Ja wiem lepiej – Co się znowu dzieje… – westchnął zmęczony Darek, kucając przed córeczką i z niep…

twojacena.pl 2 dni temu

No i co znowu… zmęczony przysiadłem przed córką, przyglądając się różowym plamkom na jej policzkach. Znów…

Czteroletnia Jagoda stała pośrodku pokoju, cierpliwa i niezwykle poważna jak na swój wiek. Już przyzwyczaiła się do tych wszystkich oględzin, do zmartwionych min rodziców, do maści, tabletek i wiecznie powtarzających się zakazów.

Ewa podeszła, usiadła obok mnie. Jej palce delikatnie odgarnęły pasmo włosów z twarzy córki.

Te leki nic nie dają. Zupełnie. Jakby wodą popijała. A lekarze w przychodni… naprawdę nie wiem, kto tam pracuje. Już trzeci raz zmieniają dawkowanie, a efektów zero.

Wstałem, potarłem nasadę nosa. Za oknem szarówka, dzień zapowiadał się dokładnie tak samo bezbarwnie, jak poprzedni. gwałtownie się zebraliśmy otuliliśmy Jagodę w ciepłą kurtkę i po pół godzinie siedzieliśmy już w mieszkaniu mojej mamy.

Pani Elżbieta lamentowała, kiwając głową i głaszcząc wnuczkę po plecach.

Taka mała, a już tyle chemii. Organizm przecież ledwo sobie radzi, posadziła Jagodę na kolanach, a dziewczynka jak zwykle wtuliła się w babcię. Serce się kraje.

Przecież gdyby można było nie dawać tych leków… Ale alergia nie ustępuje. Wszystko z domu usunęliśmy, naprawdę wszystko. Je tylko najprostsze produkty… i dalej wysypka. Ewa siedziała na skraju kanapy, splatając mocno dłonie.

I co mówią lekarze?

Nic konkretnego. Nie potrafią znaleźć przyczyny. Badania, testy… A efekt wiem sam. Plamy na policzkach.

Elżbieta westchnęła, poprawiła Jagodzie kołnierzyk.

Może wyrośnie, dzieciom czasem przechodzi. Póki co jednak… no, ciężko.

Patrzyłem na córkę. Malutka, chudziutka, wielkie czujne oczy. Pogładziłem jej włosy i nagle coś mnie zakłuło na wspomnienie własnego dzieciństwa jak podkradałem z kuchni drożdżówki, których mama piekła w soboty, jak błagałem o cukierki i jak uwielbiałem jeść konfitury prosto z słoika. A moja córka… Gotowane warzywa. Gotowane mięso. Woda. Ani owoców, ani słodyczy, ani tej prawdziwej dziecięcej euforii jedzenia. Cztery lata a dieta restrykcyjniejsza niż u większości chorych na wrzody.

Już nie wiemy, co jeszcze można wykluczyć, wymamrotałem. W jadłospisie… prawie nic już nie ma.

Wracaliśmy do domu w ciszy. Jagoda zasnęła na tylnym siedzeniu, ja raz po raz zerkałem na nią w lusterku. Spała spokojnie. Przynajmniej nie drapała się teraz.

Mama dzwoniła, odezwała się Ewa. Zaprasza Jagodę w przyszły weekend. Ma bilety do teatru lalek, chce zabrać wnuczkę.

Do teatru? zmieniłem bieg. Bardzo dobrze. Niech się rozerwie.

Też tak pomyślałam. Pełna zmiana dobrze jej zrobi.

W sobotę zaparkowałem przed domem teściowej, wyciągnąłem Jagodę z fotelika. Córka zaspana, przecierała oczy piąstkami wcześnie ją obudziliśmy, była niewyspana. Podniosłem ją na ręce, od razu wtuliła się w moją szyję, ciepła i lekka jak wróbelek.

Halina Nowak wyłoniła się na ganek w wielobarwnym szlafroku, rozłożyła ręce jakby zobaczyła rozbitka na bezludnej wyspie.

