Jacku, nie licz kruków! Historia o tym, jak rudzielec z przystanku autobusowego – pies Jack – przez …

newskey24.com 4 godzin temu

Janek, nie licz wron!

Od kilku dni Janek odmawia jedzenia, które przynosi mu Ludmiła:
No co ty, kochany, to przecież te same kotlety mielone, które kupował ci pan Marek. Na razie nie przyjdzie Nie czekaj na niego Ludmiła rozkłada ręce.

Dziwna scena… Na długim żółtym przystanku wszyscy pracownicy fabryki, którzy czekają na autobus, gromadzą się po jednej stronie.
Druga część przystanku jest pusta, jeżeli nie liczyć rudego, kudłatego psa z kołtuniastą sierścią, który wyleguje się leniwie przed ławką…

Janek ma już prawie cztery lata i życie zna jak własne cztery łapy. Każdy dzień spędza przy przystanku autobusowym obok hotelu robotniczego. Za nim fabryka, dalej pola. Nic interesującego Janek był tam już nieraz.
Jak został Jankiem, sam już nie pamięta. Tak nazwali go studenci z hotelu robotniczego. Żal im było psa włóczęgi, więc dokarmiali go od czasu do czasu. Ale reszta ludzi raczej trzymała się od Janka z daleka.
Nie spojrzy Janek na ciebie żałosnymi oczami. Nie zamacha przyjaźnie ogonem…
Wcale nie jest taki. Choć ma dopiero trzy lata, to zachowuje się jak stary zrzęda, któremu wszystko przeszkadza. Często sam straszy ludzi swoim zrzędliwym charakterem.

Ludzie… Cóż można o nich dobrego powiedzieć? O większości nic! Dwie dziewczyny, które go karmiły, Janek łaskawie nie zaliczał do tej większości.
Nie lubił ludzi ani wron, pogardliwie patrzył na ćwierkające i kąpiące się w kałużach wróble.
Czas szczenięcej, ślepej nadziei, iż każdy człowiek sięga do ciebie, by pogłaskać, minął dawno. I dla Janka też.
W jego psim przekonaniu ludzie, podobnie jak wrony, wydają te same nieprzyjemne dźwięki. Na przystanku zaczynają się kłócić. Przepychają się. Psa odganiają, żeby nie plątał się pod nogami.
Za co ich lubić? choćby nie warto szukać odpowiedzi…

Z wronami jest inna sprawa. Bezczelnie kradną to, co Janek dostaje do jedzenia od mieszkańców hotelu.
Janek pogania ptaki. Wrony odlatują, naradzają się i próbują wracać bez walki się nie poddadzą.
Tak mija dzień. Pospiera się z wronami, policzy te kłótliwe jeszcze kilka z ogonem i przestaną zadzierać nosa; poszczeka na dwunogich…
Na żółtym przystanku żyje się w sumie nie najgorzej. To nie pałac, rzecz jasna, ale przed wiatrem i deszczem zawsze można się skryć. Cień jest w upalne dni. Za dużo tych ludzi…
No proszę, baron się rozłożył! Przejść do ławki nie da! bucior kogoś z tłumu przerywa Jankowi drzemkę.
Janek otwiera oczy. But chce przejść nad jego łapami, ale pan przystanku ma inne plany:
Bij się chcesz? No poczekaj!
Janek natychmiast zrywa się na nogi. Bucior walczy o życie i chce ujść cało, ale wtedy podjeżdża jego autobus.
Najbardziej Janek nie lubi, gdy ludzie wskakują do tych swoich autobusów, o których ciągle gadają na przystanku. Tak już wymknęło mu się wielu winnych.
Chociaż sam but został na przystanku samotny i bez właściciela. Leży bez ruchu.
Dobrze ci tak! stwierdza Janek, zadowolony z wyniku bitwy. Trochę go obrabia zębami z każdej strony, a potem z dumą tacha trofeum za śmietnik.

Basia, odejdź od tego wariata! blondynka odciąga koleżankę.
Wściekły pies, nikomu nie da z nim rady wtóruje facet z papierosem.
Niedopałek ląduje niedaleko Janka. Pies znowu obsztukuje świat głośnym szczekaniem. Mężczyzna klnie i idzie dalej…

