JAK PTAK NA WABIK
Dziewczyny, za mąż wychodzi się raz na całe życie. Do ostatniego tchu powinno się być z ukochanym człowiekiem, a nie wiecznie błąkać po świecie, szukając swojej drugiej połówki. Bo można zostać takim nadgryzionym jabłkiem. Żonaty facet to tabu choćby nie próbujcie się w to pakować. Powiecie może: trochę poflirtuję i się rozstaniemy Ale to prosta droga do zguby. Kogoś ominie szczęście, kogoś spali żal.
Moi rodzice są razem już pięćdziesiąt lat. Dla mnie to żywy przykład, z którego czerpię wzorce. Obiecałam sobie znajdę swojego człowieka i będę go bronić jak najcenniejszego skarbu. Takie mądre rzeczy do głowy wkładała mi babcia. Nigdy jej nie wątpiłam.
Koleżanki śmiały się wtedy: Nie rozśmieszaj nas, Lucynka! Jeszcze ci się spodoba żonaty, zobaczymy wtedy, jak łatwo odpuścisz.
Ale nie opowiedziałam dziewczynom o tym, iż mama zanim wyszła za mąż, urodziła moją starszą siostrę Basię i nie wiadomo, kto był ojcem. To była plama na honorze w całej naszej wsi. Pięć lat później ja się urodziłam, już w małżeństwie. Tata zakochał się w mamie bez pamięci i razem przeszli przez całe życie. Musieliśmy wyjechać z rodzinnej wsi przez tamten wstyd. Dlatego od młodości miałam zakodowane żadnych nieślubnych romansów i dzieci.
Życie napisało własny scenariusz
Nigdy nie czułam z Basią bliskości zawsze jej się wydawało, iż rodzice mnie bardziej kochają, mnie faworyzują. Zazdrość, rywalizacja, kto przyciągnie więcej rodzinnego ciepła, aż śmieszne
Z Markiem poznałam się na potańcówce w klubie on kadet, ja pielęgniarka. Na parkiecie od razu zaiskrzyło. Po miesiącu byliśmy już po ślubie. Byłam szczęśliwa tak bardzo, iż chodziłam za Markiem jak ptak na wabik.
Po ukończeniu przez Marka szkoły oficerskiej, przydzielono go do jednostki daleko od rodzinnego domu. Tam się przeprowadziliśmy. gwałtownie zaczęły się sprzeczki, różnice zdań, nieporozumienia. Nie było się komu wygadać, przytulić mama została w innym kraju.
Urodziła się nasza Terenia. Lata dziewięćdziesiąte wszystko się wali. Marek odszedł z wojska, zaczął więcej pić Najpierw żałowałam go, pocieszałam: Wytrzymaj, damy radę, jeszcze się poukłada.
Mąż mi odpowiadał: Wiem, Lucynka, iż źle robię, ale nie umiem przestać. Z alkoholem wszystko wydaje się prostsze.
A potem całymi dniami, tygodniami znikał z domu. Jednego razu wrócił po przeszło miesiącu, z dumą położył na stole walizkę pełną pieniędzy.
Skąd to masz? zapytałam, już przeczuwając kłopoty.
Co za różnica, Lucynka? Bierz, wydawaj. Jeszcze przywiozę odpowiedział dumnie.
Walizkę schowałam żeby jej nie kusił los. Nie ruszyłam ani złotówki. I znów wyparował, pół roku go nie było. Gdy wrócił wynędzniały, wychudzony, z pustką w oczach.
Lucyna, zdejmuj złote pierścionki. Muszę spłacić poważny dług patrzył na mnie spod brwi jak obcy człowiek.
Żartujesz? To rodzinne pamiątki, nie oddam ich nikomu!
Co się z tobą dzieje, Marek? krzyknęłam Przypominam, masz rodzinę!
Nie krzycz, nie czas na to! Ale możesz mi pomóc, żono? podszedł bliżej. Z trwogą przyniosłam mu walizkę:
Bierz swoje bogactwo, ja z Tereską damy sobie radę.
Ty ruszałaś te pieniądze? spytał.
Ani grosza. To nie dla nas.
I tak to za mało westchnął. Dobra Coś wymyślę.
Tego wieczoru podarował mi namiętną noc, jakby chciał mi wynagrodzić wszystko. Tak bardzo go kochałam, wszystko wybaczałam. Rano zbierał się w kolejną podróż.
Na długo? zapytałam, patrząc mu w oczy.
