Jak okiełznać męża? Opowieść o Natalii, pięciu kocurach i nowym początku po ciężkiej chorobie w pols…

polregion.pl 22 godzin temu

Poskromić męża. Opowieść

Dziękuję za wsparcie, wszystkie polubienia, życzliwość, komentarze i subskrypcje, a także OGROMNE podziękowania za donacje ode mnie i moich pięciu kocurów.
Jeśli podoba Wam się ta historia, udostępnijcie ją w mediach społecznościowych to również sprawia euforia autorowi!

Po pobycie w szpitalu Zofia czuła się już lepiej i chciała wrócić od rana do swoich codziennych obowiązków.

Jednak gdy tylko się obudziła, ogarnął ją nieoczekiwany, wewnętrzny bunt.

Jej mąż, Marek, już krzątał się po pokoju, rozgrzewając stawy.

Z natury był bardzo aktywny i choćby na emeryturze nie porzucił swoich przyzwyczajeń. Każdy dzień rozpoczynał od zestawu ćwiczeń na bolące stawy.

Zofia najpierw zawsze śpieszyła się do kotki Marysi, żeby wyczyścić jej kuwetę.

Potem karmiła ukochaną puszystą kotkę Marysię i wiernego psa Łobuzika, sprzątała ślady nocnych najazdów czworonogów w przedpokoju i kuchni. Zaraz potem wyprowadzała Łobuzika na pierwszy poranny spacer.

Za dnia i wieczorem wychodzili razem z Markiem, rozkoszując się ciszą parkowych alejek. Ale o poranku, gdy mąż dbał o swoje zdrowie, Zofia musiała ogarnąć mnóstwo spraw.

Po spacerze przygotowywała ich prosty, tradycyjny śniadanie twaróg z miodem i suszonymi owocami, na zmianę z plackami serowymi albo jajecznicą lub jajkami na miękko.

Zofia traktowała tę poranną krzątaninę jak swoją własną gimnastykę, choć lekarze w szpitalu przekonywali ją, iż żadne domowe obowiązki nie zastąpią prawdziwych ćwiczeń.

Marek po wykonanych ćwiczeniach ścielił pościel, niejednokrotnie narzekając, iż to nie męska robota i iż wszystkie domowe sprawy spadają na niego. Dwa razy w tygodniu nastawiał pranie, odkurzał podłogę, czasem z niezadowoleniem zwracając uwagę, iż Zofia, jak zwykle, nie ogarnęła wszystkiego jak należy.

I na koniec zmywał po śniadaniu, czując się przez to ogromnie pomocny.

Po śniadaniu Zofia przygotowywała obiad, a potem siadała przy komputerze.

Na emeryturze dorabiała sobie trochę, by nie musieć oglądać każdej złotówki.

Marek uważał jej zajęcia za śmieszne, a chęć kupowania nowych rzeczy za niepotrzebne wydatki. Przecież ich szafy są pełne ubrań!

Zwykle Zofia ustępowała mężowi, nie przeciwstawiała się.

Była obojętna na modę, zwłaszcza, iż Marek wciąż powtarzał, jaka jest piękna w porównaniu do ich rówieśniczek. Nie protestowała też, gdy mąż kupował już trzecią wiertarkę, lub inne rzeczy według własnego uznania, właśnie za jej śmieszne zarobki.

Gdy jednak niespodziewanie zachorowała, wszystko się nagle zmieniło. choćby ona sama się tego przestraszyła…

Lądowała w szpitalu, bo zemdlała w drodze do sklepu.

Lekarze nie dowierzali, iż była jeszcze w stanie samodzielnie chodzić, gdy zobaczyli jej wyniki były fatalne.

Nawet Marek mocno się przestraszył, gdy zobaczył ją bladą pod kroplówką, gdy wpuszczono go do żony. Ledwie dawał sobie radę w domu, zdziwiony, ile jest codziennej roboty.

