Ja chcę żyć, Andrzeju!

newsempire24.com 4 dni temu

Chciałbym żyć, Andrzeju!
Panie Jerzy, panie Jerzy, co z panem?

Pielęgniarka Basia chwyciła chirurga za rękaw, ale nie zdołała go utrzymać. Oparł się o ścianę, pochylony, głową prawie dotykając kafli, milczał.

Przemknęła jej myśl choćby z dumą iż lekarze naprawdę oddają się pacjentom do ostatnich sił, pracują prawie do omdlenia, ale nikt tego nie docenia. Pacjent, którego przed chwilą operował doktor Jerzy Stelmach, i tak tego nie zobaczy…

Panie Jerzy, co się dzieje? Zaraz kogoś zawołam…

Nie trzeba, oderwał głowę od ściany, chwiejnie podążył do dyżurki, przy drzwiach przystanął i spojrzał na przestraszoną Basię. Nic się nie dzieje, niech się pani nie martwi.

Ciężko opadł na skórzaną kanapę, wyciągnął się. Czy wszystko rzeczywiście jest w porządku? Te napady zawrotów głowy zdarzały się ostatnio coraz częściej. Przepracowanie? Najpewniej.

Kiedyś miał prawdziwe weekendy. Mógł wtedy po szpitalnym wirze tygodnia odpocząć, pójść z żoną w gości, zabrać dzieci do parku.

A teraz? Gdy lekarze harują po trzech oddziałach, gdzie tu mowa o wytchnieniu. Drugi ślub, żona młodsza, dzieci w szkole, wydatki. No i… auto trzeba by wymienić.

Ale to nie najważniejsze. Dla Jerzego najważniejsze było, iż czuje się potrzebny, chce być najlepszy, marzy o szacunku, medycznych zwycięstwach… I udawało mu się to przez dwadzieścia lat praktyki. Pacjenci walili do niego drzwiami i oknami, cenili go koledzy, zarabiał porządne pieniądze.

Paweł, zadzwonił do kolegi anestezjologa, Renata dziś pracuje?

Cześć, Jerzy. Tak, jest na oddziale.

Pod wieczór Jerzy już leżał w aparacie rezonansu magnetycznego. Nieprzyjemne dźwięki, których nie dało się zagłuszyć muzyką w słuchawkach, nasilały lęk. Zaczął myśleć o czymś przyjemnym, ale… Co? Co z tego wszystkiego jest naprawdę przyjemne?

Jego pamięć powędrowała po schodkach życia: drugi ślub… Był już rozpoznawalnym chirurgiem, ojcem, a ona młodą nauczycielką córki z trzeciej klasy…

Dźwięk aparatu zagłuszał każdą próbę odnalezienia ciepłych wspomnień z tamtego okresu. Pracadompraca. Pierwszy ślub jeszcze gorzej brzydki rozwód, nieprzyjemne obrazy, których choćby nie chciał przypominać.

Studia? Tak, szczególnie pierwsze cztery lata.

Myśli Jerzego powędrowały do czasów świty młodości. Brygada studencka, chłopaki, Maryska ze stołówki, za którą każdy się oglądał…

Jerzy, Wojtek i Andrzej trzech studentów medycyny. Poznali się już na egzaminach wstępnych. Olsztyn był dla nich wszystkich obcym miastem, mieszkali razem w internacie.

Andrzej okularnik z prowincji, cichy, trochę naiwny, ale miał coś w sobie, co przyciągało ludzi. Człowiek, przy którym chciało się być, słuchać jego mądrych, spokojnych słów i patrzeć w jego spokojne, głębokie, błękitne oczy zza szkieł.

Andrzej miał pamięć jak słoń znał na pamięć cały materiał, odpowiadał na każde pytanie.

Wojtek zupełne przeciwieństwo. Silny chłopak z podkarpackiej wsi, głośny, łatwo się zaprzyjaźniał, przed egzaminami redeptał wszystkie piętra, zamiast się uczyć pisał ściągi i rozwiązywał cudze problemy.

Jerzego egzaminy też stresowały. Wydawało mu się, iż to właśnie on nie dostanie się na wydział lekarski. Podziwiał Andrzeja za wiedzę i Wojtka za elokwencję, ale tylko Michał, czwarty z pokoju, nie przeszedł. A reszta zostali przyjaciółmi.

