I w biedzie, i w szczęściu – Opowieść o Antoninie, która po wczesnej stracie męża szuka szczęścia i …

twojacena.pl 4 godzin temu

Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć, bo aż mi się serce wyrywa, jak o tym myślę. Może i długie, ale takie życie, wiesz jak jest.

Jadwiga została wdową jak miała czterdzieści dwa lata. Wtedy już jej córka, Hania, dawno była po ślubie z chłopakiem z sąsiedniej miejscowości i wyjechała z mężem na północ za ciężkim groszem, jak to mówią. Od czasu do czasu dzwoniła, uspokajając matkę, iż wszystko układa się super, iż ma pracę, znajomych, teściów. Jadwiga jednak czuła na sercu, iż córka się oddala jak odcięty kawałek chleba.

Pracy na wsi nie miała jedyną szkołę, w której Jadwiga była pomocą kucharki, zamknęli. Ale się nie dała. Wsiadała w autobus i dwa razy w tygodniu jechała na targ do sąsiedniej wsi, gdzie jej stałe klientki kupowały mleko i twaróg. Z tego ledwo co starczało na życie, ale czego miała się skarżyć? Żyła sama, jadła to samo, co sprzedawała, z własnego warzywniaka.

Nie miała choćby czasu myśleć o samotności, bo roboty w gospodarstwie zawsze pod dostatkiem kury, gęsi, kaczki na podwórzu, krowa Malwa w oborze, no i kot Puszek, co się plątał pod nogami. Jak wszystko nakarmisz, sprzątniesz, wodę nanosisz dzień zleciał.

Jedyną chwilę dla siebie Jadwiga zostawiała na popołudnia siadała wtedy na stołku pod oknem i patrzyła na świat: na spokojne brzozy na tle nieba. Za brzózkami płynął strumyk z zimną, czyściutką wodą, która spływała do małego stawu.

Pewnego ranka Jadwigę zerwał hałas pod dom zajechały maszyny. Przeciągnęła się, narzuciła na siebie stary flanelowy szlafrok po mamie i wyszła zobaczyć, o co chodzi. Pod domem kręciła się grupa ludzi przysłuchiwali się jednemu, dobrze ubranemu facetowi. Podeszła bliżej i pyta:
Dzień dobry, mogę zapytać, co tu się dzieje?
A facet na to:
Dzień dobry, a Pani tu mieszka? Kupiłem właśnie ten kawałek ziemi, będziemy sąsiadami, bo chcę tu wybudować dom dla brata.

Jadwiga wróciła do kuchni, trochę oszołomiona. gwałtownie się ubrała i pobiegła do sklepu, żeby się dowiedzieć, kto ten biznesmen. Sklepowa, gadatliwa Teresa, już wszystko wiedziała:
Bogaty, podobno z Warszawy przyjechał. Dom nie dla siebie, tylko dla brata bliźniaka podobno chory i lekarze kazali mu na wieś się przeprowadzić, bo tu powietrze inne, las blisko, woda zdrowa
A może jeszcze sklep otworzy? Jadwiga rzuciła z nadzieją.
Rozmarzyłaś się kobieto zaśmiała się Teresa.

Wychodząc, Jadwiga wpadła na Zbyszka, kierowcę chleba, co rozwoził bochenki po okolicznych wsiach. Niósł wielki kosz, więc poprosił:
Jadwiga, potrzymaj drzwi, proszę.
Wzięła w zamian jeszcze ciepłą bułkę.
Między nimi od lat było coś na rzeczy, choć Jadwiga unikała Zbyszka był młodszy i wszyscy w wiosce uważali, iż jej nie wypada. On wciąż czekał, ale ona sama się ograniczała, uważała, iż powinna mu dać spokój.

Prace przy budowie nowego domu poszły szybko. W końcu stanął solidny dom z czerwonej cegły, aż okna zaczęły w nim błyszczeć. Jadwiga przyniosła ciasto i weszła bez pytania, witając sąsiadów. Ekipa remontowa przyjęła ciasto, ale na temat pracy nie było mowy wyraźnie dali jej do zrozumienia, iż szef wszelkie decyzje podejmuje, a jego akurat nie było.

Jadwiga wróciła do swojego domku, który wydawał jej się przy tym nowym jeszcze bardziej lichy i zapuszczony. Szkoda jej było, bo kiedyś budowa domu oznaczała wspólne poznawanie sąsiadów, a tutaj głucha cisza, jakby ludzi wokół nie było.

Ale to się gwałtownie zmieniło. Niedługo później sąsiedni dom rozbłysł światełkami na Boże Narodzenie, a potem podjechały auta z meblami i pojawiła się młoda dziewczyna Sylwia, piękna, zgrabna, w białym płaszczu. Jadwiga kręciła nosem: Pewnie jakaś miss, co jej będę. Brata właściciela choćby nie widziała szyby zasłonięte, na dwór nie wychodził. Sylwia do sklepu chodziła rzadko i niemal zawsze unikała kontaktu, choćby nie patrzyła Jadwidze w oczy.

Minął ponad rok, aż pewnego dnia Sylwia zapukała do drzwi Jadwigi i pyta, czy nie sprzeda jej mięsa, masła, śmietany i ziemniaków płaci gotówką.
Jadwiga aż podskoczyła, wyciągnęła z zamrażarki mięso i zaczęła opowiadać, jak najlepiej je przyrządzić. Sylwia była kompletnie zielona nie wiedziała, jak się gotuje, nic nie potrafiła w kuchni. W końcu Jadwiga zaproponowała, iż może gotować obiady za drobną opłatą.

