Idę do młodej! oznajmił dziadek, siedemdziesiąt jeden lat, próbując upchnąć w walizce kraciasty koc, który wyraźnie nie miał ochoty na przeprowadzkę.
Janusz Pawłowski wypowiedział to zdanie tak, jakby właśnie ogłaszał załogowy lot na Marsa albo odkrycie nowego kontynentu. Głośno, z dramatyczną nutą, licząc na efekt wybuchu bomby atomowej.
Ale żadnej eksplozji nie było. choćby nie sykło.
Jego żona, Danuta Pawłowska, stała przy desce do prasowania i powoli przesuwała żelazko po jego białej koszuli. Para z cichym sykiem unosiła się w powietrzu, wypełniając ciepłem kawalerkę.
Słyszę, Janusz odpowiedziała spokojnie, choćby nie podnosząc wzroku. Spakowałeś ocieplane kalesony? Listopad za oknem, a twoja młoda ci nerek kurować nie będzie.
Janusz zamarł, a ręka ze zgniecioną skarpetą zawisła w powietrzu. Oczekiwał wszystkiego lecących talerzy, jęków, szantażu emocjonalnego, choćby zawału.
Ale nie zwyczajnego pytania o bieliznę.
Co mają do rzeczy kalesony, Danusia?! jęknął, czując jak twarz mu się rumieni. Ja ci o miłości mówię, o nowym życiu, o renesansie!
W końcu wcisnął ten koc, przysiadł na wieku walizki całym ciężarem i szarpnął zamek. Walizka skrzypnęła żałośnie, dźwiękiem przypominającym jego własne stawy, ale się zamknęła.
A ty mi o kalesonach! Tylko to dla ciebie ważne! Przyziemna jesteś, nuda! sapnął. Tam, u niej, będę wolny! Wzniesiemy się razem!
A ta energia ma przynajmniej jakieś imię? Danuta delikatnie powiesiła wyprasowaną koszulę na wieszak i podała ją mężowi. Czy w telefonie tylko zapisane Króliczek?
Nazywa się Wioletta! wyprostował się dumnie Janusz, odbierając koszulę. I nie jest zwykłą kobietą, ona jest muzą!
Danuta prychnęła cicho, doskonale wiedząc, iż jedyne poezje, które wzruszały Janusza, to były jego własne toasty podczas imienin.
Wioletta Ładnie. A ile ta twoja muza ma lat?
Dwadzieścia osiem! wypalił, z wyzwaniem spoglądając na żonę.
Danuta odłożyła żelazko i długo, uważnie mu się przypatrywała. Tak patrzy się na sfatygowaną szafkę, której właśnie odpadły drzwiczki.
Janusz odezwała się miękko, ale w jej głosie czuć było stal. Tobie siedemdziesiąt jeden. Bolą cię plecy po siedzeniu na klopie, a i bez diety wątroba od razu siada.
Westchnęła:
Co ty z tą Wiolettą zrobisz? Będziesz jej czytał Norwida przed snem?
Nic ci do tego! odburknął, chwytając za rączkę walizki. Będziemy podróżować! Spacerować po księżycu! Korzystać z życia! Jeszcze mogę!
Z impetem próbował podnieść walizkę, ale ta okazała się podejrzanie ciężka. W krzyżu coś mu zakuło, ale utrzymał twarz.
Nie można się pokazywać słabym przed niemal byłą żoną.
Weź tabletki na ciśnienie, Casanovo rzuciła Danuta, wracając do prasowania poszewki. Są w górnej szufladzie komody. I maść do pleców też.
Nie są mi potrzebne! skłamał. Serce tłukło mu się jak młotem. Przy niej czuję się jak trzydziestolatek! To koniec, Danusia. Zostawiam ci mieszkanie. Jestem dżentelmenem.
Dziękuję, żywicielu kiwnęła głową. Klucze zostaw na komodzie. I śmieci wyrzuć, skoro już idziesz.
To go dobiło. Żadnej sceny, żadnych łez. Po prostu wynieś śmieci.
Chwycił reklamówkę spod drzwi, zadarł brodę i wyszedł. Drzwi zamknęły się miękko, choćby nie trzasnęły.
Znalazł się na klatce schodowej, gdzie pachniało kocim moczem i smażonym ziemniakami od sąsiadów. Walizka ciągnęła mu rękę, plecy bolały, a w kieszeni zawibrował telefon.
To pewnie Wioletta, czekała na swego rycerza.
Zamówił windę, wyciągnął telefona, serce przyspieszyło. Wiadomość: Januszku, kiedy będziesz? Stolika nam już zarezerwowałam. Mała niespodzianka….
Przeczytał dokładniej: Muszę pilnie przelać dwa tysiące złotych mamie na leki, ja mam limit na karcie. Przelej mi, oddam przy spotkaniu!
Zmarszczył brwi. Dziwne. Wczoraj prosiła tylko o osiemset na taksówkę, przedwczoraj pięćset na internet, tydzień temu dał jej trzy tysiące na kursy rozwoju duchowego.