Jagódko moja, słoneczko! zabrała wnuczkę, przytuliła do siebie. Taka blada, taka chuda. Policzków nie ma wcale. Zamęczyliście ją tymi dietami, dziecko wam zanika!

Wsadziłem ręce do kieszeni, powstrzymując gniew. Zawsze to samo…

Wszystko robimy dla jej dobra. Nie z luksusu, sami rozumiecie.

Jakie dobro?! teściowa zacisnęła usta, patrząc na wnuczkę jakby wróciła z obozu koncentracyjnego. Sama skóra i kości. Dziecko rosnąć powinno, a wy głodzicie!

Zabrała Jagodę do środka, choćby nie obejrzała się za mną. Drzwi zamknęły się cicho. Zostałem sam na ganku. Coś utkwiło mi w głowie, jakaś myśl próbowała się przebić, ale znikała. Potarłem czoło, postałem jeszcze minutę, wsłuchując się w ciszę obcego podwórka. Potem machnąłem ręką i wróciłem do auta.

Bez dziecka weekend był dziwnie pusty. W sobotę z Ewą pojechaliśmy do centrum handlowego, woziliśmy koszyk pomiędzy półkami, kupowaliśmy jedzenie na cały tydzień.

W domu, przez trzy godziny zmagałem się z cieknącym kranem w łazience. Ewa sortowała rzeczy w szafach, pakowała stare ubrania do worków na śmieci. Zwykła krzątanina, ale bez głosu córki mieszkanie wydawało się nie do końca adekwatne, za ciche.

Wieczorem zamówiliśmy pizzę z mozzarellą i bazylią tej, której Jagoda nie mogła jeść. Otworzyliśmy butelkę czerwonego wina. Siedzieliśmy w kuchni, rozmawialiśmy o niczym jak nie rozmawialiśmy od dawna. O pracy, o wakacjach, o remoncie, który od miesięcy nie możemy skończyć.

Jakie to miłe, Ewa przerwała nagle, zaraz przygryzła wargę. Chodzi mi o to… po prostu spokojnie.

Wiem o co chodzi, kładę dłoń na jej ręce. Też tęsknię. Ale trochę odpoczynku nam nie zaszkodzi.

W niedzielę odebrałem córkę dopiero pod wieczór. Słońce właśnie zachodziło, zalewało ulice gęstym pomarańczowym światłem. Dom teściowej skryty za starymi jabłoniami. W tym zachodzie wyglądał prawie na przyjazne miejsce.

Wysiadłem z auta, pchnąłem furtkę zawiasy głośno zapiszczały i zatrzymałem się w pół kroku.

Na ganku siedziała moja córka. Obojętnie obok niej Halina Nowak, pochylona z wyrazem błogiego szczęścia na twarzy. W rękach trzymała drożdżówkę dużą, rumianą, ociekającą tłuszczem. A Jagoda ją jadła. Policzkami umazana, na brodzie okruchy, a w oczach szczęście, którego nie widziałem u niej od dawna.

Przez chwilę tylko patrzyłem. Potem coś gorącego, dzikiego wezbrało mi w piersiach.

Podbiegłem w kilku krokach, wyrwałem drożdżówkę z rąk teściowej.

Co to ma być?!

Halina Nowak aż się wzdrygnęła, cofnęła. Twarz poczerwieniała jej od szyi po włosy.

Machnęła rękami, jakby chciała odpędzić mój gniew.

To tylko kawałeczek! Nic jej nie będzie, drożdżówka to nie trucizna…

Nie słuchałem. Podniosłem Jagodę zamarła ze strachu, ścisnęła moją kurtkę zaniosłem do samochodu. Usiadła w foteliku, zapiąłem pasy. Palce drżały mi z nerwów. Jagoda patrzyła wielkimi oczami, usta jej zadrżały, zaraz miała się rozpłakać.

Wszystko w porządku, skarbie, pogładziłem ją po głowie, starałem się mówić łagodnie. Poczekaj tu chwilkę, zaraz wrócę.

Trzasnąłem drzwiami i wróciłem do domu. Teściowa stała na ganku, mięła brzeg szlafroka twarz w plamach.

