Historia z gabinetu numer siedem

newsempire24.com 20 godzin temu

Pracuję jako recepcjonistka w przychodni weterynaryjnej w Łodzi od ośmiu lat. Nazywam się Ania. Widziałam już koty po zjedzeniu świecidełek choinkowych, psa, który połknął skarpetkę właściciela i papugę, która nauczyła się przeklinać po śląsku. Ale to, co zobaczyłam w zeszły wtorek, przebiło wszystko.

Do gabinetu weszła kobieta koło pięćdziesiątki, w płaszczu przeciwdeszczowym, z transporterem przykrytym ciemną chustą. Położyła go na blacie rejestracji, a spod chusty dobiegło wyraźne, choć stłumione: „Dzień dobry, czym mogę służyć?”

Spojrzałam na transporter. Kobieta westchnęła.

— To nie ja. To on. Proszę mi powiedzieć, czy to normalne, iż papuga zamawia sobie jedzenie przez internet?

Lekarka weterynarii, doktor Ewa Mazurek, akurat wychodziła z gabinetu. Przystanęła, popatrzyła na transporter, potem na właścicielkę.

— Słucham?

Kobieta nazywała się Bożena Krawczyk. Pracowała jako księgowa w firmie odzieżowej przy ulicy Piotrkowskiej. Papuga nazywała się Kuba i mieszkała u niej od jedenastu lat. Aleksandretta wielka, zielony grzbiet, żółta głowa, skłonność do powtarzania wszystkiego, co usłyszała więcej niż dwa razy.

— Nauczyłam go mówić „Kuba jest głodny” — opowiadała Bożena, rozpinając płaszcz. — I „zapłać kartą”. To miało być śmieszne. Wie pani, taki gadający ptak w domu, goście się śmieją. A teraz…

Urwała. Z transportera dobiegło ciche, ale najwyraźniej zadowolone: „Kup mrożoną pizzę.”

Doktor Mazurek odłożyła stetoskop na ladę.

— Pani Bożeno, ale co dokładnie Kuba robi?

Okazało się, iż miesiąc wcześniej Bożena kupiła inteligentny głośnik. Postawiła go w kuchni, żeby słuchać radia i nastawiać minutnik do ciasta. Wpisała kartę płatniczą, bo tak było wygodniej. Głośnik stał na blacie obok klatki, a Kuba — jak to papuga — obserwował wszystko po kilka godzin dziennie.

Pierwszego dnia, kiedy Bożena wróciła z pracy, pod drzwiami czekała na nią paczka. W środku: kilogram pomarańczy, osiem jogurtów waniliowych i mrożona pizza z podwójnym serem. Wszystko zamówione o 11:47, kiedy kobieta siedziała w biurze.

— Myślałam, iż ktoś mi robi żarty — mówiła, coraz szybciej. — Zmieniłam hasło do konta, zablokowałam głośnik, wyjęłam kartę. Na dwa dni był spokój. A potem patrzę na telefon, a tam powiadomienie z banku. Trzynaście złotych, sklep z nasionami dla ptaków. O 12:15. Kiedy byłam w pracy.

Doktor Mazurek milczała. Kuba w transporterze przesuwał się z łapy na łapę, a spod chusty dobiegło ciche: „Dostawa do domu.”

Bożena rozłożyła przed nami wydruki z konta. Zamówienia były drobne: torebka ziaren słonecznika za 7 złotych, suszone morele za 15, brzoskwinie w puszce. Ale pojawiały się też dziwniejsze pozycje. Karma dla kotów — chociaż kota nie mieli. Latarka turystyczna. Paczka balonów w kształcie serc.

— To ostatnie — powiedziała Bożena, pokazując palcem trzecią stronę wydruku — to było w poniedziałek rano. Wtedy zrozumiałam, iż on nie przestanie. Bo on to traktuje jak zabawę. Mówi do głośnika, głośnik odpowiada, on się cieszy.

Doktor Mazurek zdjęła chustę z transportera. Kuba przekrzywił łeb i przyglądał się nam z miną, którą w tej sytuacji można było uznać za triumfującą.

