— Halina? — Jadwiga nie wierzyła własnym oczom. Na progu stała siostra jej byłego męża.
Dziewczyna była przemoczona do suchej nitki. Woda ściekała z jej długich włosów.
— Zaczęło lać jak z cebra, gdy już szłam do ciebie. Ubrania mokre, trzeba je wyżymać. Mogę wejść?
— No wejdź. — Jadwiga pomyślała, iż to spory kawał drogi. Jej dom stał na końcu osiedla, daleko od bramy.
Jak Halina znalazła ten adres? Jak weszła na teren zamkniętego osiedla?
To było zagadką.
— Dasz mi herbaty? — Halina otarła rozmazany tusz z policzka.
— Osusz się najpierw. — Jadwiga podała jej ręcznik papierowy. Podłoga nie znosiła wilgoci, a mokre adidasy mogły zniszczyć nowy remont.
— Dzięki.
— Powiedz, po co przyszłaś.
— Potrzebuję pieniędzy.
— A co ja mam z tym wspólnego? Nie pożyczam.
— Nie proszę o pożyczkę. Chcę, żebyś pomogła mi znaleźć pracę. Zrobię wszystko, byle płacili.
— Masz jakieś doświadczenie?
— Tak! Pracowałam w kawiarni.
— Jako co?
— Jako kierowniczka… miałam być kierowniczką. Na razie wzięli mnie jako kelnerkę. Już prawie awansowałam.
— Jak długo tam pracowałaś?
— Jakieś dwa miesiące. Dwa tygodnie w jednym miejscu, tydzień w drugim. W trzecim skończyłam wczoraj.
— Co się stało?
— Nie dogadałam się z dyrektorką.
Jadwiga spojrzała na nią ze zdumieniem.
— Rozumiesz, iż z takim życiorysem nikt cię nie przyjmie?
— Jak to? Trzy kawiarnie! Mam ogromne doświadczenie!
— Skakanie z miejsca na miejsce nic nie daje. Wręcz przeszkadza.
— Co mam robić? Potrzebuję pieniędzy. — Halina rozpłakała się.
— Na co ci te pieniądze? I czemu akurat tutaj szukasz pracy?
— A gdzie? W naszej wsi są trzy chałupy!
— Warszawa jest droga. Mieszkania drogie. Gdzie teraz mieszkasz?
— Najpierw u koleżanki. Potem u brata, ale wyrzucił mnie. Ma nową kobietę.
— Tak? — Jadwiga zmarszczyła brwi. Wspomnienie byłego męża wciąż bolało.
— Z tą babą zrobił się chamski! Ona mnie wyrzuciła z domu! Jadwiga, pomóż mi. Nie mam do kogo pójść.
— Nic nie obiecuję. Sama nie pracuję, nie mam wpływu na nic.
— Ale masz męża! On ma sieć hoteli. Poproś go, niech mi załatwi coś po znajomości.
— Zależy, jakie ma wolne stanowiska. Jest teraz w delegacji, wróci pod koniec tygodnia.
— Dziękuję! Wiedziałam, iż jesteś dobra. Mogę zostać na noc?
— Jak tu dotarłaś?
— Na stopa.
— No, no. — Jadwiga pomyślała o nocnej drodze i niebezpieczeństwie. Zgodziła się na jedną noc.
— Dobrze. Ale rano wychodzisz. Nie znoszę darmozjadów.
— Jasne! — Halina od razu się rozpromieniła.
Wyciągnęła się na łóżku. Patrzyła na żyrandol, na tapety, na drogie zasłony.
„U nas nikt tak nie ma. Jadwidze się poszczęściło. Złapała bogatego męża” — myślała.
Marzyła o podobnym losie. O dobrej posadzie, o bogatym mężczyźnie, o ślubie jak w serialu.
Nie rozumiała jednak jednego. Zamożni mężczyźni nie patrzą na dziewczyny bez doświadczenia.
Dokładnie to samo powiedział Marek, mąż Jadwigi, gdy wrócił z delegacji.
— Nie wiem, jak jej pomóc. Mam tylko jedno wolne miejsce.
— Jakie?
— Takie, które jej się nie spodoba.
— Mówiła, iż zrobi wszystko — dodała Jadwiga.
— Naprawdę? Niech przyjdzie jutro o szóstej trzydzieści. Zobaczymy, czy mówiła prawdę.
Halina znalazła biurowiec bez trudu. Spóźniła się jednak — przyszła o dziewiątej.
Nie czuła winy. Autobus się zepsuł, tłumaczyła.
Budynek zrobił na niej wrażenie. Szkło, marmur, złote litery na recepcji.
Wchodząc po schodach, marzyła. Widziała siebie jako żonę dyrektora albo przynajmniej jego asystentkę.
Ubrała się specjalnie na tę okazję. Szpilki, krótka spódniczka, siateczkowy top.
Szło jej ciężko. Obcas co chwila się zacinał na marmurze.
Na recepcji spojrzano na nią z lekkim zdziwieniem.
— Szukam pana Marka — powiedziała pewnie.
— Proszę chwilę zaczekać — odpowiedziała recepcjonistka.
Halina usiadła na skórzanej kanapie. Czuła się, jakby już była u siebie.
Po kilku minutach podszedł mężczyzna w kombinezonie roboczym.
— Pani Halina? Jestem kierownik gospodarczy. Zaprowadzę panią na stanowisko.
— Stanowisko? Jakie stanowisko?
— Pokojówka na dziesiątym piętrze. Od szóstej trzydzieści, jak było umówione.
Halina spojrzała na swoje szpilki. Spojrzała na wózek z ręcznikami.
— To jakiś żart?
— Żadny żart. Pan Marek powiedział: każda praca się liczy.
Zacisnęła zęby. Pomyślała o pieniądzach, o pustym koncie, o bracie, który jej nie chciał.
— Dobrze. Gdzie te ręczniki?
Pierwszy dzień był upiorny. Nogi bolały, dłonie piekły od środków czystości.
Wieczorem zadzwoniła do Jadwigi.
— To nie dla mnie ta praca. Chcę coś innego.
— Innego nie ma. Albo to, albo nic.
Halina milczała długo w słuchawce.
— Zostaję — powiedziała wreszcie cicho.
I tak skończyły się jej marzenia o szybkim awansie.













