Pracuję jako kierowca autobusu miejskiego we Wrocławiu od dwunastu lat. Trasa numer 128, z Psiego Pola na Krzyki. I wiecie co? Ludzie w autobusie opowiadają najdziwniejsze rzeczy. Czasem myślą, iż ich nie słyszę, bo patrzę na drogę. Ale ja słyszę wszystko.
W zeszły czwartek, wieczorna zmiana, około wpół do dziewiątej. Na przystanku przy Hallera wsiadła kobieta. Siwa, w granatowej kurtce przeciwdeszczowej, chociaż nie padało. Usiadła zaraz za mną, w pierwszym rzędzie. Trzymała reklamówkę z Biedronki, a w niej — widziałem w lusterku — leżał stos papierów związany gumką recepturką.
Przy skrzyżowaniu z Kościuszki wyjęła telefon. Numer wybrany z listy, nie z klawiatury. Dzwoniła trzy razy. Za każdym razem odkładała po kilku sygnałach. Za czwartym razem ktoś odebrał i usłyszałem, jak mówi:
— To ja. Daj mi znać, jak już dojedziesz do szpitala.
Cisza. A potem:
— Nie, nie chcę cię denerwować. Tylko… zadzwoń po operacji, dobrze?
Schowała telefon do kieszeni i zaczęła patrzeć przez okno. Na wysokości mostu Pokoju powiedziała, ale chyba do siebie, nie do mnie:
— Trzydzieści siedem lat się człowiek boi, a i tak nic nie może zrobić.
Nie odzywałem się. Kierowca autobusu to nie spowiednik. Ale ona chyba tego nie potrzebowała, bo zaraz wysiadła na placu Społecznym i poszła w stronę szpitala na Borowskiej.
Dopiero tydzień później zrozumiałem, o co chodziło.
W czwartek rano moja zmiana zaczynała się o piątej czterdzieści. Na pętli przy Psim Polu wsiadł mężczyzna. Czterdziestka na karku, skórzane buty, czysta koszula. Znałem go z widzenia — jeździł tą trasą do warsztatu przy Zwycięskiej. Zawsze skanował kartę, siadał z tyłu, wysiadał pod warsztatem. Tego dnia zrobił to samo, tylko iż pojechał dalej, aż pod szpital przy Borowskiej.
I wtedy mnie tknęło. Wrócił do mnie obraz tej kobiety sprzed tygodnia. Ta sama twarz, te same oczy. Matka i syn.
Trasa tego dnia ciągnęła się jak nigdy. Zaczepił mnie kontroler biletów, potem awaria biletomatu na przystanku przed Halą Stulecia, a na rondzie Reagana policja zatrzymała ruch po stłuczce. Wszystko się skumulowało. Mężczyzna wysiadł pod szpitalem o dziesiątej dwadzieścia. Spóźniony.
Na parkingu szpitalnym czekała na niego matka, w tej samej granatowej kurtce, przed wejściem na oddział kardiologii. Przez uchylone drzwi autobusu usłyszałem, jak syn do niej mówi:
— Mamo, nie zdążyłem po kluczyki od Skody. Musiałem autobusem, bo auto wziął szwagier.
A ona na to:
— Weź drugie kluczyki, do dostawczaka. Są w szufladzie w kuchni, pod rachunkami za prąd. Tylko się pospiesz, bo lekarz mówił, iż o dziesiątej trzydzieści jadę na blok.
Syn stał z telefonem w ręku, jakby chciał zadzwonić po taksówkę. Matka poklepała go po ramieniu:
— Idź autobusem, szybciej ci to zejdzie niż czekanie na kurs. I posłuchaj — jak już będziesz w domu, w tej samej szufladzie leży koperta. Weksel, który podpisałam u Nowaka, jak brakowało nam na twoje studia. Ostatnia rata. Zapłać mu i odbierz papier, bo ja mogę już nie zdążyć.
Powiedziała to spokojnym, urzędowym tonem, jakby mówiła o zakupach, i dopiero wtedy syn spuścił wzrok.
— Mamo, dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś?
— Bo nie chciałam, żebyś się tym przejmował, zanim musiałeś. A teraz musisz.
Pielęgniarz już podjeżdżał z wózkiem. Syn wsiadł z powrotem do mojego autobusu. Przejechał trzy przystanki, wysiadł na Zwycięskiej, poszedł pieszo do domu matki przy tej samej ulicy. Nie widziałem, co było dalej — to już nie moja trasa.
To było tydzień temu. Wczoraj znowu go zobaczyłem. Trasa 128, poranek. Wsiadł na Psim Polu, skasował bilet, usiadł z tyłu jak zawsze. W dłoni trzymał kluczyki z zawieszką w kształcie serca — od tego dostawczaka, jak się domyśliłem — i kopertę z napisem „Weksel — pokwitowanie zapłaty”.
Jechał aż do przystanku przy Zwycięskiej, koło warsztatu, tylko iż tym razem wysiadł piętro niżej, przed sklepem z częściami, gdzie — jak wiem od innych pasażerów — pan Nowak, dawny wspólnik jej męża, ma biuro na zapleczu.
Wrócił po dwudziestu minutach następnym kursem, tym razem moim. Usiadł z przodu, tam gdzie zwykle siadała jego matka. Koperty już nie miał. Kluczyki od dostawczaka też zniknęły z jego ręki — zostawił je pewnie u Nowaka razem z resztą długu, bo auto było pod zastaw weksla, tak przynajmniej zrozumiałem z tego, co mruknął do telefonu.
— Spłacone, mamo. Wszystko spłacone — powiedział cicho do słuchawki, a po chwili dodał: — To dobrze, iż operacja się udała. Odpoczywaj, przyjadę po pracy.
Wysiadł na Borowskiej. Ruszyłem spod przystanku, ale w lusterku zdążyłem zobaczyć, jak stoi przed wejściem do szpitala, wsuwa telefon do kieszeni i patrzy w górę, na okna oddziału kardiologii, jakby próbował zgadnąć, które z nich jest jej.
Jeżdżę tą trasą już dwanaście lat. Widziałem różne pożegnania i różne powroty. Ale tamten poranek zapamiętam — nie przez kluczyki, nie przez weksel, tylko przez to, jak facet w czystej koszuli stał na przystanku i patrzył w okna szpitala, dopóki nie zamknęły się drzwi mojego autobusu.