*****

Następnego dnia Janek znowu spotyka pana od buta. Tym razem towarzyszy mu inny człowiek.
O! palec buta wycelowany jest w Janka, właściciel trzyma się najdalej jak może. To ta agresywna psina! Zróbcie z nią coś!
Co? ochroniarz wzrusza ramionami. Już nie pierwszy pan z taką skargą. W naszym miasteczku nie ma schroniska ani służb od łapania psów.
But rezygnuje z palca, rozrzuca ręce i zrzędzi jak sroka. Janek podnosi łeb i wsłuchuje się pilnie.
Wreszcie drugi facet także zaczyna narzekać. Janek z satysfakcją patrzy na ludzi. No, czyż nie piękny obrazek?
No ale pan jest ochroniarzem! złości się but, w całym tonie słychać oburzenie.
Janek choćby nie szczeknął. Heh, ludzie w końcu ryczą na siebie to ciekawsze niż bijatyka wron o orzecha!
Właścicielowi buta wydaje się nawet, iż rudy pysk psa się uśmiecha. Niemożliwe! Przywidziało mu się!
Ja pilnuję hotelu, nie przystanku! ochroniarz wraca do portierni, ale jeszcze dodaje: Rzućcie mu kość, to nie będzie przeganiał z przystanku.
Chciał pomóc dobrą radą.
Wielkie dzięki! Może jeszcze pół schabowego mu przytaszczyć ze stołówki? ironizuje mężczyzna i rzuca spojrzenie w stronę Janka: A ty, kundlu, czemu nic nie szczekasz? Pewnie szczęki szkoda? Ty bestio!
Bestia, jakby rozumiejąc, z marszu pomaga facetowi wskoczyć do autobusu tempem sprintera.
Janek ujada za uciekającym autobusem, a rozgniewana twarz pana Marka, tak miał na imię właściciel buta, znika za zaparowaną szybą…

Kolejnego spotkania nie dało się uniknąć. Pan Marek właśnie dostał posadę zastępcy dyrektora ds. produkcji w fabryce.
Wszystko było dla niego nowe. Dopiero co poznawał ludzi. I takie nieudane zderzenie z tym kudłatym łobuzem na przystanku. A samochód wciąż u mechanika… Każdego ranka witał go szczekający wariat. Skąd ta psina się tak go uczepiła?!
Wydaje się, iż od tej pory Janek szczególnie upodobał sobie prześladowanie pana Marka. Reszta ludzi przestaje dla niego istnieć.
Pies czeka, kiedy nadjedzie znajomy autobus i pan Marek stanie na przystanku!

Zmęczony spojrzeniami ludzi z pracy, pan Marek postanawia spróbować rady ochroniarza i kupuje dla Janka kotleta w fabrycznej stołówce.
Jedz rzuca smakołyk na chodnik i czeka, patrząc na psa.
Janek już szykował się odprowadzić buta szczekaniem do autobusu, ale zapach kotleta nie daje mu spokoju…
Kotlety znikają migusiem, aż zostaje po nich tylko zapach na brudnym asfalcie. Janek oblizuje się i patrzy pytająco na człowieka.
Ty patrz na niego! Jeszcze ci mało? Mam żonę, ale kotletów ci nie będę gotować codziennie! Ze stołówki też nie będę ci non-stop przynosić, bo pysk ci pęknie!

*****

Następnego poranka pan Marek jest mocno zdziwiony.
Panie Marku, Janek już pana chyba polubił! Proszę, już nie szczeka! śmieje się sekretarka Ludmiła.
Tak, Ludeczko, już szacunek zdobyłem wypina dumnie pierś pan Marek, a sam kątem oka zerka na Janka.
Od tego dnia rudy, samotny pies powoli przyzwyczaja się do codziennego smakołyku: kotlet pojawia się razem z panem Markiem.
Może jednak nie wszyscy ludzie są aż tak głupi, jak się Janowi wydawało? Może różnią się od wron, które cały poranek kłócą się o błyszczącą nakrętkę?
Dni stają się chłodniejsze… Zima nadciąga miękkim krokiem. Jest ranek, gdy żółty przystanek przykrywa kołderka śniegu. Wraz z pierwszymi płatkami śniegu z pól wieje lodowaty wiatr.
Pan Marek, zgodnie z nową tradycją, wykłada przed nosem Janka kotleta i inne smakołyki.
Trzęsący się pies podchodzi do jedzenia. Jak zwykle, zanim się obejrzy, kotleta już nie ma. Psi nos cały czas czuje ten cudny zapach. Oblizuje się i czeka na więcej.
Pan Marek patrzy na drżący grzbiet psa.
Autobus, panie Marku! Ludmiła łapie go za rękaw, ale on tylko macha ręką.
Ech! woła z żalem pan Marek i wraca do portierni.
Po chwili ręka w czarnej skórzanej rękawiczce głaszcze ostrożnie Janka. Pies patrzy na niego.
Zmarzłeś, łobuzie? Już nie taki wojowniczy. Kładź się na kartonie, choć trochę cieplej będzie Przestawimy tektury na bok tu mniej wieje Masz jeszcze kotleta…

*****

W sobotę pan Marek zostaje w domu. Rabatki przy domu, który kupił na obrzeżach miasta, zniknęły pod grubą warstwą śniegu. Wiatr miota gęstymi płatkami.
Pan Marek smaży jajecznicę z kiełbasą. Zjada śniadanie. Idzie do garażu po szuflę. Rzuca śnieg w prawo i lewo, myślami gdzieś błądzi…

