Helena szła korytarzem, licząc kroki. Sześćdziesiąt trzy od celi do bramy — zdążyła to zapamiętać w ciągu tych tygodni. Kamień pod stopami był lodowaty choćby przez podeszwy butów, a z rur pod sufitem kapało w ten sam rytm, w jakim kiedyś stukała maszyna do pisania w redakcji: raz, dwa, przerwa, raz.
Michał siedział w celi po drugiej stronie korytarza. Nie widziała go od dnia aresztowania, ale co rano, kiedy strażnik roznosił wodę, słyszała, jak przekręca nazwisko "Telisz" na swój sposób — i po tym poznawała, iż mąż jeszcze żyje.
Trzeciego dnia udało jej się przystawić usta do szpary pod drzwiami, kiedy korytarz na chwilę opustoszał.
— Michał. Jesteś tam?
Cisza trwała tak długo, iż pomyślała, iż się przesłyszała. Potem usłyszała jego głos, niski, ochrypły od zimna:
— Jestem. Nie płacz, Heleno. Głośno słychać przez ścianę.
— Nie płaczę.
— Płaczesz. Słyszę, jak oddychasz.
Kroki strażnika na korytarzu i musiała się cofnąć od drzwi. Więcej nie zdążyli powiedzieć sobie nic tego dnia.
W celi miała kawałek ołówka, ukryty w podszewce rękawa, i skrawek papieru po worku od mąki, złożony w ósemkę. Pisała drobnym pismem, żeby zmieściło się jak najwięcej. Sąsiadka z celi, starsza kobieta z Podołu, którą aresztowano za coś, czego nigdy nie zrozumiała, zapamiętała potem jeden wers i powtarzała go szeptem, dopóki sama nie trafiła do transportu: iż słowo, raz wypowiedziane, nie umiera razem z tym, kto je wypowiedział.
Dwudziestego pierwszego lutego, wcześnie rano, zanim jeszcze przyniesiono wodę, w korytarzu rozległ się głos wywołujący nazwiska. Helena poznała swoje, wykrzywione przez niemiecki akcent, i wstała, zanim jeszcze strażnik doszedł do drzwi jej celi. Poprawiła chustkę na głowie — gest, który powtarzała codziennie, odkąd ją tu przywieziono, jakby porządek w ubraniu miał jakiekolwiek znaczenie.
Na korytarzu zobaczyła Michała po raz pierwszy od aresztowania. Był chudszy, miał zarost, którego wcześniej nigdy nie nosił. Spojrzeli na siebie przez kilka sekund, zanim strażnik popchnął ich w stronę ciężarówki.
— Trzymaj się blisko mnie — powiedział cicho, kiedy wsiadali.
— Zawsze się trzymałam.
Ciężarówka jechała długo, podskakując na wybojach, i przez szparę w plandece Helena widziała skrawki Kijowa: fasadę kamienicy, w której mieszkali, sklep spożywczy na rogu, gdzie kupowała chleb. Nikt w środku się nie odzywał. Ktoś obok niej modlił się bezgłośnie, poruszając tylko wargami.
Kiedy ciężarówka stanęła, kazano im wysiąść i iść w kolejce, jednym za drugim, wzdłuż wąskiej ścieżki między zamarzniętymi krzakami. Śnieg był podeptany przez tych, którzy szli tędy wcześniej. Michał szedł tuż przed nią. W pewnym momencie, nie odwracając się, sięgnął ręką do tyłu i znalazł jej dłoń. Trzymał ją mocno, kciukiem gładząc kostki jej palców, tak jak robił to w ich mieszkaniu przy ulicy Puszkińskiej, kiedy siedzieli razem nad korektą kolejnego numeru gazety.
Z przodu kolejki dochodziły odgłosy, których nie dawało się z niczym pomylić. Ludzie nie krzyczeli — byli zbyt wyczerpani albo zbyt sparaliżowani strachem. Helena poczuła, jak palce Michała zaciskają się mocniej.
— Nie puszczaj — powiedziała.
— Nie puszczę.
Ostatnie, co zapamiętał ktoś, kto przeżył inny transport tego dnia i po latach opowiedział o tym w archiwum — bo szedł kilka miejsc dalej w kolejce i cudem ocalał, ukryty pod ciałami do zmroku — to iż kobieta w chustce, tuż przed skrajem jaru, powiedziała coś cicho, jakby recytowała wers, którego nikt już nie zapisał.
Potem był tylko odgłos, który zlał się z odgłosami setek innych strzałów tego dnia, i cisza, kiedy zapadł zmierzch nad Kijowem.
Napis at have I mo.












