Ja wiem lepiej – Co tu się znowu dzieje? – westchnął zmęczony Darek, kucając przed córką i oglądają…

twojacena.pl 1 dzień temu

Co to znowu jest… Michał zmęczonym gestem kuca przed córką, wpatrując się w różowe plamy na jej policzkach. Znowu…

Czteroletnia Jagoda stoi na środku pokoju, wytrwała i nadzwyczaj poważna jak na swój wiek. Już się przyzwyczaiła do tych domowych kontroli, zmartwionych min rodziców, niekończących się maści i tabletek.

Maria podchodzi, siada wraz z mężem, delikatnie poprawia włosy córki.

Te leki nic nie dają. W ogóle. Jakby wodą poić. A lekarze w przychodni… sama nie wiem. Zmieniali już trzeci raz leczenie, a efekty żadne.

Michał podnosi się, przeciera zmęczoną twarz. Za oknem szarówka, dzień zapowiada się ponuro, jak poprzednie. gwałtownie się zbierają Jagoda w ciepłej kurtce, po trzydziestu minutach siedzi już w mieszkaniu jego mamy.

Halina wzdycha, kiwa głową, gładzi wnuczkę po plecach.

Taka mała, a już tyle leków. To ogromne obciążenie dla organizmu sadza Jagodę na kolanach, a dziewczynka wtula się w babcię jak zwykle. Serce boli, jak patrzę.

Najchętniej byśmy już przestali podawać, Maria siedzi na brzegu kanapy, splecionymi palcami ściska dłonie. Ale alergia nie ustępuje. Usunęliśmy już wszystko. Też bym nie wierzyła. Je tylko najbardziej podstawowe rzeczy, a wysypka ciągle.

A co mówią lekarze?

Nic konkretnego. Nie potrafią zdiagnozować. Badania, testy, a efekt… Maria macha ręką. Taki efekt, na policzkach.

Halina poprawia Jagodzie kołnierzyk.

Może z tego wyrośnie. Dzieci czasem tak mają, iż przechodzi. Ale na razie nie ma na co liczyć.

Michał patrzy na córkę. Chuda, drobna, wielkie oczy, uważne. Głaszcze ją po głowie. Przypominają mu się własne dziecięce lata jak podkradał z kuchni drożdżówki, które mama piekła w soboty, jak prosił o landrynki, jak wyjadał domowe konfitury prosto ze słoika. A jego córka… Gotowane warzywa. Gotowane mięso. Woda. Zero owoców, żadnych słodyczy, żadnej normalnej dziecięcej diety. Cztery lata, a dieta ostrzejsza niż u niejednego chorego na wrzody.

Już nie wiemy, co jeszcze wykluczyć, mówi cicho. W menu już prawie nic nie zostało…

Wracają do domu w milczeniu. Jagoda przysypia na tylnym siedzeniu, Michał tęsknie spogląda w lusterko. Śpi spokojnie. Choć teraz się nie drapie.

Mama dzwoniła, odzywa się Maria. Chciałaby zabrać Jagodę na przyszły weekend. Ma bilety do teatru lalek, chce ją zabrać.

Do teatru? Michał zmienia bieg. Dobry pomysł. Niech się oderwie.

Też tak myślę. Przyda jej się chwila oddechu.

…W sobotę Michał parkuje pod domem teściowej, wyjmuje Jagodę z fotelika. Córa zaspana, przeciera oczka pięściami wczesne poranki jej nie służą. Podnosi ją, Jagoda przytula się do jego szyi, cieplutka, lekka jak wróbelek.

Barbara wybiega na ganek w kwiecistym szlafroku, rozkłada szeroko ręce jakby zobaczyła rozbitka.

Jagódko, moje słoneczko! ściska ją mocno do piersi. Jaka blada, wychudzona. W końcu ją zniszczyliście tymi dietami, zabieracie euforia dziecku…

Michał chowa ręce do kieszeni, czuje narastające zdenerwowanie. Znowu to samo.

Robimy to dla jej dobra. Nie dla przyjemności, rozumiesz przecież.

Jakie dobro? teściowa marszczy usta, popatruje na wnuczkę, jakby była ofiarą obozu. Sama skóra i kości. Dziecko musi rosnąć, a wy głodzicie.

Barbara niesie Jagodę do domu, choćby się nie ogląda drzwi cicho się zamykają. Michał zostaje na ganku. Coś go uwiera, jeszcze nieuświadomiona myśl. Przeciera czoło, zostaje chwilę, wsłuchując się w ciszę obcego podwórka. Wreszcie macha ręką i wraca do samochodu.

Weekend bez dziecka to dziwne, niemal zapomniane uczucie. W sobotę z Marią jadą do Auchan, pchają wózek, kupują zapasy na tydzień.

W domu Michał przez trzy godziny naprawia cieknący kran w łazience. Maria przegląda szafy, układa stare rzeczy do worków, które trafią na śmietnik. Codzienne obowiązki, ale bez dziecięcego gwaru mieszkanie wydaje się jakieś puste, obce.

Wieczorem zamawiają pizzę z mozzarellą i bazylią, którą Jagodzie nie wolno jeść. Otwierają butelkę czerwonego wina. Siedzą w kuchni, rozmawiają o wszystkim i niczym jak kiedyś, dawno temu. O pracy, planach na urlop, o remoncie, który ciągle nie może się skończyć.

Jak dobrze… szepcze Maria, zaraz gryzie się w wargę. Znaczy No, wiesz. Po prostu cicho. Spokojnie.

