim przez ponad dwie dekady spółdzielnia z Tarnowa ubierała znaczną część Ameryki. Przysłużył się temu tylko jeden hurtownik, stały, wierny odbiorca.

Prezes Świątek chwalił się reporterowi: – W ciągu tego czasu ubraliśmy kilka stanów USA. O, tu na ścianie mamy dyplom od J.SA Bank dla Wearwolf Group, LTD, zleceniodawcy „Tarnowskiej Odzieży”, dyplom, który jest formą podziękowania dla najlepszego dostawcy w branży odzieżowej w 2002 roku. J.SA Bank to bardzo prestiżowa sieć, firma powstała w Stanach w 1905 roku, rocznie sprzedaje do 1 mln garniturów produkowanych przez cały niemal świat. Wyróżnienie dla naszego amerykańskiego pośrednika i dla nas jest dowodem na to, iż w ramach sieci J.SA Bank dwa lata temu wykosiliśmy całą konkurencję.

Co roku do samych tylko Stanów Zjednoczonych wędrowało 100-160 tys. garniturów. Za przyczyną pośredników towar trafiał również do innych znanych sieci handlowych, jak np. J. Crew czy Macys Men’s Store. Spółdzielcy z Tarnowa odwiedzali stoiska w USA i porównywali. Z tych porównań wychodziło na to, iż odzież męską dla Ameryki szyły zakładziki choćby z jakichś egzotycznych wysp . Tarnowskie garnitury sprzedawane były za 250-500, marynarki za 150-200 USD. To był średni pułap cen, jak na tamte warunki. Obowiązywała tylko metka sieci handlowej, choć dociekliwi klienci odkrywali znak pochodzenia towaru. Na wieszaczkach drobnym drukiem pisano: made in Poland.

Tak to jest z eksportem przerobowym. Dwie strony medalu. Z jednej strony brak kłopotów z zaopatrzeniem, marketingiem, ze zbytem, z zapasami, z zatrudnianiem sztabu projektantów. Wystarczy tylko coś porządnie uszyć pod cudzym szyldem. Z drugiej strony czyhają zagrożenia: duże uzależnienie od odbiorcy zagranicznego, od jego decyzji i oczekiwań. No i rosnące w Polsce koszty pracy. Część zagranicznych firm może się przenieść na tańsze rynki innych krajów, co zauważalne już było kilkanaście lat temu.

W 2003 roku „Tarnowska Odzież”, jako jeden z dwóch największych krajowych dostawców odzieży do Ameryki, została zaproszona do wzięcia udziału w konkursie na najlepszą polską firmę, produkt lub usługę na rynku w USA. Konkursowi patronował Institute of Trade Promotion – USA przy poparciu Polsko-Amerykańskiej Izby Gospodarczej.

Smutny jubileusz

Spółdzielnia realizowała też wiele innych prestiżowych zleceń z zagranicy, choć na skalę znacznie mniejszą niż w przypadku Ameryki. Garnitury, marynarki, żakiety, spódnice brała m.in. prestiżowa, ekskluzywna firma butikowa Ollivier Strelli. Końcem 2003 roku „Tarnowska Odzież” pracowała nad niecodziennym zamówieniem. Szyła komplety garniturów wizytowych dla piłkarzy narodowej reprezentacji Francji. Do Tarnowa przysłano dokładne wymiary, w tym liczącego 185 cm wzrostu sławnego na cały świat Zinedine’a Zidane’a, wówczas zawodnika Realu Madryt, określanego przez znawców futbolu jako drugie wcielenie Platiniego.

Tarnów obszył także – za pośrednictwem firmy U.D.C. – pilotów belgijskich, obsługę samolotów i tamtejszych kolejarzy. Obszyty został firmowy personel firm Mercedes, Audi i Smart. Szwedzką pocztę również ubrała „TO”.

Zakład z Tarnowa przez lata ubierał też ludzi władzy, niezależnie od epoki, w okresie PRL-u i Trzeciej Rzeczypospolitej. Byli to lokalni działacze polityczni, członek Biura Politycznego KC PZPR, ale w nowej epoce także jeden z wicewojewodów małopolskich, komendanci policji i warszawski polityk, którego nazwisko ukazywało się niemal codziennie na łamach najważniejszych gazet. Zarząd spółdzielni nigdy nie zdradził, kim był ów ich stały klient.

Na skutek poważnych przemian gospodarczych na świecie, które nasiliły się w ostatnich latach – wraz z rosnącą konkurencją z Azji – „Tarnowska Odzież” zaczynała podupadać. Liczba zamówień zaczęła gwałtownie spadać; zakład, w którym w przeszłości, zwłaszcza w latach 60., pracowało na dwie zmiany choćby do 640 osób, na koniec zatrudniał już 80-90. Narastały też straty operacyjne liczone w milionach złotych, w listopadzie 2025 roku rozpoczęła się likwidacja zakładu, który od początku swoją siedzibę miał przy ul. Nowy Świat. Tam, gdzie w latach międzywojennych dobrze prosperował zakład konfekcyjny braci Braunów.

Wiesław Ziobro

Tradycje przemysłu odzieżowego w Tarnowie sięgają głęboko w przeszłość, początkowo związane były głównie z prywatnymi zakładami krawieckimi i szwalniami należącymi przede wszystkim do właścicieli żydowskich. Już od XIX wieku Tarnów stawał się największym producentem konfekcji na ziemiach polskich, w późniejszym okresie renomę zapewniała mu produkcja drogich, luksusowych skórzanych garniturów, wysyłanych głównie na południe Europy. W okresie międzywojennym znana była np. fabryka konfekcji braci Braunów. Po wojnie, obok powstałej w 1945 roku Powszechnej Spółdzielni Odzieżowej (późniejszej SP „Tarnowska Odzież”), funkcjonowała też Spółdzielnia Pracy „Tarkonfex” reprezentująca tę samą branżę. Upadła w 2011 roku, a jej dawne hale produkcyjne zachowały się jeszcze w rejonie ul. Bema. Wcześniej zamknięto też szwalnię należącą do filii Domów Towarowych Centrum w Warszawie, która znajdowała się na piętrze kamienicy przy ul. Krakowskiej 12. Po ponad 40 latach działalności zamknięte zostało również znane prywatne przedsiębiorstwo odzieżowe „Zarywscy” (m.in. odzież specjalistyczna), które czynne było przy ul. Ochronek. Przy ul. Brodzińskiego przez wiele lat funkcjonowała szkoła zawodowa i technikum odzieżowe (obecnie ZSOiT im. Jana Szczepanika).

Idź do oryginalnego materiału