Na pierwszym roku nie było już miejsca w akademiku, więc przyjechała mama Andrzeja i wynajęła im kawalerkę.

Niech was Bóg błogosławi, chłopcy, żyjcie w zgodzie, powiedziała, krzątając się, gotując im zapasy na miesiąc.

Ale masz mamę, Andrzej! Czym się zajmuje?

Pracuje w sklepiku z ikonami przy kościele, odpowiedział Andrzej, żując kanapkę.

Gdzie? zapytali chórem.

Świece sprzedaje w kościele, no i nie tylko…

Czyli jest wierząca?

Oczywiście. Ja też, rzucił cicho Andrzej.

Chłopaki zerknęli na ikony na parapecie.

To twoje? Myślałem, iż mama zapomniała.

Nie, zostawiła dla mnie.

Wojtek zawsze mówił, zanim pomyślał:

Zwariowaliście? Po co medycyna, jak w gusła wierzycie? Że niby Bóg pomoże…

Lekarz leczy ciało, a Bóg duszę, odpowiedział Andrzej spokojnie.

Temat wiary chłopaki porzucili, choć widzieli potem nie raz, jak Andrzej się żegnał po cichu, bez krzykliwego afiszowania się. Dobrze się uczył, rozwiązywał spory między upartym Jerzym i porywczym Wojtkiem.

W codziennych sprawach był inny sprzątał pokój, zamiast się kłócić.

Naprawdę to jest warte nerwów? Lepiej posprzątać…

I już obaj się zabierali do pracy.

Czy to pomoc Boża, czy talent Andrzej zaliczył pierwszą sesję najlepiej ze wszystkich. Zapamiętywał łacinę jak rodowity Włoch. Łączył ich przez to jeszcze bardziej.

Zakochał się zresztą pierwszy. Do samorządu studenckiego trafiła Gabriela niska brunetka z energią i wielkim sercem. Już od drugiego roku chodzili razem za rękę.

Wojtek, choć na pierwszy rzut oka prostolinijny chłopak ze wsi, już od zimy drugiego roku pracował w pogotowiu wszędzie był aktywny, gwałtownie się uczył, miał dar do praktycznych zajęć, w szpitalu traktowano go poważnie.

Jerzy uczył się pilnie, ale bez ekstrawagancji. Bardzo chciał być dobrym lekarzem to go napędzało.

***

Rezonans dobiegł końca. Jerzy wyjechał spod aparatu, spojrzał na świat przez okno, zaciągnął się pełną piersią. Skąd ten atak klaustrofobii?

Podeszła Renata, zaczęła zdejmować mu sprzęt z głowy.

I co, Renata, oglądaliście już?

Jeszcze chwila, lekarz opisuje. Dam ci znać. Wejdź za kwadrans.

Odezwę się jutro. Chcę do domu.

Niestety, nie zdążył wyjść z oddziału, gdy Renata zadzwoniła i przyniosła opis, płytę i zdjęcia osobiście.

Jerzy, sam jesteś lekarzem, wszystko rozumiesz. Ale nie zwlekaj. Pójdź do profesora Antonowicza niech obejrzy.

Spojrzał w opis, wsunął płytę do komputera, długo oglądał własne obrazy: jego głowa, jego mózg, ognisko wyraźne, niepodważalne…

Nie docierało. Niby klika w badania pacjenta, nie swoje… Prawda nie chciała przebić się do świadomości.

***

Profesor Klemens Antonowicz był najlepszym neurochirurgiem w województwie.

Powinienem złagodzić, ale sam jesteś lepszym chirurgiem niż ja. Nie mam powodu cię okłamywać. Widzisz przecież…

Widzę. To koniec?

No coś ty, stary, co za pytanie? Sam wiesz wszystko w rękach chirurga, no i… Pana Boga.

Nie wierzę. Miałem jechać do Warszawy na Kongres Lekarski, żonę i dzieci zabrać. A teraz? Co byś zrobił na moim miejscu?

Pojechałbym, tylko nie odpoczywać, a do profesora Rochowskiego. Ich klinika czasem czyni cuda. Ale tam kolejka na rok do przodu. Jak się dostać? Tyle, co znajomości… Ale twój prestiż może pomóc. Spróbujmy.