Rozumiem Michał kładzie dłoń na jej dłoni. Sam też tęsknię. Ale odpoczynek się przyda.

W niedzielę jedzie po Jagodę, tuż przed wieczorem. Słońce zachodzi, zalewa ulice pomarańczowym blaskiem. Dom teściowej chowa się za starymi jabłoniami, w iście magicznym świetle.

Michał wysiada, otwiera furtkę skrzypi i zamiera.

Na ganku siedzi Jagoda. Obok na schodku Barbara, pochylona, uśmiechnięta, promienna. W ręku trzyma drożdżówkę, dużą, rumianą, błyszczącą od masła. Jagoda ją żuje z apetytem. Cała twarz w cieście, broda w okruchach, a oczy rozpromienione szczęściem, jakich nie widział u niej od miesięcy.

Przez kilka sekund Michał tylko patrzy. Potem przez niego przepływa fala gorąca i złości.

Podbiega, w trzech krokach jest przy nich, wyrywa drożdżówkę z rąk teściowej.

Co to ma być?!

Barbara drży, cofa się, twarz zalewa czerwienią.

Barbara macha rękami, próbuje bagatelizować gniew.

To tylko kawałeczek, odrobinka! Nic jej nie będzie, drożdżówka przecież…

Michał już jej nie słucha. Bierze Jagodę na ręce córa wystraszona, chwyta się jego kurtki. Sadzi ją w foteliku, zapina pasy. Ręce drżą ze złości. Jagoda patrzy szerokimi oczami, drżą jej usta zaraz się rozpłacze.

Wszystko w porządku, Jagódko, gładzi ją po głowie, starając się brzmieć spokojnie. Posiedź tu chwilkę. Tata zaraz wróci.

Zamyka drzwi i wraca pod dom. Barbara dalej na progu, szarpie szlafrok nerwowo.

Michał, nie rozumiesz…

Nie rozumiem?! staje dwa kroki od niej, gniew go zalewa. Pół roku! Pół roku próbowaliśmy dowiedzieć się, co jest z Jagodą nie tak! Badania, testy na alergie wiesz, ile to kosztowało? Ile nerwów, ile nieprzespanych nocy?!

Barbara cofa się ku drzwiom.

Przecież chciałam dobrze…

Dobrze?! Michał podchodzi bliżej. Trzymaliśmy ją na wodzie i gotowanym kurczaku! Usunęliśmy z diety wszystko, co możliwe! A wy tu po kryjomu karmicie ją smażonymi drożdżówkami?!

Chciałam jej wzmocnić odporność! teściowa nagle prostuje się. Po trochu dawałam, żeby organizm się przyzwyczaił. Jeszcze chwila i by przeszło, dzięki mnie! Ja wiem, co robię, trójkę dzieci wychowałam!

Michał patrzy na nią obco. Kobieta, którą znosił dla spokoju rodziny zatruwała jego dziecko, z przekonaniem, iż wie lepiej niż lekarze.

Trójka dzieci… powtarza cicho, Barbara blednie. Ale Jagoda to nie twoja córka, tylko moja. I więcej jej nie zobaczysz.

Co?! chwyta się poręczy. Nie masz prawa!

Mam.

Odwraca się, wraca do samochodu. Za plecami słyszy krzyk. Ale Michał nie patrzy, siada za kierownicą, odpala auto. W lusterku widzi Barbarę wybiegła na podwórko, wymachuje rękami. Dodaje gazu.

W domu Maria czeka w przedpokoju. Widzi twarz męża, zapłakaną córkę już nic nie trzeba tłumaczyć.

Co się stało?

Michał opowiada, zwięźle i rzeczowo złość już z siebie wylał. Maria słucha w milczeniu, twarz jej twardnieje z każdą chwilą. Sięga po telefon.

Mamo. Tak, Michał mi powiedział. Jak mogłaś?!

Michał bierze Jagodę do łazienki zmyć resztki drożdżówki i łez z twarzy. Przez drzwi słychać głos Marii, stanowczy, obcy. Obserwuje swoją matkę jak nigdy. Na końcu wybrzmiewa mocne: Dopóki nie będzie jasne, co z alergią Jagody nie zobaczysz!

Mijają dwa miesiące…

Rodzinne niedziele u Haliny stały się tradycją. Dziś na stole upoładowy tort: biszkopt z kremem i truskawkami. Jagoda zajada go sama, wielką łyżką, cała w kremie. Na policzkach ani śladu wysypki.

Kto by pomyślał… Halina kręci głową. Olej słonecznikowy. Taka rzadka alergia…

Lekarz mówił, iż na tysiąc przypadków, Maria smaruje bułkę masłem. Gdy tylko wykluczyliśmy olej słonecznikowy i przerzuciliśmy się na oliwę po dwóch tygodniach wysypka zniknęła.

Michał patrzy na córkę. Różowe policzki, błyszczące oczy, krem na nosie. Szczęśliwe dziecko, w końcu może jeść normalnie ciasta, ciasteczka, wszystko, byle bez oleju słonecznikowego. Okazało się, iż to całkiem sporo.

Z Barbarą panuje chłód. Teściowa dzwoni, przeprasza, płacze do słuchawki. Maria rozmawia sucho, krótko. Michał nie rozmawia wcale.

Jagoda sięga po kolejną porcję tortu, a Halina przesuwa jej talerzyk.

Jedz, kochanie. Smacznego.

Michał opiera się na krześle. Za oknem pada, w domu ciepło, pachnie wypiekami. Jego córka wyzdrowiała. Reszta nie ma już znaczenia.

Idź do oryginalnego materiału