Jak mój teść nauczył mnie liczyć kroki

newsempire24.com 3 dni temu

Lusterko na kiju

Nazywam się Dariusz, mam czterdzieści trzy lata i prowadzę warsztat lakierniczy na obrzeżach Radomia, przy ulicy Wyścigowej, tam gdzie kiedyś były pola, a teraz stoją hale blaszane jedna za drugą. Teściowa nazywała mnie „tym z pazurami", bo zawsze wracałem do domu z farbą pod paznokciami, nieważne ile razy mydłem szorowałem. To była jej metoda – drobna uszczypliwość, uśmiech, i dalej przy swoim.

Z Hanną, moją żoną, jesteśmy po szesnastu latach. Jej ojciec, Zenon, miał siedemdziesiąt jeden lat i cukrzycę od prawie dwudziestu. Mieszkał sam w bloku na Górnej, trzy przystanki od nas, odkąd jego żona umarła. Raz w tygodniu, we wtorki, zawoziłem mu zakupy – chleb, twaróg, te jego ulubione ciastka owsiane z dyskontu, bo insulinę i tak miał rozpisaną co do grama przez lekarkę z poradni.

Zenon nie lubił, kiedy się nad nim rozczulano. Kiedy pytałem, jak się czuje, odpowiadał zawsze to samo: „Chodzę, to znaczy żyję". I rzeczywiście chodził – codziennie, do kiosku po gazetę, potem do parku koło kościoła, gdzie siadał na tej samej ławce i gapił się na gołębie. Ja to widziałem inaczej. Widziałem, iż od pewnego czasu stawia stopy jakoś inaczej, bardziej płasko, jakby sprawdzał grunt przed każdym krokiem. Mówiłem Hannie, iż to mi się nie podoba. Ona machała ręką – tata zawsze taki był, uparty, nie będzie się teraz nagle skarżył.

To ja zauważyłem skarpetkę. Przyjechałem we wtorek z zakupami, Zenon akurat zdejmował buty w przedpokoju, i zobaczyłem na prawej skarpecie ciemną plamę, zaschniętą, wielkości pięciozłotówki. Zapytałem, co to. Powiedział, iż pewnie but go gdzieś otarł, nic takiego. Zdjąłem mu skarpetkę siłą, bo się wyrywał, i pod nią była rana na pięcie – głęboka, z brzegami jak wywinięte, bez śladu bólu na jego twarzy, choć dotykałem jej palcem.

Zenon nie czuł tej rany od co najmniej czterech dni.

Zawiozłem go tego samego wieczoru do przychodni na Słowackiego, bez pytania, bez czekania na zapisy przez internet. Lekarka od razu powiedziała to słowo – neuropatia cukrzycowa, uszkodzenie nerwów czuciowych w stopach, typowe przy wieloletniej cukrzycy, zwłaszcza kiedy poziomy cukru skaczą tak jak u niego ostatnio. Rana wymagała czyszczenia i antybiotyku, bo gdyby poczekał jeszcze tydzień, mówiła o amputacji, nie owijając w bawełnę.

Teściowej już nie było, kto mógłby mu to wszystko powtarzać, więc zostało na mnie. I tu zaczęła się ta część, której nikt mi nie opowiadał, kiedy się żenił z jego córką – iż będę siedział na brzegu wanny w jego łazience z lusterkiem na kiju, bo tak łatwiej zobaczyć spód stopy, i codziennie oglądał mu pięty, jakby to było coś normalnego między teściem a zięciem.

Zenon się wstydził. Mówił, iż nie jestem jego pielęgniarką, iż to nie moja sprawa, iż dożył siedemdziesiątego pierwszego roku życia bez niczyjej pomocy przy skarpetkach. Kiedyś, może trzeci tydzień, kiedy znowu próbowałem obejrzeć mu stopę, odepchnął moją rękę tak mocno, iż lusterko wypadło mi z palców i rozbiło się na kafelkach. Powiedział, żebym się zajął swoim warsztatem, a jego nogami zajmie się on sam, bo chodzi od siedemdziesięciu lat i jakoś żyje.

Nie odpowiedziałem mu wtedy nic. Wyszedłem, kupiłem nowe lusterko w markecie przy Żeromskiego, wróciłem następnego wtorku jak zwykle. Hanna zapytała, czy się pokłóciliśmy. Powiedziałem, iż nie, iż po prostu teraz to będzie tak – co wtorek zakupy, co wtorek stopy, bez pytania o zgodę, bo zgody już raz nie dostałem i druga rana może nie dać mu czasu w kolejną kłótnię.

Pół roku później Zenon sam, bez mojego przypominania, zaczął co wieczór siadać na taborecie w przedpokoju i oglądać stopy przy lampce, odkładając gazetę na bok. Nie mówił o tym nikomu, ale ja wiedziałem, bo raz przyjechałem wcześniej i zastałem go właśnie tak, z nogą podniesioną na kolano drugiej, w okularach, które zwykle nosił tylko do krzyżówek.

Jego diabetolożka z poradni na Słowackiego powiedziała przy ostatniej wizycie, iż cukier ma teraz lepszy niż od lat, iż rana zagoiła się bez powikłań, i iż takie stopy jak u niego, dobrze doglądane, mogą go jeszcze długo nosić do tej ławki pod kościołem. Zenon wysłuchał tego w milczeniu, a potem, już na parkingu, powiedział do mnie coś, czego się nie spodziewałem – iż to dobrze, iż wtedy to lusterko kupiłem drugie, bo pierwsze było tandetne i tak by się rozbiło.

Teraz w każdy wtorek, kiedy przywożę mu zakupy, pierwsze co robi, to zdejmuje but, odkłada gazetę na komodę w przedpokoju i podnosi piętę w moją stronę. Bez słowa. Czysta, zabliźniona skóra, trochę inna faktura niż wokół, ale sucha, bez śladu otarcia. Czeka, aż skinę głową, iż widzę, i wtedy dopiero wchodzi dalej do kuchni rozpakowywać chleb i twaróg.

Idź do oryginalnego materiału