Przerywa na chwilę, patrzy na wirujące płatki śniegu. Pomrukuje coś pod nosem, rzuca łopatę i biegnie z osiedla…
Na przystanku ludzi nie ma. Janek wie bywa, iż prawie nikt nie przyjeżdża. Autobus mimo to podjeżdża, a wysiada niewielu pasażerów.
W takie dni żołądek Janka burczy jeszcze głośniej. Kobiet z hotelu robotniczego też nie widać…
Janek podnosi się. Wie, iż musi jeszcze długo biec, by znaleźć się przy osiedlowym sklepie i blokach. Tam czasem ktoś podrzuci skromny kąsek, jeżeli na przystanku nie było nic do jedzenia.
Janek już zamierza ruszyć z kryjówki, gdy podjeżdża autobus i zatrzymuje się tuż przy nim.
Gdzie się wybierasz? Chcesz zginąć w zadymce?
Pan Marek wykłada przed Jankiem kilka parówek. Pies wcina je, jakby zaraz miały zniknąć.
Kotletów dziś nie mam, stołówka zamknięta trochę się tłumaczy pan Marek. Ale coś jeszcze przyniosłem
Na przystanku pojawia się wielkie pudło z wysłużonym, spranym kocem w środku.
Nic lepszego nie wymyśliłem. Wskakuj, tam cieplej…
Nagle śnieg i lodowaty wiatr dla Janka przestają istnieć. Coś ciepłego rozlewa się w środku. Bardzo przyjemne i zupełnie nowe uczucie.
Janek myśli tylko o jednym: nikt jeszcze nigdy nie przyniósł dla niego takiej rzeczy…

*****

Od kilku dni Janek odmawia jedzenia od Ludmiły.
No co ty, kochany, to przecież te same kotlety mielone, które kupował ci pan Marek. On teraz nie przyjdzie, mocno się rozchorował Nie czekaj Ludmiła rozkłada ręce.

Janek podkulony patrzy na nią smutno.
Za każdym razem zrywa się na łapy, gdy drzwi autobusu się otwierają albo ktoś wychodzi z portierni fabryki. Ale jego nie ma
Janek smętnie kładzie się na swój koc w pudełku. Wrony biją się za przystankiem o kawałek chleba. Każda chce unieść łup do swojej tajnej kryjówki.
Janek patrzy na nie z żalem. Hau! Głupie ptaki! On ma swoją tajną skrytkę dziurę pod przystankiem za śmietnikiem.
Wyskakuje z pudła i rusza do dziury. Nie jest jak te skrzeczące wrony, które wszystko gubią. O, tu bucior. Pamiętał o nim. Kiedyś go nienawidził, a teraz
Co to za uczucie ściska mu serce? Wyciąga but. Gdzie jest pan Marek? Janek już zrozumiał, iż inni mówią na niego jego człowiek.
Ale czy to przyjaciel? Czy można być prawdziwym psem, jeżeli się straciło swojego człowieka?
Janek warczy na wrony. Coś nieznanego się w nim budzi. Koniec! Dość! Już nie zostanie tu z ptakami!
Panie Marku! Panie Marku!
Janek nadstawia uszu i patrzy wyczekująco na dziewczynę z telefonem w dłoni.
Słabo słychać, zaraz wsiadam do autobusu. Wzięłam panu teczkę z dokumentami do podpisu
Ludmiła wsiada do autobusu i choćby nie dostrzega, iż rudy ogon przemyka pod nogami pasażerów

*****

Z nadzieją Janek patrzy na dziewczynę, która jeszcze kilka razy powtarza imię jego człowieka.
Ludmiła ściska szalik pod szyją, wyskakuje z autobusu. Janek za nią, w pysku mocno trzyma czarny but.

Nasrojonemu Janowi poprawia się humor. Jak mógł wcześniej myśleć, iż ten biały puch jest zimny i straszny? Jak przyjemnie skrzypi pod butami Ludmiły!
Ludmiła dzwoni do drzwi, zaraz słychać znajomy głos przy furtce. Pies wybucha głośnym szczekaniem. Ludmiła aż się ślizga ze zdumienia. Teczka leci radośnie w śnieg

Panie Marku, może pan mi najpierw pomoże wstać, zamiast psa ściskać?
Oczy pana Marka płoną łzami. Boże, skąd one się wzięły?
Przyszedłeś do mnie? Do mnie? Jaki prezent mi przyniosłeś! powtarza, mocno przytulając psa jedną ręką, a drugą trzymając but.
Ludmiła oczywiście zostaje podniesiona. I częstowana gorącą herbatą.
Jednego nie rozumiem, panie Marku mówi Ludmiła, patrząc na psa buszującego po kuchni czemu pan wcześniej nie wziął psa do siebie? Przecież dom duży, miejsca pełno
Bałem się wzdycha pan Marek. Długo byłem sam, rozumiesz? Pies to obowiązek. To taka mała rodzina Ale teraz na pewno już go nie oddam. Jak tylko wyzdrowieję, nauczę się robić kotlety
To trzeba panu robić zmasowaną interwencję? śmieje się Ludmiła, kręcąc głową. Dobrze, iż Janek sam do pana przyszedł.
I Ludmiła ukrywa uśmiech, udając, iż pije herbatę…

Idź do oryginalnego materiału