Nie wiem. Czekaj. pocałował mnie i zniknął.
Czekałam rok, dwa
W szpitalu zauważył mnie lekarz Piotr. Był żonaty. To mnie powstrzymywało. Czułam się jak zawieszona między niebem a ziemią ani męża, ani rozwodu, żadnego listu, żadnego znaku.
Zbliżał się Nowy Rok wokół świąteczna gorączka, zapach pomarańczy i świerku. Dzwonek do drzwi. Marek.
Rzuciłam mu się w ramiona, całowałam z rozpaczą.
Marek, gdzie byłeś tak długo, kochany?!
Spokojnie, Lucyna Słuchaj musimy się gwałtownie rozwieść. Urodził mi się syn. Nie chcę, żeby rósł bez ojca Marek nerwowo przenosił ciężar z nogi na nogę.
Zrobiło mi się słabo. Cała miłość, co kiedyś mnie pchała, przygasła już całkiem. Może tak miało być. Ledwo wzruszyłam brwiami.
Dobrze, Marek. Nie wylejesz przecież już rozlanej wody. Po świętach pójdziemy do sądu. Chcesz zobaczyć Tereskę? Jest u koleżanki. Przyprowadzę, jeżeli tylko poczekasz choć chciałam mu tymi słowami zrobić na złość.
Przepraszam, spieszę się. Przytulę ją innym razem Marek wyszedł.
Innego razu nie było już nigdy. Marek nie zobaczył więcej naszej córki. Ta rozmowa zamknęła wszelkie drzwi. Bliscy stali się dla siebie obcy.
Piotr wyczuł moją samotność i wciągnął mnie w wir uczucia. Wiedziałam, iż jest żonaty i jakoś nie mogłam już stawiać zakazów. Piotr umiał się mną zaopiekować, nie potrafiłam się oprzeć. Nasz romans trwał trzy lata. Zaproponował mi ślub.
Nie, Piotrze, na cudzych łzach nie zbudujemy szczęścia. Idziemy w inne strony dusiło mnie w gardle.
Powstrzymałam się, przeniosłam do innego szpitala z oczu, z serca, chciałam uwierzyć.
Potem pojawił się Wacław. Wychowywał syna. Jego była żona założyła nową rodzinę i zostawiła mu dziecko.
Poznaliśmy się, gdy był moim pacjentem. Rozśmieszał mnie, a śmiechem przekonał mnie do siebie. Jego syn, Pawełek, miał siedem lat, Tereska osiem. Złączył nas los pod szczęśliwą gwiazdą. Wszystko zaczęło się układać, dzieci rosły, dawały nam radość. Z Wackiem nie mamy przed sobą tajemnic, zawsze razem, we wszystkim.
Drugie małżeństwo to mój prawdziwy skarb. Trzymam się Wacka jak oka w głowie jest moim światłem.
Trzydzieści lat razem.
Niedawno Marek zadzwonił do mojej mamy:
Takiej kobiety jak Lucynka już nigdy nie spotkamCzasem rano patrzę na Wacka, jak parzy kawę i ukradkiem głaszcze Pawełka już dorosłego, a on wciąż dla nas jest dzieckiem. Czułość, jaką czuję, to wdzięczność za drugą szansę, zupełnie jakby ktoś z góry wysłał mnie na nową drogę.
Tereska przyjeżdża z wnuczką i świat znów kręci się głośno, radośnie. Dzieci bawią się przed domem, a ja śmieję się razem z nimi, ciesząc każdą chwilą. Basia od lat układa ze mną puzzle życia znów jesteśmy siostrami, bez cienia dawnych żalów.
Często powtarzam dziewczynom: szczęście naprawdę czasem przychodzi nie wtedy, gdy czekasz, ale gdy się już poddałaś. Najtrudniej w życiu nauczyć się puszczać pozwolić odejść tym, których kochasz mimo wszystko. Za to przynosi to światło dla tych, którzy naprawdę na ciebie czekają.
I już wiem, iż nigdy nie zostanę nadgryzionym jabłkiem. Bo człowiek jest silny tak długo, jak długo umie znów zaufać i śmiać się, choćby jeżeli nie raz płakał. Trzymam Wacka za rękę i myślę: jeszcze chce mi się żyć, kochać, śmiać i czekać na jutro. Jak ptak na wabik nigdy nie wiadomo, kiedy usłyszysz ten najpiękniejszy śpiew.







