Irena siedziała przy biurku, pisząc raport.
Ktoś zapukał do drzwi gabinetu.
Łukasz zajrzał do środka, jakby widział ten pokój pierwszy raz.
— Czy mogę wejść? — zapytał, choć już stał w progu.
Skinęła głową, nie odrywając wzroku od ekranu.
Dom po cioci Lidii odziedziczyła pięć lat temu.
Był przestronny, jasny, miał trzy pokoje.
Jeden przemieniła w gabinet. Tutaj panował porządek i cisza.
— Słuchaj — zaczął mąż, siadając na kanapie. — Moi rodzice znowu narzekają na hałas.
Irena spojrzała na niego. Po dziesięciu latach znała jego tony.
Tym razem brzmiał niepewnie.
— Mama nie może spać, tata ma dość schodów. Czynsz im rośnie — mówił dalej.
— Rozumiem — odparła krótko i wróciła do pracy.
Rozmowy o rodzicach nie ustawały.
Każdego wieczoru Łukasz znajdował nowy powód, by o nich mówić.
Raz hałas, raz sąsiedzi, raz strome schody.
— Marzą o ciszy — powiedział przy kolacji. — O prawdziwym domu.
Irena żuła te słowa z niedowierzaniem.
Łukasz rzadko tak się otwierał.
— Co proponujesz? — zapytała ostrożnie.
— Nic specjalnego. Po prostu o nich myślę — wzruszył ramionami.
Tydzień później zaczął częściej wchodzić do jej gabinetu.
Najpierw szukał dokumentów, potem już bez pretekstu.
Stawał przy ścianie, mierząc ją wzrokiem.
— Ładne pomieszczenie — rzucił. — Jasne, przestronne.
— Tak, lubię tu pracować — odpowiedziała, podnosząc głowę.
— Może przenieść biurko do sypialni? — podszedł do okna. — Tam też jest miejsce.
Coś się w niej zacisnęło.
— Dlaczego miałabym się przeprowadzać? — zapytała wprost.
— Po prostu taki pomysł mi przyszedł — mruknął.
Zauważyła, jak skanuje gabinet, wyobrażając sobie inny układ mebli.
— Czy nie czas zrobić miejsca w biurze? Na wszelki wypadek — powiedział kilka dni później.
Pytanie zabrzmiało jak decyzja już podjęta.
— Dlaczego miałabym zwalniać ten pokój? — spytała ostrożniej, niż chciała.
— Może przyda się pokój dla gości — zawahał się.
Teraz wszystko było jasne. Wszystkie te uwagi tworzyły jeden plan.
Jej zdanie w nim nie istniało.
— Łukaszu, powiedz mi prosto. Co się dzieje? — zapytała wolno.
Odwrócił się do okna, unikając jej wzroku.
Cisza trwała długo.
— Moi rodzice naprawdę mają dość miejskiego zgiełku — powiedział ostrożnie. — Potrzebują spokoju.
Irena wstała, napięcie rosło w niej od tygodni.
— I co proponujesz? — zapytała, choć już znała odpowiedź.
— Jesteśmy jedną rodziną. Mamy wolny pokój — odparł, jakby to wszystko wyjaśniało.
Wolny pokój. Jej gabinet, jej azyl.
— To nie jest wolny pokój — powiedziała powoli. — To moje biuro.
— Możesz pracować w sypialni. Rodzice nie mają gdzie się przenieść — odpowiedział.
Te słowa brzmiały wyuczone.
— Łukaszu, to mój dom — wykrzyknęła. — Nigdy nie zgodziłam się, by twoi rodzice tu mieszkali.
— A nie masz nic przeciwko? Jesteśmy rodziną, prawda? — odparł z irytacją.
Znów to słowo. „Rodzina” jako pretekst, by jej odebrać głos.
— A co, jeżeli mam coś przeciwko? — zapytała, nie odwracając się od okna.
— Nie bądź samolubna. To kwestia starszych — rzucił.
Samolubna. Za to, iż chciała zachować swoje miejsce pracy.
— Samolubna? Za to, iż chcę, by mój głos się liczył? — powtórzyła.
— To obowiązek rodzinny. Nie możemy ich porzucić — machnął ręką.
— A co z moim obowiązkiem wobec siebie? — zapytała cicho.
— Przestań dramatyzować. Przenieś komputer do innego pokoju — odsunął się.
Nic wielkiego. Jej lata pracy nad gabinetem stały się niczym.
— Kiedy ty decydujesz o wszystkim? — spytała.
— Nic nie decydowałem, po prostu rozważam możliwości — próbował się bronić.
— Kłamiesz. Już rozmawiałeś o tym z rodzicami, prawda? — odparła.
Milczenie było głośniejsze niż słowa.
— Więc rozmawiałeś ze wszystkimi oprócz mnie — stwierdziła.
— Przestań. Co to ma znaczyć, z kim rozmawiałeś? — wybuchł.
Co to ma znaczyć. Jej opinia, jej dom.
Mąż zachowywał się jak jedyny właściciel.
Następnego ranka Łukasz wszedł do kuchni jak ktoś, kto już wszystko postanowił.
Irena siedziała z kawą, czekając na dalszy ciąg rozmowy.
— Moi rodzice w końcu postanowili się przeprowadzić — zaczął bez wstępu.
— Musimy zwolnić pokój, teraz będą tam mieszkać — dodał jak rozkaz.
To był moment olśnienia. Nikt jej nie zapytał.
Kubek drżał w jej dłoniach.
— Czy to poważne? Sam postanowiłeś za mnie? — powiedziała powoli. — Wczoraj wyraźnie się sprzeciwiłam!
— Uspokój się. To logiczne. Gdzie indziej mieliby mieszkać? — machnął ręką.
Irena wstała, ręce drżały jej od gniewu.
— Łukaszu, zdradziłeś mnie — powiedziała prosto. — Postawiłeś rodziców nad nasze małżeństwo.
— Nie dramatyzuj. To rodzina — mruknął.
— A ja? Czuję się jak obca we własnym domu! — dodała ostro.
Łukasz nie oczekiwał takiej reakcji.
Przez lata ustępowała. Teraz coś pękło.
— Traktujesz mnie jak pomoc domową — kontynuowała. — Mam milczeć i znosić.
— Przestań się wściekać. Nic poważnego się nie dzieje — odparł zirytowany.
— Nie oddam swojego pokoju — oświadczyła stanowczo. — I nie pozwolę twoim rodzicom wprowadzić się bez mojej zgody.
— Jak śmiesz! To moi rodzice! — wybuchł.
— A to mój dom! — krzyknęła. — Nie będę żyła z człowiekiem, który mnie ignoruje!
Mąż cofnął się, widząc determinację w jej oczach.
— Nie rozumiesz. Moi rodzice na nas liczą — zaczął zagubiony.
— A ty nie rozumiesz mnie. Po dziesięciu latach nie wiesz, iż nie jestem zabawką — przerwała.
Przeszła do kuchni, zbierając myśli.
Słowa, zbierane latami, same wypłynęły.
— Wiesz co, Łukaszu? — odwróciła się do niego.
— Wynieś się z mojego domu.
















