Igorze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj samochód! – krzyczała Marzena, ale już wiedziała,…

twojacena.pl 9 godzin temu

Pawle, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj samochód! wołała zrozpaczona Malwina, choć w duchu już czuła, iż nie ma ratunku. W drodze z bagażnika wysypały się torby prosto na szosę krajową, a samochody jadące za nimi prawdopodobnie choćby tego nie zauważyły.

I wszystkie podarunki, i drogie smakołyki, na które przez ostatnie dwa miesiące odkładali każdą złotówkę! I kawior, i wędzony łosoś, i wyborna polska szynka te przysmaki kupowali tylko na największe święta. Najcenniejsze torby z żywnością i prezentami położyli na wierzchu, żeby się nie pogniotły. Spakowali tego mnóstwo jechali przecież na Boże Narodzenie i Nowy Rok do babci Pawła na wieś.

Na trasie korek, wszyscy pchali się poza miasto. Samochody jechały jeden za drugim, powoli ale zatrzymać się od razu było trudno. Wszystko, co wypadło… przepadło.

Dzieci, które siedziały z tyłu, zaniepokoiły się patrząc na zmartwioną mamę i też zaczęły płakać. Malwina próbowała je pocieszyć, a Paweł ostrożnie zjechał na pobocze i wreszcie się zatrzymali. Jeszcze tliła się nadzieja, iż może coś odleciało na bok i leży w rowie. Cofnęli się pieszo, ale oczywiście wszystko na nic. Nie było sensu szukać, tylko czas tracili.

Dobrze już, nie przejmuj się, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Kupi się inne, rozumiesz? A jak nie, to przecież damy sobie radę powiedział Paweł, widząc jak Malwina jest rozgoryczona. To tylko rzeczy, chodźmy z powrotem do auta śnieg sypie jak z cebra, ciemno zaraz, a droga jeszcze daleka.

Ale całą dalszą drogę Malwina już nie odezwała się ani słowem. Wyrzuty wobec Pawła? Przecież samochód stary, zamek w bagażniku trzyma ledwie-ledwie, wysłużony już bardzo. Raz próbowała myśl o tym odpędzić, to znów łzy jej cieknęły. Ot, żal oszczędzała, starała się, chciała kupić wszystko, a tu taki pech! Czasem bywa gorzej, wiadomo, ale przykrość przecież zostaje. Przypomniała sobie jeszcze, iż prezent dla babci Pawła piękny, puszysty pled, samą euforia też poleciał z bagażnika. Łzy już nie zamierzały przestać.

Do wsi dojechali po północy. Wydawało się, iż babcia Maria poszła już spać, ale przed domem paliła się jeszcze lampa, a z izby wybiegła gwałtownie babcia oraz sąsiadka, pani Zofia.

Dotarliście? Dzięki Bogu! babcia obsypała całując wszystkich po kolei. Malwinko, Pawełku, dobrze żeście zdrowi! Paweł, mój złoty, a gdzie dzieci Michał i Weronika? Tu są moi milusińscy, dziękujemy Panu, wszystko dobrze!

Babciu, u nas wszystko w porządku, co tak się niepokoiłyście? Paweł objął staruszkę. Chodźmy do domu, śnieg pada, a ty tylko w narzutce Przemarzniesz jeszcze! Skąd tyle nerwów?

Babcia westchnęła, machnęła ręką. Cały wieczór z Zosią się za was modliłyśmy, nie śmiej się tylko! Nie mów, iż to przesądy! Widziałam dziś we śnie, jak wasz samochód zjeżdża z drogi prosto w rów ja to widziałam, jak na jawie! Przebudziłam się zlękniona, duszno mi było przez cały dzień i niepokój w sercu. Potem Zosia przyszła z zapytaniem, czyście już dojechali, a jej syn z rodziną był już na miejscu.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, tylko opowiedziałam jej swoje zmartwienie. Zosia na to: Niedobrze to wróży musimy się za nich pomodlić! I cały wieczór błagałyśmy Pana Boga, byście szczęśliwie dojechali. I do św. Antoniego się zwracałyśmy, by kierował wami na drodze. No i proszę, udało się cały dom żywy i zdrowy, czy może być coś cenniejszego?

Masz rację, babciu zgodzili się Malwina i Paweł jeżeli ktoś znajdzie te nasze podarki, niech się cieszy. Może jemu się bardziej przydadzą.

Nowy Rok świętowali w szerokim gronie przy suto zastawionym stole: swojskie ziemniaki, kiszone ogórki i pomidory, śledzik pod pierzynką, pieczona gęś. I oczywiście słynne babcine drożdżowe bułeczki. Michał z Weroniką cały wieczór podbierali ciepłe paszteciki przy piecu, niczego więcej im do szczęścia nie trzeba! Za dnia na górce z sąsiedzkimi dziećmi, śmiech, kuligi, zabawa do zmierzchu. Choć oczy im się już zamykają, czekają na północ, by zobaczyć jak święty Mikołaj zostawia pod choinką upominki.

Babcia Maria śmieje się, tuli do siebie prawnuki własne i Zofii. Czy może być większe szczęście niż być razem? Oto co najważniejsze.

A daleko, w zapomnianej przez świat wsi, w chatynce stały dwa stare domy. Przed stołem, na którym skromne jedzenie, siedziały dwie siostry, pani Janina i pani Barbara, oraz ich sąsiad, pan Wojciech. Trzymali się, jak tylko mogli. Bliskich nie mieli, w lecie coś tam jeszcze na grządce wyrosło, zimą o wiele trudniej. Chłód, samotność.

Ale radzili sobie wspierając się wzajemnie. Pan Wojciech przyniósł do izby gałązki choinki, na stole choć prosto, to zawsze coś do jedzenia. Po południu wyszedł do lasu nazbierać suchych gałęzi do pieca. Kiedy skręcał w stronę domu, w przydrożnej zaspie dojrzał coś dziwnego.

Podszedł bliżej, pociągnął za pasek torba. Otworzył, a tam ki cudeńka! I kawior, i ryba, i mięso. A na dnie puszysty, biały jak śnieg pled ciepły i miękki. Rozejrzał się nikogo w pobliżu. Ułożył torbę na saneczki ze szczapami i zaciągnął do domu. Rozłożył pled przed Janiną i Barbarą, rozpalił piec. Siostry ułożyły na stole świąteczne potrawy.

Nie wierzyłam, iż jeszcze w życiu zjem coś takiego! dziwiła się Barbara.

Ja też bym nie pomyślała, iż taki cud nas spotka odparła Janina.

To chyba Pan Bóg nam zesłał podsumował pan Wojciech. Może za doznane w życiu przykrości, nagrodę nam dał. Może jeszcze pożyjemy, pocieszymy się tym, co dobre.

Nie warto rozpaczać nad utraconymi rzeczami być może to była opłata za większe nieszczęście, które ominęło rodzinę. Cieszmy się z tego, co prawdziwie cenne zdołaliśmy zachować.

Idź do oryginalnego materiału