Ja przecież nikogo nie zapraszałam! głos synowej załamał się Nie prosiłam was tu!
Marek stał w kuchni, z namaszczeniem ubijając sos do makaronu. W jednej ręce trzymał trzepaczkę, w drugiej otwartą książkę kucharską, a na twarzy gościła maska skupienia.
Aromat czosnku, pomidorów i bazylii rozchodził się po całym mieszkaniu i mieszał z delikatnym zapachem palących się świec, które Zuzanna rozstawiła w salonie.
Chyba mi wychodzi Marek odwrócił się do żony, która właśnie kroiła ser do sałatki. Przynajmniej nie zważyło się w rondlu.
Zuzanna uśmiechnęła się i spojrzała na niego czule. Jej ciemne włosy były niedbale związane w koczek, a duże piwne oczy odbijały ciepłe światło kuchennej lampy.
Jesteś w tym naprawdę dobry powiedziała, obejmując go w pasie. Pachnie jak w tej trattorii w Rzymie.
Tak miało być odparł, zerkając w stronę salonu. Wyobraź sobie tylko: cisza, cicha muzyka, kolacja przy świecach Bez telefonów, bez gości. Tylko my dwoje.
Pomysł, by urodziny żony spędzić we dwoje, był ich wspólny. Po tygodniach rodzinnej bieganiny i nieustannych odwiedzin potrzebowali wieczoru tylko dla siebie.
Zuzanna już wcześniej kupiła butelkę swojego ulubionego wina, a Marek załatwił sobie wolne popołudnie, by wszystko samodzielnie przygotować.
Kiedy skończyli już w kuchni i przenieśli przystawki do salonu, żona włączyła cichą muzykę.
Wszystkiego najlepszego, kochana Marek uniósł kieliszek. Oby ten rok był lżejszy i szczęśliwy.
Dziękuję, mój mężu odpowiedziała, stukając się z nim.
Wytrawny smak wina, ciepło świec i patrzące na siebie oczy Zuzanna czekała na taki wieczór od kilku tygodni.
W tej właśnie chwili błoga cisza została zaburzona ostrym, przeszywającym dźwiękiem domofonu. Marek zmarszczył brwi.
Kto to może być? Przecież nikogo nie zapraszaliśmy
Zuzanna wzruszyła ramionami, choć w środku zadrżała. Miała dziwne, niemiłe przeczucie. Marek podszedł do domofonu.
Halo? rzucił do słuchawki.
W odpowiedzi przez klatkę schodową poniósł się roześmiany głos, aż ściany zadrżały.
Mareczku, to my! No, otwórz, przynieśliśmy coś dobrego! Przyszliśmy świętować urodziny Zuzanki!
Marek pobladł i spojrzał bezradnie na żonę.
Mamo? wyszeptał. Co ty tu robisz?
Jak to co? Złożyć życzenia synowej przyjechałam! Zimno tu na klatce, wpuść nas!
Marek bez słowa nacisnął przycisk otwierania drzwi wejściowych. Zapadła ciężka cisza.
Twoja mama teraz? szepnęła Zuzanna. Jej głos się załamał.
Przepraszam Mówiła, iż może tylko zadzwoni.
Nie zdążyli się otrząsnąć, gdy do drzwi rozległo się mocne, natarczywe pukanie. Marek westchnął i otworzył.
W progu stała Teresa Nowak, jego mama. Niska, postawna kobieta z krótkimi włosami i mocno pomalowanymi ustami.
Ubrana była w wełniany szal w ludowy wzór, a w ręku trzymała wielki plastikowy pojemnik.
Wreszcie! Bo tu zamarzniemy jak psy bezdomne! Zignorowała jakiekolwiek powitania, zaraz zaczęła zdejmować płaszcz.
Dopiero teraz Marek i Zuzanna zauważyli, ilu gości stoi na korytarzu. W mieszkaniu zaraz pojawił się wujek Edward brat Teresy, wysoki facet w drelichu, z kartonem soku pod pachą, ciocia Grażyna chuda i energiczna z ogromnym tortem w kartonie, który trzymała przed sobą jak tarczę, ich córka, dwudziestoletnia Magda, natychmiast zanurzona w telefonie, i dwoje jej młodszych braci: Michał i Staś, którzy z wrzaskiem wbiegli do środka.
