Jak krok po kroku doprowadziliśmy wodę i gaz do domu cioci Katarzyny, wyremontowaliśmy wszystko, a p…

polregion.pl 2 godzin temu

Minęło już wiele lat, odkąd zaczęła się ta historia, a dziś wspominam ją z lekką nostalgią. Moja siedemdziesięcioośmioletnia ciocia Zofia miała dwie siostry: jedną z nich była moja mama Janina. Ciocia Zofia była kobietą niebywałej energii, która przeżyła co najmniej dziesięć małżeństw, ale dzieci nigdy nie miała. Ostatni z jej mężów, pan Marian, odszedł dziesięć lat temu, zostawiając ciocię w starym, wiejskim domu bez żadnych wygód dwa pokoje i wychodek na podwórku.

Pan Marian był człowiekiem, którego wszyscy zapamiętali jako wyjątkowo barwną postać. Często razem z rodziną odwiedzaliśmy ich, pomagając w codziennych sprawach. Młodsza siostra cioci, Ludwika, mieszkała wtedy w dalekiej Szwecji, a kontakt między siostrami ograniczał się do sporadycznych rozmów telefonicznych.

Kiedy ciocia została wdową, coraz częściej trzeba było zaglądać do niej, by pomóc. Z własnej kieszeni kupowaliśmy dla niej węgiel i drewno na zimę, a także pomagaliśmy w ogrodzie sadziliśmy z nią warzywa i porządkowaliśmy rabaty. Od niej nigdy niczego nie wyciągnęliśmy, wręcz przeciwnie, ciągle proponowaliśmy, by zamieszkała z nami w Krakowie. Ona jednak uparcie twierdziła, iż nie nadaje się do miejskiego życia.

Z czasem załatwiliśmy, żeby do jej domu doprowadzono wodę i gaz. Wyremontowaliśmy wnętrza, postawiliśmy prawdziwą łazienkę na podwórku, a choćby wymieniliśmy dach, by zapewnić jej godne warunki do życia na wsi. W podzięce Zofia obiecała, iż przekaże dom naszym dzieciom, kiedy jej zabraknie.

Na każde jej zawołanie jechaliśmy do Jasła, gdzie mieszkała. Aż pewnego dnia okazało się, iż nagle wyjechała do Szwecji, gdzie zamieszkała u Ludwiki. Zaskoczyło nas, iż więź między siostrami, wcześniej chłodna, nagle się zacieśniła. Co z domem? Ciocia rzuciła tylko, by na razie go zostawić.

Zastanawiałam się wtedy, czy może jeszcze wróci. W końcu Ludwika miała swoją rodzinę męża Olgierda i dorosłą córkę Halinę. Wszyscy żyli pod jednym dachem w Göteborgu.

Trzymałyśmy klucze do domu cioci, więc postanowiłam z siostrą pojechać tam w weekend sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Jednak nasz klucz nie pasował do zamka ktoś wymienił wkładkę. Na płocie, białą farbą, widniał wielki napis: Na sprzedaż.

Po powrocie do domu weszłam na polską stronę z nieruchomościami Otodom i od razu znalazłam dom cioci. Zadzwoniłam do pośrednika, który przekazał, iż dom sprzedano za blisko dwieście tysięcy złotych. Byłam tak zła na ciocię, iż choćby do niej nie zadzwoniłam.

Gdyby nie nasza praca i pieniądze włożone w ten dom, pewnie nie byłby wart złamanego grosza. Ciocia zadzwoniła do mnie miesiąc później, oznajmiając, iż dom sprzedała, a pieniądze przekazała swojej siostrzenicy, córce Ludwiki. Teraz, po latach, wciąż wstyd mi patrzeć w oczy mężowi, bo przecież to właśnie nasze oszczędności utopiły się w tym domu.

Idź do oryginalnego materiału