Nazywam się Teresa, mam 73 lata i mieszkam w Gdańsku, nieopodal morza. Mój dom to spore mieszkanie w starej kamienicy: wysokie sufit, duże okna, dwie łazienki i duży werandowy balkon, na którym przez morski wiatr ciągle osiada słony pył. Od śmierci mojego męża Andrzeja minęło już sześć lat. Mieszkam sama i przez długi czas wydawało mi się, iż tak właśnie musi być – iż o każdy kąt muszę zadbać sama, własnymi rękami.
Wychowano mnie w przekonaniu, iż kobieta, która nie potrafi sama utrzymać domu w czystości, jest po prostu złą gospodynią. Przez całe życie łączyłam pracę zawodową w biurze z opieką nad dziećmi, gotowaniem i szorowaniem podłóg. Sprzątanie było czymś bezdyskusyjnym.
I chcę wyraźnie zaznaczyć: ja wciąż POTRAFIĘ posprzątać cały dom. To kluczowa sprawa, bo całe nieporozumienie z moją synową zrodziło się właśnie wokół tego słowa.
Wciąż jestem w stanie wyciągnąć odkurzacz, umyć kafelki, przetrzeć szyby czy zmienić ciężką pościel. Wciąż wchodzę na małą drabinkę, by sięgnąć do najwyższych szafek. Ale ceną za to jest potworne zmęczenie. Po całym dniu sprzątania moje stawy protestują, a kręgosłup boli tak bardzo, iż wieczorem nie mam siły na czytanie książki ani na spacer nad morze.
Kilka miesięcy temu moja znajoma Maria powiedziała mi przy herbacie, iż od dwóch lat korzysta z pomocy pani Oksany. Pani Oksana przychodzi do niej dwa razy w miesiącu. Maria powiedziała mi wtedy coś, co mocno utkwiło mi w pamięci: „Tereso, nie kupujesz sprzątania. Kupujesz sobie wolne przedpołudnia i zdrowie.”
Dostałam do niej numer, ale zwlekałam tygodniami. Wydawało mi się, iż to fanaberia. Płacić komuś za coś, co przecież potrafię zrobić sama? Przecież nie jestem niepełnosprawna!
Wszystko zmieniło się w pewną duszną sobotę. Rano wzięłam się za wielkie sprzątanie. Na popołudnie byłam umówiona z przyjaciółkami na seans w kinie i spacer po Starówce. Tak bardzo czekałam na to wyjście. Kiedy jednak po czterech godzinach szorowania łazienki i mycia podłóg skończyłam pracę, z wyczerpania bolały mnie choćby dłonie. Byłam tak zmęczona, iż zadzwoniłam do Marii i skłamałam, iż źle się czuję i muszę zostać w domu.
Siedziałam na kanapie w idealnie czystym salonie i poczułam ogromny smutek. Zrezygnowałam z wyjścia z ludźmi, z kultury i euforii tylko po to, żeby udowodnić sobie, iż w wieku 73 lat potrafię sama wyszorować prysznic.
Wtedy podjęłam decyzję. Zadzwoniłam do pani Oksany.
Pani Oksana przychodzi do mnie dwa razy w miesiącu na cztery godziny. Myje okna, szoruje łazienki, odkurza i zmywa podłogi. Ja robię tylko drobne codzienne porządki. Kosztuje mnie to mniej niż wypad z rodziną na obiad do dobrej restauracji, a odzyskałam cenny czas i spokój ducha.
Mój syn Piotr, kiedy się o tym dowiedział, zareagował wspaniale: „Mamo, super! Bardzo się cieszę, iż sobie ułatwiasz życie.”
Sytuacja skomplikowała się jednak podczas niedzielnego obiadu, kiedy Piotr przyjechał do mnie ze swoją żoną Sylwią i dziećmi. Gdy piliśmy kawę, pani Oksana napisała do mnie wiadomość z pytaniem o zmianę godziny wizyty. Sylwia zauważyła to i zapytała, kto do mnie pisze.
Gdy wyjaśniłam, iż to pani od sprzątania, Sylwia popatrzyła na mnie z zaskoczeniem i powiedziała: „Zatrudniłaś kogoś do sprzątania? Ale mamo… przecież ty JESZCZE możesz robić to sama!”
To słowo – JESZCZE – zadźwięczało mi w głowie niczym dzwon alarmowy.
Ty jeszcze sama jeździsz samochodem. Ty jeszcze sama robisz zakupy. Ty jeszcze sama dajesz radę sprzątać.
Zdałam sobie sprawę, iż w oczach innych ludzi starsza osoba stale podlega próbie sprawności. Jakby wszystko, co robi, miało swoją ukrytą datę ważności, a otoczenie tylko czekało, aż wreszcie opadnie z sił.
Nie powiedziała wtedy nic, ale po kilku dniach, gdy Sylwia przyjechała oddać mi pożyczoną formę do ciasta, zaprosiłam ją na herbatę. Powiedziałam jej wprost, iż jej słowa nieco mnie zraniły.
Sylwia była zmieszana: „Mamo, nie chciałam cię skrzywdzić! Po prostu uważałam, iż to niepotrzebny wydatek, skoro jesteś sprawna i tego nie potrzebujesz.”
Odpowiedziałam jej spokojnie: „Sylwio, ja nie potrzebuję, żeby ktoś sprzątał za mnie. Ja po prostu CHCĘ mieć kogoś do pomocy.”
Wtedy zapytałam ją o jej regularne wizyty u kosmetyczki i na paznokciach. Sylwia uśmiechnęła się zmieszana, bo natychmiast zrozumiała sens moich słów.
„Potrzebujesz tego?” – spytałam.
„Nie, ale lubię to” – odpowiedziała.
„Właśnie. Ja też nie muszę mieć pani Oksany. Ale płacę za coś, co ułatwia mi życie i daje mi komfort.”
Rozmowa zakończyła się w atmosferze wzajemnego zrozumienia i uśmiechu.
Niedługo potem poszłam o krok dalej. Zatrudniłam młodego człowieka do umycia wysokich okien i balustrad na moim balkonie. Zamiast męczyć się pół dnia na drabinie, poszłam w tym czasie z przyjaciółką na długi spacer nad morze. Gdy wróciłam, wszystko lśniło.
Mogłabym to zrobić sama. Mogłabym też nosić ciężkie siatki z zakupami na pieszo przez pół miasta. Ale sprawność fizyczna nie oznacza obowiązku zamęczania się na śmierć.
W wieku 73 lat nie mam już potrzeby udowadniania nikomu, do czego jestem „jeszcze” zdolna. Wybieram własny spokój, zdrowie i euforia z każdego dnia.