Mamo, co to ma znaczyć? zdobył się w końcu Marek.
Oj tam, bez przesady Teresa odwiesiła płaszcz zajmując trzy wieszaki naraz Jesteśmy rodziną! Chcieliśmy zrobić Zuzce niespodziankę! To dla ciebie, kochana! wręczyła synowej pojemnik. Trzymaj, galareta domowa. Marek uwielbia.
Zuzanna automatycznie odebrała ciężką miskę.
Dziękuję, pani Tereso Tylko my nie spodziewaliśmy się nikogo
Oj tam! Jak nie goście, to rodzina! śmiała się Teresa, wchodząc już do salonu. No, widzę, romantycznie dziś! Świece!
Ciocia Grażyna ustawiła tort na stole, odsuwając na bok wazę z kwiatami i kieliszki z winem.
Zuzka, wszystkiego najlepszego! Sama piekłam, tort W-Z według dawnego przepisu. Musisz spróbować!
Dzieci wbiegały po salonie, bawiąc się w berka. Jeden z chłopców niemal przewrócił wazon, a Zuzanna rzuciła się, by go ratować.
Serce waliło jej jak młot. Marek próbował przejąć kontrolę nad sytuacją.
Dobrze skoro już przyszliście rozgośćcie się. Zuzia, przenieśmy jedzenie do kuchni?
Ale Teresa już podejmowała decyzje za wszystkich.
Po co do kuchni? Tu siedzimy! Edward, przesuń ławę, Grażyna, przynieś talerze. Magda, odłóż ten telefon i pomóż!
Magda, mrucząc pod nosem, poszła do kuchni. Klimat romantycznego wieczoru prysł.
Po dziesięciu minutach stół zastawiony był przysmakami z domów: galareta, śledź pod pierzynką, sałatka jarzynowa, marynowane grzybki i wspomniany tort W-Z.
No, jubilatko, opowiadaj, jak ci się wiedzie? Teresa rozsiadła się na kanapie i wbiła w Zuzannę badawczy wzrok. Dalej pracujesz w tej samej firmie? Szef nie dokucza?
Wszystko w porządku, dziękuję Zuzanna dłubała widelcem w sałatce.
Bo widzisz, Magda naszej nijak znaleźć nie może. Studiowała, studiowała, a teraz siedzi w domu. Może byś w swojej firmie coś jej załatwiła? Ona zdolna dziewczyna.
Zuzanna tylko kiwnęła głową. Miała wrażenie, iż wszystko w niej się kurczy. Marek siedział obok, zgarbiony.
Starał się podtrzymać rozmowę, odpowiadał na pytania Edwarda o piłkę nożną, ale po nim też było widać zmęczenie i złość.
Rzucał w stronę Zuzanny pełne winy spojrzenia, ale nie mógł nic zrobić. Dzieci, najedzone czekoladą, wróciły do zabawy.
Młodszy, Michał, znalazł kolekcję kryształowych figurek, które Zuzanna zbierała przez lata.
Mamo, zobacz, jakie ładne! zawołał.
Ostrożnie, Michałku, to bardzo delikatne! zerwała się Zuzanna, ale za późno.
Chłopiec pociągnął za figurkę łabędzia. Rozległ się suchy trzask, kryształ rozprysnął się na drobne kawałki na podłodze.
W salonie zapanowała martwa cisza. choćby muzyka dawno już ucichła; słychać było tylko skwierczenie świec.
O rany! jęknęła ciocia Grażyna. Michasiu, mówiłam ci, nie ruszaj tego!
Daj spokój, szkoda zachodu machnęła ręką Teresa. Szkło! Zaraz posprzątamy! Dziecko przypadkiem zbiło.
Zuzanna podniosła na nią powoli wzrok.
To był prezent od mojej babci powiedziała cicho i bardzo wyraźnie. Już jej nie ma.
No, cóż babcia swoje przeżyła. Żywych trzeba szanować! nie odpuszczała Teresa. Masz dzieci w domu, to chowaj cenne rzeczy.
I to była ostatnia kropla. Zuzanna gwałtownie wstała; krzesło z trzaskiem odsunęło się od stołu.