Jerzy pracował, operował, konsultował, pisał diagnozy. Ból mu nie doskwierał tylko słabość i zawroty głowy, z którymi nauczył się radzić.

Szukał drogi do Rochowskiego. Antonowicz miał rację dostać się tam graniczyło z cudem.

Przyszła pora, by powiedzieć wszystko żonie, która od razu ruszyła szykować wyjazd do Warszawy.

Inga, do Warszawy muszę jechać sam.

Jak to? przerwała przeglądanie bluzki, spojrzała na niego z naganą. Zwariowałeś? A dzieci?

Nie jadę na konferencję. Jadę do szpitala. Mam problem guz mózgu, dokończył spokojnie, choć sam przy tym wyznaniu poczuł, jakby wyrok sam na siebie podpisał.

W oczach Ingi pojawiły się łzy.

Boże drogi, Jerzy… Jak to możliwe? Muszę być z tobą…

Nie, operacji jeszcze nie będzie. Być może będę musiał czekać tygodniami. Pojadę i będę czekać na okno… Ale tego może długo nie być.

Naprawdę jest aż tak źle? usiadła blisko, Opowiedz mi wszystko…

I Jerzy, jak dziecko ocierając nos, zaczął mówić: o swoich domysłach, badaniu, wynikach… O myślach i chwilach zwątpienia, o minionym życiu, o czekaniu na cud…

Inga słuchała w milczeniu, z zaciśniętymi ustami, jej dłonie wciąż ściskały tę samą bluzkę. A Jerzy czuł ulgę, iż ma komu się wygadać.

***

Świadkowie Jehowy odmawiają transfuzji krwi, cytując Biblię: “Nie jedzcie ciała z duszą jego z krwią jego”.

Czwarty rok nauki, siedzieli na wykładzie.

Duchowni sprzeciwiają się transplantacji. Kościół protestuje przeciw każdej metodzie rozrodu niezgodnej z naturą. Potępia surogację, donacje gamet. Narzucają własne kanony. Religia i nauka to nie do pogodzenia.

To nieprawda, rozległo się z sali.

Słucham? Kto to powiedział? zapytał wykładowca.

Ja, wstał Andrzej. Kościół i medycyna służą temu samemu człowiekowi.

Chce się pan spierać?

Nie. Po prostu tak jest.

A jednak. Proszę do przodu wykładowca uśmiechnął się z satysfakcją.

I zaczęła się dyskusja. Andrzej odpowiadał, jakby mówił do całej sali, z godnością i wiarą w sens swoich słów. Wykładowca atakował, drażnił. Publiczność słuchała uważnie.

Kościół dba o duszę. jeżeli żadne leczenie nie pomaga, człowiek powinien przyjąć swoje przeznaczenie. Czasem to droga do Boga. Być może Bóg szykuje im dziecko do adopcji. Kościół nie zakazuje zapłodnienia in vitro, jeżeli gamety są własne, ale od dawcy już tak. To narusza związek małżeński.

Dlaczego więc Kościół sprzeciwia się surogacji?

Bo trzeba pamiętać o surogatce i o dziecku…

Bzdury! wykładowca był już czerwony z gniewu. Tradycja zabija postęp! Dosłownie miałem przed oczami tragedię: rodzice nie zgodzili się, by serce ich syna uratowało inne dziecko. Zginął. Czy to po Bożemu?

Tak… Dla nich nie było innej drogi.

Właśnie! To religijny opium, najsilniejszy, uniemożliwiający postępy nauki! Kościół boi się, iż nauka przewyższy Boga!

Wykładowca wyładowywał gniew, a Andrzej patrzył na niego z żalem, ze spokojem. Bronił wiary, bronił matki, starego kościoła z dzieciństwa, wszystkich wierzących i samego siebie.

Jego opanowanie irytowało prowadzącego. Im bardziej profesor krzyczał, tym wyraźniej było widać w sali wygrał Andrzej.

Od tego czasu zaczęły się dla Andrzeja kłopoty wizyty u rektora, powrót w złym nastroju, milczący, szczery tylko dla Gabrieli. Po piątym roku już nie wrócił. Dostał tylko list, iż wybrał inną drogę, dziękował i prosił, żeby zachować przyjaźń.