Niecierpliwie czekał na powrót ukochanej żony do domu. Naprawdę bardzo ją kochał i martwił się o nią…

Przez pierwsze dni po powrocie jeszcze dużo leżała, jak zalecali lekarze. Marek opiekował się nią, co chwilę dopytując:

No Zosiu, już Ci lepiej? Jeszcze nie do końca? A wyglądasz dobrze, nie jesteś już taka blada jak wtedy.

I żartował:

Nie wyleguj się za długo, bo zapomnisz jak się chodzi leżenie też przecież szkodzi. Już czas wrócić do zwykłego trybu życia…

Zgodziła się z jego słowami, ale nie ze wszystkimi. Rano, gdy się obudziła, nie miała wcale ochoty rzucać się w wir domowych obowiązków.

Spojrzała na Marka, który z wielkim skupieniem ćwiczył swoje stawy, oczywiście oczekując, iż i Zofia weźmie się już za swoje sprawy.

I pierwszy raz od dawna nie zobaczyła w nim zatroskanego męża, ale człowieka, który choćby nieświadomie znów próbuje włożyć na nią zbyt wielki ciężar.

Poczuła wewnętrzny sprzeciw!

Przypomniała sobie wtedy słowa lekarki, które brzmiały w jej głowie jak dzwon.

Nie myśli Pani o sobie, i do tego przyzwyczaiła Pani męża.
Jemu się wydaje, iż wszystko przychodzi Pani łatwo i iż Pani się nigdy nie męczy.
Bo się Pani uśmiecha i nie narzeka, prawda?
A do szpitala przywieziono Panią z ostrą niedokrwistością, wyniki były trzy razy poniżej normy. Chce Pani naprawdę żyć?

Wtedy w szpitalu od razu podłączyli jej kroplówkę, a potem pięć razy przetaczali krew, dopóki wyniki nie wróciły do normy.

To był jej pierwszy raz, kiedy miała transfuzję krwi, i Zofia, patrząc na przezroczystą rurkę wpuszczaną do żyły, myślała:

Niesamowite, pięć osób podarowało mi swoją krew. Oni uratowali mi życie. Teraz mam w sobie coś obcego, ciekawe, czy mnie to zmieni?

I wygląda, iż nie były to przypadkowe myśli.

Po powrocie ze szpitala Zofia z zaskoczeniem odkryła, iż nie ma ochoty już tak bezmyślnie usługiwać mężowi.

Tak, kochała Marka, on ją też. choćby jeżeli narzekał, to robił więcej, niż wielu innych facetów. Ale wciąż wyolbrzymiał swoje zasługi, umniejszając jej wysiłki.

Zofia dawniej patrzyła na to pobłażliwie jest przecież dobra z natury. Ale coś się w niej nagle przełamało.

Nagle poczuła ochotę, by zadbać o siebie i stare pasje. Może na przykład pograć na pianinie, które zbierało już dawno kurz i nikt nie wiedział, co z nim począć, albo czymś zupełnie nowym, czego jeszcze nie odkryła.

Wstała i zamyślona zaczęła przy Marku ćwiczyć ćwiczenia. Mąż nie wytrzymał i ze zdziwieniem zauważył:

Ciebie tam nie przeleczyli za bardzo? Teraz na starość chcesz dbać o siebie, Zosiu? Przecież świetnie wyglądasz, lepiej nakarm kota z psem i szykuj śniadanie, głód nie poczeka.

Lekarka mi kazała odpowiedziała Zofia, a w jej głosie zabrzmiała nietypowa dla Marka stanowczość Powiedziała, iż inaczej długo nie pociągnę. Ty co, na moją śmierć liczysz?

Zobaczyła, jak mąż osłupiał na jej szczerość. Ale chyba uznał, iż to jej przejdzie pewnie tak szpital na nią wpłynął. Nie zaczął choćby narzekać, gdy po rozgrzewce Zofia zarządziła:

Teraz karmię Marysię i Łobuzika, a Ty idziesz na spacer z psem. Ja w tym czasie ogarnę śniadanie, będzie szybciej…

Sama się zaskoczyła, jak prędko Marek przystał na jej propozycję. W środku czuła dziwne rozdarcie.

