Halina szykowała się do sanatorium. Była na emeryturze, jej starszy syn Marek kupił jej voucher i powiedział:

newskey24.com 5 dni temu

Halina szykowała się do sanatorium. Była na emeryturze.

Jej starszy syn Marek kupił jej voucher.

— Mamo, musisz pojechać i odpocząć — powiedział.

— Nie podoba mi się, jak wyglądasz. Wcześniej byłaś spokojniejsza.

— Nie martw się o ojca, jakoś sobie poradzi. On ciebie nie docenia.

— Teraz już rozumiem, iż kocha tylko siebie. Zwłaszcza od wyprowadzki mojej i Krzyśka.

— Nawiasem mówiąc, on też tak uważa.

— Oj, Marku, jakże masz rację — odpowiedziała Halina.

— A ja myślałam, iż wy niczego nie widzicie. Dziękuję, kochanie.

— Oczywiście pojadę i odpocznę. Kiedy jeszcze będę miała taką okazję?

Uśmiechała się, dziękując synowi.

— Jak tylko zechcesz, wtedy pojedziesz — śmiał się Marek.

— Krzysiek obiecał, iż następnym razem on ci kupi wyjazd.

— Jacy wy jesteście wspaniali! Najlepsi synowie pod słońcem!

Przytuliła go i pocałowała w policzek.

— Mamo, ty też jesteś najlepsza. Zawsze stoimy po twojej stronie.

— jeżeli będzie trzeba, pomożemy. Na kogo innego miałabyś liczyć?

— Tylko na nas — mówił zadowolony syn.

— Dobrze, jadę do domu. Muszę odebrać Tomka z przedszkola.

— Przekaż ojcu pozdrowienia — machnął ręką i wyszedł.

Halina i Grzegorz mieszkali w domku na wsi.

Pobrali się dawno temu, z miłości.

Żyli zwyczajnie, wychowali dwóch synów i wypuścili ich w świat.

Teraz byli sami. Ich życie dawno się zmieniło.

Właściwie to mąż stał się innym człowiekiem.

Halina była na emeryturze od dwóch lat, Grzegorz wciąż pracował.

Miała teraz więcej wolnego czasu. Wcześniej — praca, gospodarstwo, prosiak i kury.

Grzegorz od dawna nie pomagał w domu.

Wracał z pracy, jadł i kładł się na kanapę.

Czasem coś naprawił, przybił deskę, poprawił ogrodzenie.

Halina pojechała do centrum handlowego w Łodzi.

Kupiła dwie sukienki i bluzkę.

W końcu wyjazd do sanatorium, a jej garderoba od lat się nie zmieniała.

Stała przed lustrem, przymierzając nowe rzeczy.

Mąż tylko zerkał i rzucił obojętnie:

— Kręć się przed lustrem, ile chcesz, piękniejsza nie będziesz.

— Kto się na ciebie popatrzy? Komu jesteś potrzebna?

— Nie sądź po sobie — odpowiedziała Halina.

— Kupiłam nowe rzeczy, bo nie wypada jechać między ludzi w starych łachach.

— No tak, „między ludzi”! Śmieszna jesteś.

— Wieśniaczką byłaś i wieśniaczką zostaniesz.

— A ty niby taki miejski. To po co się ze mną żeniłeś?

— Byłem młody, głupi, więc się ożeniłem — rzucił, żeby ją dotknąć.

Halina dawno przywykła do jego złośliwych uwag.

Grzegorz z wiekiem stał się nieznośny.

Niezadowolony nie tylko z żony, ale z całego świata.

Nadal lubił ładne kobiety i żadnej nie przepuścił.

Żona podejrzewała, iż mąż jej nie dochowuje wierności.

Nigdy tego nie widziała. Nie śledziła go — nie było w niej tego.

— Jak facet chce zdradzić, żadna siła go nie powstrzyma — myślała Halina.

Zabolały ją jego słowa. Schowała rzeczy do szafy i wyszła do kuchni.

Miała swoje zajęcia, a przy nich mogła pomyśleć i powspominać.

Halina była bardzo urodziwa.

W młodości była pięknością, teraz została jej dawna uroda, tylko bardziej stateczna.

Nigdy szczególnie o siebie nie dbała. Żadnych salonów, żadnych masaży.

Uważała się za starą kobietę, emerytkę.

Gdyby spojrzeć z boku — wciąż prezentowała się bardzo przyjemnie.

Grzegorz zmienił się, oddalił od żony.

Kiedyś też był przystojny, teraz wyglądał na postarzałego i zmęczonego.

Halina gotowała obiad i myślała:

— Już dawno jesteśmy sobie obcy. choćby pieniędzy mi nie daje.

— A ja gotuję, sprzątam, pierzę, czasem coś mu kupię.

— Dlaczego tego nie widzi? Chyba choćby mnie nie zauważa.

— Patrzy na mnie jak na mebel. A przecież jestem kobietą.

— choćby śpimy w osobnych pokojach.

Wyszła na podwórze nakarmić prosiaka.

Grzegorz rzeczywiście taki był.

Kiedy przestała go obchodzić żona, choćby tego nie zauważył.

Na inne kobiety patrzył inaczej. Nie miał nic przeciwko flirtom.

A potem mógł zdradzić. Sumienie go nie gryzło.

Żona wiedziała i myślała:

— Innym poświęca uwagę, uśmiech, przytulenie, choćby przy mnie.

— A mnie nie szanuje.

— Halsiu, twój Grześ znowu latał do miasta, ma tam jakąś zalotnicę — mówiła sąsiadka Bożena.

— Skąd wiesz? Świeczkę trzymałaś? — spytała Halina.

— Ja nie, ale pracuję z nim i widzę.

— Przyjechała do nas jakaś Marzena z kontrolą w księgowości, wypielęgnowana, urodziwa.

— Twój Grześ chodził wokół niej jak paw, a potem zawiózł ją do kawiarni.

— Resztę można sobie dopowiedzieć.

Halina słuchała w milczeniu.

Nic nie powiedziała, tylko spuściła wzrok.

Wiedziała to od dawna, teraz tylko potwierdziła.

Sanatorium czekało. Walizka stała już przy drzwiach.

Pojedzie, odpocznie, zapomni na chwilę.

A reszta — zostanie na później.

Idź do oryginalnego materiału