Winda przyjechała. Janusz wciągnął walizkę, nacisnął parter. W lustrze zobaczył starszego pana z czerwonym nosem i zdezorientowaną miną.
Idę do młodej powtórzył w duchu, ale słowa straciły swój heroiczny połysk.
Na zewnątrz była plucha: deszcz, wiatr strącający ostatnie liście. Janusz ciągnął walizkę na przystanek Wioletta mieszkała po drugiej stronie Krakowa, w nowych blokach.
Usiadł na mokrej ławce i wyciągnął telefon, by zrobić przelew. Ręce mu zgrabiały z zimna. W bankowości zobaczył: 1700 zł. Emerytura dopiero za tydzień.
Cholera syknął.
Napisał: Wioletko, kochanie, mam mało na koncie, przyniosę gotówkę, mam zaskórniak.
Odpowiedź przyszła natychmiast: emotka przewracająca oczami. Potem: Janusz, no weź, pożycz od kogoś! Mamie źle! jeżeli mnie kochasz, dasz radę!
Janusz. Jak sąsiadowego kota.
Coś nieprzyjemnego obudziło się w środku. Nie była to miłość, raczej podejrzenie.
Nagle przypomniał sobie, iż nigdy nie rozmawiał z Wiolettą na kamerze. Zawsze zepsuta albo słaby internet. Ale zdjęcia piękne, prosto z katalogu
Postanowił zadzwonić choćby by usłyszeć jej głos. Długie sygnały, potem odrzucenie połączenia.
Nowa wiadomość: Nie mogę mówić, płaczę!
Janusz siedział na przystanku i obejmował swoją walizkę. Przejeżdżające auta chlapały go wodą z ulicy.
Zimno mu było, pomimo białej koszuli i jesiennej kurtki. Plecy piekły tak, iż aż chciało się łkać.
Wioletta powiedział na głos. Imię brzmiało plastikowo.
Telefon znów zawibrował: No ile można?! Przelałeś? jeżeli nie, nie przyjeżdżaj. Nie chcę zaradnego mężczyzny, tylko tego, który umie rozwiązywać problemy.
Zapatrzył się w ekran, litery się rozpływały.
Przypomniał sobie Danusię. Jak wczoraj wieczorem bez słowa nasmarowała mu plecy maścią, gdy go złapało. Jak gotowała te parowane pulpety, których szczerze nie cierpiał, ale jadł, bo wątroba już nie ta.
Jak zawsze wiedziała, gdzie jego skarpetki leżą.
Nie chcę mężczyzny
Wyobraził sobie siebie w mieszkaniu Wioletty. Obca kanapa, obcy zapach, obce zasady. Konieczność bycia wiecznie młodym.
Płacić, płacić, płacić za prawo bycia blisko młodości.
A jak mu tam kręgosłup wysiądzie czy nasmaruje mu plecy? Czy westchnie i pójdzie do innego pokoju?
Janusz powoli wstał, kolana chrupały jak stare patyki. Spojrzał na nadjeżdżający autobus na nowoczesne osiedla nie ruszył się z miejsca.
Autobus odjechał, okładając go spalinami.
Jeszcze chwilę postał na pustej ulicy, po czym odwrócił się i ruszył z powrotem. Do domu.
Droga była długa. Winda się zepsuła, klasyka. Trzeba było gramolić walizkę na trzecie piętro piechotą.
Na każdym półpiętrze przystawał, dyszał i wycierał pot z czoła. Serca tłukło się już nie przez miłość, ale przez tachykardię.
Pod własnymi drzwiami postawił walizkę i zadzwonił dzwonkiem. Cisza. Nikt nie otwierał.
Zalała go fala paniki zimnej i lepkiej. A jeżeli ona jednak wyszła? Może się obraziła i zmieniła zamki?
Przecież klucze położył jak ostatni dureń na komodzie! Zadzwonił jeszcze raz, długo i z uporem.
Danusia! zawołał zachrypniętym głosem. Danusia, otwórz!
Klik. Drzwi otworzyły się. W progu stała Danuta, spokojna, w domowym szlafroku.
Janusz stał przed nią, mokry, ubłocony, z czapką przemokłą od deszczu w ręku. Na policzkach miał łzy prawdziwe, gorzkie łzy żalu do samego siebie, do swej głupoty i do starości, która przyszła nie z mądrością, a z bredniami.
Ja zaczął, głos mu się złamał. Ja, Danusiu Był autobus I deszcz I pomyślałem
Nie mógł przyznać prawdy, iż Wioletta okazała się osobą, której zależało tylko na pieniądzach. To byłoby zbyt upokarzające.
Danuta spojrzała na niego, potem na walizkę, westchnęła.
Wyniosłeś śmieci? spytała.
Janusz spojrzał na swoją wolną rękę. Nie miał reklamówki. Zostawił ją na przystanku.
Zapomniałem wyszeptał, spuszczając wzrok.
Danuta pokręciła głową i przesunęła się w bok, wpuszczając go.
Wejdź już, Romeo. Herbata stygnie. I ręce umyj, wyglądasz jak z budowy.