Jerzy i Wojtek byli zdruzgotani. Najlepszy z nich! Mógł zostać wybitnym lekarzem, a zrezygnował przed końcem.

Szajba mu odbiła, załamywał się Wojtek.

Poszli do jego rodzinnego domu. Weronika Stelmach przywitała ich szczęśliwa. Syn w seminarium, oznajmiła z dumą.

Wracali do siebie, obładowani przysmakami, ale nie rozumieli jak można tak wybrać?

***

Jakie proszę cię świeczki, Klemensie? Jadę do przyjaciela, załatwiłem już urlop.

Jerzy rozmawiał z Antonowiczem w dyżurce, za trzy dni miał wyjazd do Warszawy. Bał się jechać autem coraz częściej miał zawroty głowy, do pracy dojeżdżał ostrożnie.

Do kogo?

Do kolegi ze studiów. Nie widzieliśmy się dwadzieścia lat. Od piątego roku jest księdzem. Tu niedaleko, pojadę jutro.

Ryzykownie…

Tak, wiem, ale pojadę…

Kiedy dojechał do Łagiewnik miasta słynącego z sanktuarium i tłumów pielgrzymów, był zaskoczony. Samo miasteczko skromne, ale klasztor tonął w kwiatach, wszystko czyste, ochrona, zadbane skwery.

Ludzie mówili, iż jest msza ksiądz zaraz wyjdzie. Jerzy postanowił poczekać.

Pod kościołem pełno ludzi. Ktoś powiedział, żeby zszedł do cudownego źródła i zabrał wodę.

Po co?

To pan wie najlepiej, po co tu przyszedł…

Jerzy nie potrafił odpowiedzieć. Po co przyjechał? Po cud? Zmoczył ręce w zimnej wodzie, przeszedł rytuał trzy razy, tak jak inni.

Wreszcie, kiedy tłum się rozszedł, pojawił się kapłan. Duży, z brodą, donośny głos. To był Andrzej poznał jego błękitne, spokojne oczy od razu.

Błogosław, ojcze syknęła jakaś starsza kobieta, pouczając, jak zwracać się do księdza. Ale Andrzej już się uśmiechał.

Jerzy! Witaj, przyjacielu…

Uścisnęli się, jakby minęła ledwie chwila.

Jaka radość! Gabriela będzie szczęśliwa.

Twoja żona? zdziwił się Jerzy.

Tak, nadal. Pięcioro dzieci mamy. Najmłodszy ma dziesięć lat.

Ja mam trójkę. Dwie córki i syna… Ty zostałeś tu na dobre?

Tak. Nasza praca i miejsce nam odpowiada, tu jest dużo do zrobienia i piękna przyroda.

Podjechał pod dom księdza. Piękny, z ogrodem, zadbany. Przywitała go Gabriela, z czułością. W domu pełno kwiatów, ikona Matki Boskiej w kącie, lampki przy obrazach, a poza tym nowoczesny sprzęt i zwykłe życie.

Jerzy zapomniał, po co przyjechał. Zapach domowego ciasta, przyjazny gwar, dziecko biegające z kotem. Tylko głęboko w sercu kołatał niepokój.

***

Znasz tę historię?

Oczywiście. Z Wojtkiem długo pisaliśmy do siebie, później dzwoniliśmy, ale ostatnio kontakt się urwał. Ale syn próbował go znaleźć w sieci…

Masz mi coś za złe?

Nie mi oceniać. Każdy ma swoje sumienie. Powiedz, Jerzy, co cię gryzie? Widzę przecież…

Guz mózgu. Złośliwy…

Andrzej westchnął.

Źle. Jutro przyjdź na mszę jeżeli ciężko, to usiądź z tyłu. Potem się wyspowiadasz i przyjmiesz komunię. Pomodlimy się. A ty… też powiedz, co trzeba.

Chyba mnie żegnasz.

To nie pożegnanie. Wszystko w twoich rękach. Ja wskażę ci drogę, ale reszta zależy od ciebie.

W nocy Jerzy myślał i po raz pierwszy w życiu czuł, iż nie szuka już usprawiedliwienia, tylko spowiedzi.