Tak się zaczęła jej nowa praca gotowała dla sąsiadów, a w zamian raz w tygodniu dostawała wypłatę od pana Andrzeja, małomównego właściciela domu. Z czasem ocieplił się do niej wiadomo, przez żołądek do serca. gwałtownie się jednak okazało, iż Sylwia nie zamierza sprzątać, ani się przykładać. Jadwiga z własnej inicjatywy umyła cały dom, aż pan Andrzej się oburzył, iż za to jej nikt płacić nie będzie. Zasmuciła się, ale postanowiła, iż nie ma co się narzucać.

Wkrótce biznesmen przestał przyjeżdżać, Sylwia stała się jeszcze bardziej nerwowa, przestała zamawiać mięso, a tylko mleko, jaja i ziemniaki. Wychodziła z siebie, narzekała, iż na wsi nudy, iż nie ma centrum handlowego ani kawiarni.

Któregoś dnia Jadwiga weszła do domu, a tam chaos rozwalone szafki, rozrzucone rzeczy, porozbijane talerze, a w kuchni zapity pan Andrzej. Okazało się, iż Sylwia odeszła i zostawiła go samego. Poprosił Jadwigę o mięso, więc mu przyniosła, zajęła się też sprzątaniem. Wtedy pierwszy raz powiedział jej komplement, faktycznie docenił zaprosił by została, a choćby żeby się napiła z nim. Nie piła, ale opiekowała się nim trochę z litości, trochę z przyzwyczajenia.

Wieść po wsi gwałtownie się rozeszła, iż widuje się ich razem, a Teresa ze sklepu zaczęła podpytywać:
Jadwiga, a ty dla kogo te papierosy, ser i wędlinę bierzesz?
Odcięła się, iż dla sąsiada, bo tam sprząta i gotuje, ale plotki już się kręciły. Teresa ostrzegała ją, iż tylko się nią zabawi i porzuci, jak się znudzi. Trochę bolały ją te słowa, bo i Zbyszek nagle przestał z nią rozmawiać.

Tymczasem Andrzej zaczął przygotowywać się do ślubu, obiecywał jej wspólne życie, choćby własność pięknego domu. Jadwiga po staremu prowadziła gospodarstwo, biegała do swojego domu rano, żeby napalić w piecu i nakarmić zwierzaki, ale marzyła już o spokojnym życiu z mężem.

Po ślubie zamieszkała z Andrzejem w nowym domu. Dostała złoty pierścionek, zrobiła przyjęcie. Ale sielanka nie trwała długo Andrzej pił coraz więcej, domagał się mięsa na każdą kolację i był coraz bardziej marudny. Chciał, żeby Jadwiga poderżnęła swoją ukochaną krowę Malwę, bo miał ochotę na gulasz. Sama nie dałaby rady, więc poprosiła o pomoc Zbyszka jej starego adoratora a on zgodził się, ale wyraźnie było mu żal.

Niedługo po tym przyjechała na weekend Hania z mężem. Zobaczyła, co się dzieje Andrzej pijany, dom rozbebeszony. Skarciła matkę, iż takie to małżeństwo, gdzie ona tylko służy mężowi. Jadwiga tłumaczyła, iż dom piękny, iż nie jest źle, ale Hania nie dała się przekonać. choćby zamknęli spiżarnię na klucz przed córką, żeby nie wydała mięsa do domu.

W końcu wyszło na jaw, iż dom, w którym mieszkają, był własnością zmarłego brata Andrzeja i teraz należy do jego żony. Ona zadzwoniła i kazała im się wyprowadzić. Andrzej zaczął nagle kombinować, jak zatrzymać dom namawiał Jadwigę, żeby rodziła dzieci, nie dała się wygryźć, groził, iż jak się nie uda, to lecą do jej starego domu i wywiozą wszystko co się da. Jadwiga miała już dosyć. Zrozumiała wtedy, iż on ją po prostu wykorzystuje.

Wróciła do siebie, a spiżarnia, którą otworzyła, była prawie pusta Andrzej zamienił całe mięso na alkohol i rozdał, co się dało. To był dla niej gwóźdź do trumny powiedziała mu dość i postanowiła złożyć pozew o rozwód.

Ale to nie był koniec jej problemów. Andrzej znalazł sposób próbował wedrzeć się do jej domu w nocy, zaczepiał ją, aż w końcu Jadwiga uciekła nocą przez śnieg do Teresy. Tam przeczekała kilka tygodni, aż Andrzej wyjechał z wioski. Wtedy mogła wrócić do swojego pustego domu cały zapas żywności, wszystko zostało wyjedzone i rozkradzione.

Wtedy przyszedł Zbyszek przyniósł jej kotka Puszka i powiedział, iż rozmawiał po męsku z Andrzejem i wygonił go z wsi. Zaprosił Jadwigę do siebie, do ciepłego domu, jego mama upiekła dla niej ciasto. Tak się jakoś złożyło, iż w końcu się pobrali.

Z czasem Hania wybaczyła mamie całą historię i z mężem parę razy przyjechali na święta. Andrzej wrócił do miasta i podobno ożenił się z jakąś wdową.

W lato wprowadzili się nowi sąsiedzi żona zmarłego biznesmena okazała się miła, od razu przytaszczyła Jadwidze placek, pogadały jak kobieta z kobietą, choćby się zaprzyjaźniły.

A jak spytała o Andrzeja, ta tylko zaśmiała się:
Andrzej? On zdrowy jak byk tylko chla na umór. Mój świętej pamięci mąż myślał, iż jak go tu przywiezie, to mu się odmieni. Ale Andrzej jak pił, tak pije dalej!

No i co, życie Raz na górce, raz w rowie. Ale Jadwiga mimo wszystko odnalazła spokój.

Idź do oryginalnego materiału