Ale ja nikogo tu nie prosiłam! głos jej się załamał. Nie zapraszałam was! Chcieliśmy z Markiem być dziś razem, sami! To moje urodziny, nie rodzinny zjazd!
W salonie zapadła grobowa cisza. Dzieci zamarły wyczuły napięcie.
Edward nieśmiało patrzył w talerz, Grażyna otworzyła usta z wrażenia. Teresa poczerwieniała.
Tak? wydusiła w końcu, lodowato Przyjechaliśmy, żeby złożyć życzenia, przywieźliśmy prezenty, przygotowaliśmy kolację, a wy nas wypraszacie? Do syna własnego nie mogę przyjechać?
Mamo, wystarczy wstał Marek. W nim też coś pękło. Zuzanna ma rację. Chcieliśmy ten wieczór spędzić we dwoje. Nie powinnaś była tak po prostu wpaść z połową rodziny, nie mówiąc nic wcześniej.
Wpaść?! zapieniła się Teresa. Ja do własnego dziecka wpadam? Ja ciebie wychowałam, a teraz żona cię tak ustawia, iż matka jest intruzem?!
Mamo, to nie chodzi o Zuzannę! Tu chodzi o szacunek do naszych wspólnych planów i prywatności!
Rozpętała się burzliwa, zupełnie bezsensowna awantura. Teresa wykrzykiwała pretensje, Marek próbował tłumaczyć, reszta rodziny cicho milczała.
Zuzanna nie wytrzymała. Wstała i bez słowa wyszła z salonu.
Kłótnia trwała jeszcze długo, jej echa przebijały się przez ściany i bolały jeszcze bardziej.
Nie wiedziała, ile czasu minęło dziesięć, dwadzieścia minut. Kłótnia przycichła, zapadła martwa, niezręczna cisza.
Za chwilę dały się słyszeć kroki, szmery, dźwięk zamykanych drzwi.
Cicho uchyliły się drzwi do sypialni. Stał w nich Marek; był załamany.
Poszli już wyszeptał. Zuziu, przepraszam Trzeba było po prostu wyłączyć domofon…
Ale nie zrobiłeś tego jej głos był bez życia. Powinieneś ją zatrzymać.
To moja matka Chciała dobrze.
Dla kogo? Zuzanna spojrzała mu głęboko w oczy Dla siebie? By pokazać, jaka jest gospodarna i troskliwa? Popsuła cały wieczór, Marek!
A co miałem zrobić? Wyprosić? Zrobiłaby jeszcze większą awanturę
To teraz nie było awantury?! przeszła się po pokoju. Zawsze decyduje za nas! Co jeść, gdzie jechać, jak żyć! A ty zawsze ustępujesz
Zuzanna stanęła przy oknie i spojrzała na parking. W dole widziała, jak Teresa i jej rodzina wsiadają do samochodu.
Na chwilę zapanował względny spokój, ale wiedziała to tylko krótka pauza.
Nie wiem, jak dalej wyszeptała Nie chcę żyć w ciągłym strachu, iż twoja mama znowu wtargnie do naszego życia z kluskami i radami.
Porozmawiam z nią. Porządnie, naprawdę. Powiem, iż tak nie można
Ile razy już to mówiłeś. Nic się nie zmienia.
Wieczór, który miał być ich świętem, skończył się, zanim zdążył się zacząć.
Przepraszam szepnął Marek. Wszystkiego najlepszego, kochanie
Zuzanna zamknęła oczy. Skończyła trzydzieści trzy lata, a czuła się, jakby miała już co najmniej sześćdziesiąt.
Może chociaż spróbujemy coś jeszcze zjeść? zapytał z nadzieją Marek. Zostało tyle wszystkiego
Nie mam już ochoty odparła najciszej, jak umiała. Jestem bardzo zmęczona i chcę spać.
Wyszła i udała się do łazienki. Chciała zmyć z siebie ten wieczór, by szybciej przyszło jutro spokojniejsze, bez Teresy Nowak i jej bliskich.
Teresa po tej kłótni czuła żal do syna i synowej. Szczerze nie rozumiała, jak mogła im przeszkadzać tego wieczoru.