I… Tak, z wrogami stali się przez jedną chwilę.

***

Msza minęła spokojnie. Ludzi było mało.

Andrzej przeczytał modlitwę, pochylił się i wyszeptał:

Chrystus stoi nie widocznie i słyszy twoje wyznanie. Ja tylko świadek. Mów, Jerzy.

I Jerzy mówił.

Zazdrościłem Wojtusiowi wszystkiego. Na oddziale go kochały, w akademiku, w szpitalu wszędzie był najlepszy. No i była Anna…

Sprawa się zaczęła, gdy Wojtek ratował syna urzędnika z Warszawy, który przyjechał do rodziny. Anna, córka urzędnika, pojawiała się w szpitalu codziennie. Zbliżyli się do siebie. Wyjeżdżali już do siebie, Wojtek do Warszawy na praktyki, ona do Olsztyna.

Wydawało się, iż łatwiej mu wszystko przychodzi. A ja… parę razy coś zasugerowałem Annie. Że niby Wojtek z kimś się widuje… Kłamałem, Boże święty, wyznaję ci…

Na weselu Smolarka byliśmy we trzech. Ja z Anną tańczyłem, Wojtek prowadził zabawę, aż wreszcie… wyszliśmy na balkon. Wojtek nas widział i od razu przestał z nami rozmawiać. Przestał się pojawiać, Anna się do mnie zbliżyła. Zaczęliśmy razem mieszkać, potem ślub, potem… sami się przekonaliśmy, iż to nie to.

Los mnie pokarał. Anna już po czterech latach uznała, iż musi od życia oczekiwać więcej. Rozeszliśmy się.

Zdradziłem ją jeszcze, z koleżankami z pracy. Było tego trochę. Inga, nauczycielka mojej córki, potem się pojawiła… To od niej w końcu poczułem spokój. Ale i ją zdradzałem. Tyle win…

Jest jeszcze gorzej podczas jednej operacji zginął przez moje błędy pacjent. Stary, ale to była moja pomyłka… Ile takich wśród chirurgów?

Umarł i… do dziś to czuję.

Zapadło milczenie.

Może mi pan odpuścić grzechy, ojcze Andrzeju?

Grzechy odpuszcza Bóg, Jerzy. Najważniejsze, żebyś żałował szczerze.

Jerzy spojrzał w oczy przyjaciela, nagle zaszkliły mu się oczy. Chwycił się za ołtarz, ukląkł.

Przekaż Bogu, iż żałuję, Andrzeju… Chcę żyć. Chcę kochać Ingę, wychować dzieci, syna wykształcić. Chcę być zwykłym lekarzem, gdziekolwiek. Nic już nie chcę oprócz tego…

Andrzej modlił się głośno.

Panie Jezu Chryste, przez swoje niezmierzone miłosierdzie odpuść synowi Jerzemu grzechy jego…

Potem otworzył oczy. Jerzy spotkał jego czyste, głębokie spojrzenie.

Powinieneś odnaleźć Wojtka, porozmawiać, prosić go o wybaczenie, powiedział cicho Andrzej.

Gdzie go szukać? Jadę do Warszawy przecież.

Trzeba spróbować. Jest teraz w Katowicach, w szpitalu onkologicznym. Możesz przesłać wyniki, umówić się.

Jerzy tylko pokręcił głową.

Mam lecieć tam się operować?

Czemu nie?

Ty już daleki od medycyny… Tamtejsze technologie nie dorównują Rochowskiemu…

Może, ale Wojtek był genialny, sami o nim mówili. Pomyśl.

Najpierw Warszawa. Nie mam czasu…

I tę pielęgniarkę, którą zwolniłeś przez siebie, znajdź ją.

To najłatwiejsze, pamiętam… Znajdę, Jerzy westchnął z bólem, Módl się za mnie, Andrzeju, najważniejsze, żeby mnie w Warszawie przyjęto i żeby “okno” się pojawiło, a nie… może wtedy naprawdę pojadę do Katowic.

Przed wyjazdem, Jerzy jeszcze piętnaście raz schodził do źródełka, pił wodę, wspinał się pod górę.

Ludzie patrzyli na niego, żegnali się i modlili. Oby dobry Bóg pomógł.

Idź do oryginalnego materiału