Wszedł do przedpokoju, wciągnął przeklętą walizkę. Znajomy zapach prania i leków uderzył mu do nosa. Najlepszy zapach świata.
Zsunął buty, poszedł do łazienki, opłukał twarz zimną wodą. W lustrze zobaczył zmęczonego starca, ale już mniej żałosnego.
Gdy wrócił do kuchni, Danuta nalewała herbatę do jego wielkiego kubka. Na stole parowały parowane kotlety.
Danusia wybacz mi głupotę. Starzeję się, rozumiesz? Coś mi odbiło
Jedz rzuciła krótko, nie patrząc.
Naprawdę Jaka Wioletta? Jaka muza? Ja bez ciebie nie wiem, gdzie dowód osobisty leży.
W dokumentach, w górnej szufladzie odparła automatycznie, siadając naprzeciw. Janusz, proszę cię, nie rób już takich przedstawień. Wróciłeś i starczy.
Jadł kotleta, a ten smakował cudownie, lepiej niż każdy stek.
Ta Wioletta spróbował jeszcze odrobinę uratować twarz Pali, wyobraź sobie. I brzydko się odzywa.
Danuta spojrzała ponad okularami, w jej oczach zatańczyły iskierki.
Ależ okropność odparła śmiertelnie poważnym tonem. Nic dziwnego, iż musiałeś uciekać.
Oczywiście! przytaknął z nową energią. Mówię jej: Pani Wioletto, pański słownik nie przystoi tak dostojnej osobie! I wyszedłem.
Machnął ręką:
Zrozumiałem, iż pomyliłem się strasznie. Pustka, Danusia. Kompletny kosmos.
Najważniejsze, iż zrozumiałeś to na przystanku, nie w USC.
Wyciągnęła z szafki maść i położyła mu przed nosem.
Plecy pewnie oberwały, co?
Janusz zaczerwienił się.
Trochę.
Rozbieraj się, posmaruję.
Zdjął koszulę, krzywiąc się. Znajome, pewne ruchy Danuty sprawiły, iż poczuł ulgę i coś, czego Wioletta by mu nie dała ciepło, bezpieczeństwo.
Danusiu
No?
Wiedziałaś, iż wrócę?
Danuta dała mu prztyczka w zdrowe ramię. Procedura skończona.
Bo w walizce nie miałeś bielizny, ani leków, ani nic przydatnego. Upchnąłeś za to mój stary futrzak, co miał iść do pralni.
Janusz zamarł i obrócił się wolno.
Futrzak?
Futrzak. Rano widziałam, jak pakujesz. Myślisz, iż nie zauważę? Przecież bez okularów nic nie widzisz.
Na chwilę wszystko ucichło. Janusz przetrawiał informację idąc po nowe życie zabrał… futrzak żonę i koc.
Nagle parsknął śmiechem. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż śmiech przeszedł w kaszel i wrócił jako śmiech.
Danuta spojrzała na niego kąciki jej ust ledwie drgnęły.
No, stary capie powiedziała bez złości. Dojadaj. Jutro jedziemy na działkę, trzeba znieść słoiki do piwnicy. Tam będziesz miał fitness i świeże powietrze.
Pojedziemy, Danusiu, na pewno skinął głową, wycierając łzy śmiechu.
Telefon w spodniach zawibrował. Spojrzał: Wioletta: Gdzie jesteś?! MAMA UMIERA!! Przelej chociaż pięćset!!
Zdecydowanym ruchem kliknął Zablokuj. Potem Usuń czat. Telefon położył ekranem do stołu.
Danusia, może zamiast tych słoików upieczemy na grilla? Zamarynuję mięso jak lubisz, z cebulką.
Danuta uniosła brwi zaskoczona.
Grill? A wątroba?
W czort z wątrobą. Raz się żyje.
Chwycił jej rękę szorstką, pracowitą i niezdarnie, ale szczerze ucałował.
Dziękuję, iż otworzyłaś mi drzwi, Danusiu.
Ona wyjąła rękę z lekkim zawstydzeniem.
Jedz lepiej, Casanovo, bo zaraz zupełnie wystygnie.
Za oknem szalał deszcz, wiatr targał gałęziami, ale w kuchni było ciepło i jasno. Na krześle wisiała wyprasowana koszula, pachniało herbatą i maścią.
I był to najpiękniejszy zapach świata.
Janusz patrzył na żonę i myślał, iż dwadzieścia osiem lat to niby młodość, ale tylko jedno miejsce na świecie, gdzie zawsze czekają na ciebie choćby jeżeli w walizce przywieziesz nie to, co trzeba.
Danusia
No co jeszcze?
Muszę w końcu oddać ten futrzak do pralni. Jutro zawiozę.
Oddaj, tylko zabierz walizkę. Koc weź też, bo mi zimno w nogi.
Janusz pokiwał głową i ugryzł z apetytem kolejnego kotleta.
Życie toczyło się dalej. I, biorąc pod uwagę wszystko, nie było wcale takie złe.
Bo czasem to, za czym gonimy, jest u nas pod nosem i daje więcej szczęścia, niż nam się wydaje.











