Piotrze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj samochód! wykrzyknęła Dorota, ale już wiedziała, iż nic się nie da zrobić. Ich rzeczy wysypały się na jezdnię, a auta jadące za nami pewnie ich choćby nie zauważyły.
I prezenty, i smakołyki, na które oszczędzaliśmy przez ostatnie dwa miesiące! I słoik czerwonego kawioru, trochę łososia, pyszna szynka dojrzewająca i cała masa rarytasów, które kupujemy tylko na wielkie okazje. Siatki z drogimi produktami i prezentami leżały na wierzchu w bagażniku, żeby się nie pogniotły. Było tego sporo jechaliśmy do babci Piotra na święta, na wieś.
Na trasie korek wszyscy, jak my, uciekali z Warszawy. Samochody jechały jeden za drugim, ślimaczo. Ale natychmiast się zatrzymać praktycznie nikt nie mógł. Wszystko, co wypadło przepadło!
Dzieci, które siedziały z tyłu, przejęły się, widząc zmartwioną mamę, i zaczęły płakać. Dorota spróbowała je uspokoić, a Piotr w końcu zjechał na pobocze. Z nadzieją, iż może rzeczy potoczyły się na bok, szliśmy poboczem wstecz, ale nic z tego nie było sensu szukać, tylko czas traciliśmy.
Słuchaj, daj już spokój, nie ma tego, co się nie da odzyskać, trudno, kupimy coś innego następnym razem, zrozumiałaś? powiedział Piotr, widząc, jak Dorota się rozkleiła. To przecież tylko rzeczy, chodźmy do samochodu. Śnieg sypie, robi się ciemno, droga przed nami daleka.
Ale potem Dorota milczała przez resztę drogi. Co miała robić, czepiać się Piotra, iż niedokładnie zamknął bagażnik? Nasz samochód i tak jest stary, więc i zamek nie trzyma jak należy. Dorota siłą powstrzymywała łzy, ale żal był ogromny tyle się szykowała, oszczędzała na świąteczne rarytasy, a tu taka strata. Raz po raz znów się rozżalała, przypominając sobie jeszcze, iż prezent dla babci gruby puchaty koc też był w bagażniku. I zrobiło jej się jeszcze ciężej na sercu.
Na wieś dotarliśmy dobrze po północy. Byliśmy pewni, iż babcia Helena już poszła spać, zrezygnowana. Ale lampka nad gankiem świeciła się jasno, a z chałupy wybiegła babcia z sąsiadką Zofią.
Nareszcie, dzięki Ci Panie Boże! Babcia rzuciła się wszystkim na szyję. Dorotko, Piotrusiu, już nie wiedziałyśmy, co o was myśleć! Piotrek, skarbie, a gdzie Jacek i Ludmiła? Ach, są! Moje kochane wnuki! Dzięki Bogu, wszystko dobrze skończone!
Babciu, spokojnie, co ci się stało, iż taka przejęta jesteś? objął ją Piotr. Chodź do domu, śnieg wali, a ty w samym szalu, zmarzniesz! Czemuś się taka roztrzęsła?
Babcia tylko machnęła ręką. Ja z Zofią modliłyśmy się za was cały wieczór, tylko się nie śmiej! I nie mów, iż takie rzeczy się nie zdarzają. Ja miałam dzisiaj widzenie, Piotrze, normalnie przed oczami mi stanęło. Zasypiałam po obiedzie i nagle widzę waszą samochodem wpadającym w poślizg i tragedia! Obudziłam się cała we łzach. Miałam złe przeczucia przez cały dzień, nie mogłam się uspokoić. Potem przyszła Zofia pyta, czy już jesteście, jej syn już przyjechał z rodziną.
Nie mogłam się opanować, tylko jej powiedziałam, co widziałam. Zofia od razu: Zła sprawa, musimy się za nich pomodlić, jeszcze nie za późno. No i modliłyśmy się gorąco, prosiłyśmy Boga, żebyście szczęśliwie dojechali. Do świętego Antoniego i świętego Mikołaja się modliłyśmy. I widzisz wszystko dobrze! Nie wiem, czym zasłużone, ale cieszę się z całego serca, iż jesteście wszyscy razem!
Masz rację, babciu, zgodziliśmy się z Dorotą, A jeżeli ktoś znalazł nasze rzeczy i prezenty, to może właśnie im były bardziej potrzebne. Niech im służy na zdrowie.
Nowy Rok powitaliśmy w wielkim rodzinnym gronie przy suto zastawionym stole. Nasze własne ziemniaki, kiszone ogórki, pomidory, tradycyjny śledź pod pierzynką i pieczona gęś palce lizać! I oczywiście słynne pierogi babci. Jacek i Ludmiła przez cały wieczór wyjadali gorące pierogi z wielkiego garnka przy piecu, nic więcej im nie trzeba! W dzień szaleli z dzieciakami sąsiadów na górce. Wszyscy już ledwo patrzyli ze zmęczenia, ale oczy szeroko otwarte, bo trzeba zobaczyć, jak Mikołaj położy prezenty pod choinką!
Babcia Helena śmiała się, tuliła prawnuków i swoich, i Zofii. Szczęście! Najważniejsze, iż jesteśmy razem.
W zapomnianej przez świat wiosce, trzy domy dalej, przy wspólnym stole jadły kolację dwie stare siostry, Jadwiga i Genowefa, i ich sąsiad, pan Władysław. Życie im nie szczędziło trudów. Rodziny żadnej nie mieli, latem jeszcze da się jakoś żyć ogród, warzywa zimą ciężko, zimno, samotnie.
Ale jakoś sobie radzili, najważniejsze byli razem. Pan Władysław przyniósł w Wigilię trochę drewna z lasu i ustawił choinkę. Na stole mieli najprostsze potrawy, ale było co zjeść. Wracając z lasu, ciągnąc drewno na sankach, nagle spostrzegł w zaspie coś dziwnego.
Podszedł, pociągnął za rączki torba. Otworzył ją a tam same cuda: kawior, łosoś, szynka, na dnie piękny biały koc jak śnieg, miękki i ciepły. Rozejrzał się Władysław, pusto, nikogo nie ma. Zapakował torbę na sanki, z drewnem zabrał do domu. Rozłożył koc przy stole, napalił w piecu, Jadwiga z Genowefą wyłożyły przysmaki na stół.
Myślałam, iż już nigdy w życiu tak dobrze nie pojem zdziwiła się Genowefa.
Ja też w cuda przestałam wierzyć odpowiedziała Jadwiga.
To chyba Pan Bóg nam zesłał. Może taka nasza nagroda pod koniec życia, żeby się jeszcze trochę ucieszyć podsumował pan Władysław.
Nie warto płakać po rzeczach, które się zgubiło. Może to sam Pan Bóg tak chciał, może dzięki temu uniknęliśmy znacznie większego nieszczęścia. Lepiej cieszyć się z tego, co się ma: zdrowia, rodziny, wspólnie spędzonych świąt. To najważniejsze i dziś wiem to lepiej niż kiedykolwiek.