Krzysiek, posłuchaj mnie…
Posłuchać? stanąłem dwa kroki od niej, całkiem się ze mnie wylało. Pół roku! Pół roku nie wiedzieliśmy, co się dzieje z naszą córką! Badania, testy alergiczne wiesz, ile to wszystko kosztowało? Ile nerwów, ile nieprzespanych nocy?!

Halina Nowak cofnęła się do drzwi.

Ja chciałam dobrze…

Dobrze?! podszedłem jeszcze bliżej. My przez pół roku trzymaliśmy ją na wodzie i gotowanym kurczaku! Wszystko wykluczone, co tylko mogło szkodzić! A pani po cichu daje jej smażone drożdżówki?!

Chciałam jej wyrobić odporność! nagle nabrała śmiałości, uniosła głowę. Po trochu dawałam, żeby się przyzwyczaiła. Jeszcze trochę, dzięki mnie przeszłoby wszystko! Ja wiem, co robię, troje dzieci wychowałam!

Patrzyłem na nią i nie poznawałem. Ta kobieta, którą tyle lat tolerowałem dla żony, dla spokoju rodziny truła moje dziecko. Celowo, z przekonaniem iż wie lepiej od lekarzy.

Troje dzieci, powtórzyłem szeptem, Halina pobladła. Ale każde jest inne. Jagoda to nie pani córka, tylko moja. Więcej jej pani nie zobaczy.

Co?! złapała się poręczy. Nie masz prawa!

Mam.

Odwróciłem się do samochodu. Za mną rozległy się krzyki. Nie oglądałem się. Wsiadłem, odpaliłem silnik. W lusterku rozmazana postać teściowej, wybiegła za furtkę, wymachiwała rękami. Przycisnąłem gaz.

W domu Ewa już czekała w przedpokoju. Wystarczyło jedno spojrzenie na moje napięte oblicze i zapłakaną córkę wiedziała wszystko.

Co się stało?

Szybko i chłodno wszystko opowiedziałem emocje wyparowały już przy jej domu. Ewa słuchała w milczeniu, z każdą minutą twardniała jej twarz. Potem sięgnęła po telefon.

Mamo. Tak, wiem już. Naprawdę? Jak mogłaś?!

Zabrałem Jagodę do łazienki trzeba było zmyć resztki drożdżówki i łzy z policzków. Za drzwiami dobiegał głos Ewy, ostry i obcy. Pierwszy raz słyszałem, żeby tak rozmawiała z matką. Na końcu wyraźne: Dopóki nie rozwiążemy sprawy alergii Jagody nie zobaczysz.

Minęły dwa miesiące…

Niedzielny obiad u Elżbiety stał się już naszą małą tradycją. Dziś na stole stało ciasto: biszkopt z kremem i truskawkami. Jagoda jadła sama, dużą łyżką, cała wymazana. Na policzkach nie było ani jednej plamki.

Kto by pomyślał, Elżbieta pokręciła głową. Olej słonecznikowy, taka rzadka alergia.

Lekarz powiedział, iż raz na tysiąc się trafia, Ewa posmarowała kromkę chleba masłem. Przestawiliśmy wszystko na oliwę i po dwóch tygodniach wysypka zniknęła.

Patrzyłem na córkę i nie mogłem się napatrzeć. Różowe policzki, błyszczące oczy, krem na nosie. Szczęśliwe dziecko, które wreszcie może jeść normalnie. Ciasta, ciasteczka, wszystko co robione bez oleju słonecznikowego. Okazało się, iż to ogromny wybór.

Stosunki z teściową pozostały chłodne. Halina Nowak dzwoniła, przepraszała, płakała w słuchawkę. Ewa rozmawiała krótko, sucho. Ja nie odbierałem.

Jagoda sięgnęła znów po ciasto, a Elżbieta podsunęła jej talerzyk.

Jedz, kochanie. Jedz i bądź zdrowa.

Oparłem się wygodnie w fotelu. Za oknem padał deszcz, ale w domu było ciepło i pachniało ciastem. Moja córka czuła się lepiej. Reszta nie miała znaczenia.

Idź do oryginalnego materiału