— Ile pani w sumie straciła? — zapytałam.

— Czterysta osiemdziesiąt dwa złote — odpowiedziała Bożena po chwili. — I jedenaście niechcianych paczek.

Kuba, jakby na zawołanie, wyprostował się na grzędzie i wyrecytował: „Zamów jeszcze raz. Dziękuję za zakupy.”

Gabinet zamilkł. Moja koleżanka z rejestracji, Paulina, stała w drzwiach z otwartą puszką karmy i zapomniała, po co przyszła.

Doktor Mazurek położyła dłoń na klatce.

— Papugi aleksandretty to niezwykle inteligentne ptaki. Potrafią łączyć dźwięki z reakcją otoczenia. Kuba skojarzył, iż po pewnych dźwiękach pojawiają się ludzie z paczkami. Dla niego to jak gra. Naciskasz pedał — wpada jedzenie. A iż pedał był włączony i podpięty do pani konta… no cóż.

— Co mam zrobić? — zapytała Bożena. — Nie mogę go przecież oddać. To jedyna istota, która ze mną rozmawia po powrocie z pracy.

Wtedy doktor Mazurek zrobiła coś, czego nie widziałam przez osiem lat pracy. Wzięła głośnik, który Bożena wyjęła z torby — ten nieszczęsny, inteligentny, biały głośnik — postawiła go przed papugą i powiedziała do mikrofonu:

— Włącz tryb offline.

Głośnik zamrugał i się wyłączył.

— Niech pani nie wyjmuje karty, tylko odłączy go całkowicie od routera. Niech pani kupi zwykłe radio. A Kubie proszę kupić więcej zabawek do zniszczenia. Ptak z takim temperamentem musi coś rozkręcać codziennie.

Bożena zabrała transporter, pożegnała się przy drzwiach. Ale zanim wyszła, Kuba znowu odezwał się spod chusty:

— Wrócimy po weekendzie.

Patrzyłam za nią, jak idzie przez parking przy ulicy Gdańskiej, trzymając transporter obiema rękami, omijając kałuże po porannym deszczu.

Wieczorem opowiedziałam o wszystkim mężowi. Śmiał się tak, iż aż musiałam przerwać obieranie marchewki. Mnie samej trudno było się nie uśmiechnąć, ale co chwilę wracałam myślami do tych wydruków z konta — do balonów w kształcie serc zamówionych przez ptaka, który po prostu chciał usłyszeć znajomy głos w pustym mieszkaniu.

Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie telefon na rejestrację. Bożena.

— Pani Aniu — powiedziała — chciałam tylko podziękować. Kupiłam mu te zabawki. Głośnik stoi w piwnicy, bez prądu. A Kuba… nauczył się gwizdać pierwszy takt z serialu „Czterdziestolatek”.

— Serio? — zapytałam, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć.

— Serio. I proszę pani, zamówiłam mu siemię lniane z nowego konta. Ale tym razem sama. I odebrałam paczkę osobiście, i już jest w szafce. A Kuba…

Papuga w tle, najwyraźniej czując, iż mówią o nim, wrzasnęła do słuchawki: „Jeszcze jedno zamówienie!”

Bożena parsknęła śmiechem. Nie takim, jak wtedy w gabinecie — nerwowym i zagubionym. To było coś innego.

— Pani Aniu — powiedziała, wciąż chichocząc — może mi pani polecić weterynarza, który zajmuje się papugami uzależnionymi od zakupów? Bo chyba wszyscy mamy problem.

Odłożyłam słuchawkę. Paulina stała obok z kubkiem parującej herbaty i uniosła brwi.

— Co znowu? — zapytała.

— Kuba nauczył się gwizdać „Czterdziestolatka” — powiedziałam, wyciągając z szuflady kalendarz wizyt.

W tle, przez telefon, który już się rozłączył, jakby wciąż słyszałam ten zadowolony, papuzi ton: „Dziękuję. Do usłyszenia.”

Idź do oryginalnego materiału