Tak jakby pojawiła się w niej nowa siła, a raczej pięć nowych sił, które mówiły jej, iż ma prawo na przykład wyrzucić stare ubrania i kupić nowe za własne, uczciwie zarobione pieniądze.

Mówiły, iż powinna ćwiczyć, by być sprawna, a nie rozlazła, i jeszcze grać na instrumentach.

Zliczyła pięć nowych postanowień, i ze zdumieniem uświadomiła sobie:

Przecież miałam pięć transfuzji, od pięciu osób. Może ta siła i odwaga, by podjąć nowe decyzje, przyszła od nich? Słyszałam, iż przy przeszczepach przenoszą się czasem upodobania lub talenty. Wielu ludzi po poważnych operacjach zyskiwało talenty, o których u nich nigdy nie było śladu.

Gdy patrzyła na Marka, jej wzrok nie zdradzał już uległości. Pojawiła się za to pewność siebie, nie tylko dzięki słowom lekarki, ale też temu dziwnemu, namacalnemu przypływowi energii.

Widziała, jak mąż próbuje zrozumieć, co się dzieje, jak jego sprawdzony świat w którym Zosia była cicho, usłużna i wygodna zaczyna się chwiać.

Wiesz co, Marek powiedziała już bez obaw, co powie chyba wiem, czemu zawsze Ci się wydawało, iż nic nie robię. Po prostu nie widziałeś. Nie widziałeś mojego wysiłku, zmęczenia, jak się staram, żeby Tobie było dobrze.

Ale od dzisiaj będziesz widział. Więc się nie zdziw, jak wyrzucę stare sukienki i płaszcze, kupię nowe. I będę grała na pianinie, śmiałeś się, iż mam dyplom, a gram tylko Marsz kota i Cygańskie tango? To posłuchaj…

Otworzyła klapę pianina, położyła palce na klawiszach i zagrała coś pięknego, zapomnianego a bardzo znajomego.

Marek patrzył na nią z zachwytem, po czym szepnął:

Zosiu, jak Ty to robisz, przecież tego nie umiałaś? Ty się zmieniłaś.

Na jego twarzy widać było pomieszanie zdumienia i chyba choćby lekkiego strachu.

Był przyzwyczajony do jednej Zofii, a przed nim stała inna. Silniejsza, bardziej zdecydowana. Ta zmiana wydawała mu się niepojęta i nieco niepokojąca.

Zofia się uśmiechnęła.

To nie był już stary, przepraszający uśmiech, ale szczery, pełen oczekiwania. Czuła, jak w jej wnętrzu rozpala się ogień, podsycany pięcioma nowymi iskrami życia. I ten ogień nie pozwoli jej po prostu przetrwać on dawał szansę naprawdę żyć.

Odtąd zamierzała żyć pełnią z miejscem na siebie, na własne pragnienia. Może choćby na nową, dojrzalszą miłość do męża, opartą na wzajemnym szacunku, a nie na poświęceniu.

Nie wiedziała, kim byli ci ofiarodawcy pięć osób, których krew w niej teraz płynęła ale musieli być silni i pełni pasji.

Nie tylko ocalili jej życie, ale sprawili, iż ono nabrało teraz prawdziwego sensu i szczęścia.

Marek patrzył na Zofię z podziwem.

Mówią przecież, iż nie warto pytać, dlaczego przydarza nam się choroba czy inne trudności. Ważniejsze jest, po co się dzieją byśmy zrozumieli, iż życie jest piękne.

Piękna jest i wiosna, i zima, i plucha, i mróz. Każdy dzień jest cudem, zarówno pierwszy, jak i ostatni promień słońca.

Liczą się uśmiechy bliskich, ich wsparcie, ich słabości bo wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi…

A jeżeli mąż zaczyna narzekać i marudzić, czasem trzeba go postawić do pionu. Może wtedy przypomni sobie, co znaczy być mężczyzną…

Dopóki możemy, żyjmy odważnie i doceniajmy wszystko, co nam dane inaczej nie wolno…

Idź do oryginalnego materiału